30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Papierosowy dym unosił się między nimi cienką smugą, rozmywając na moment ostrość jego rysów, jednak w półmroku podjazdu jego profil wydawał się ostrzejszy, jakby światło latarni wycinało go z tła zbyt brutalnie. Mężczyzna zaciągał się nim jak czymś, co miało wypełnić ciszę, dać rękom zajęcie, odsunąć rozmowę na bezpieczną odległość. Zdążyła już poznać ten mechanizm - on zawsze potrzebował czegoś fizycznego, by nie musieć konfrontować się z tym co niewygodne.
Pokręciła głową powoli. - Nie odpuściłby, ale masz rację, że nie powinieneś - co prawda to nie był ten sam kaliber, ale ona nie sprawdzała jego prywatnego życia. Mając na wyciągnięcie ręki jego przeszłość, o której mogła przeczytać w aktach, o którą mogła zapytać nawet Daniela - nie robiła tego. Szanowała to, bo co innego to naruszać strefę komfortu, a co innego zaglądać tam, gdzie ktoś jeszcze cię nie zaprosił.
Nie miała jednak siły być na niego zła. A może po prostu wiedziała, że jeśli rozmowa skręci choć odrobinę, w końcu i tak zahaczy o to, czego oboje woleliby nie dotykać.
Kiedy wspomniał o jej ojcu i tym pokrętnym sposobie dbania o córeczkę, coś w jej spojrzeniu stwardniało ledwie zauważalnie. - Nie rób tego, nie chce mi się dzisiaj walczyć - wiedziała, co nadchodziło - ironia podszyta sarkazmem, sprowadzenie wszystkiego do żartu, do bezpiecznej karykatury sytuacji. Do wersji, w której to on kontroluje narrację, bo jeśli coś brzmi wystarczająco drwiąco, nie może zranić. Gdy dostała wiadomość była przekonana, że ojciec będzie testował ją - jej decyzje, kompetencje i wybory. Nie podejrzewała, że przekroczy próg cudzej historii i że to ona stanie między nimi jako tarcza.
Jej palce drgnęły minimalnie, gdy wyczuła, jak jego dłoń chce wrócić do kieszeni, jakby nawet ten drobiazg był czymś, co należało natychmiast zneutralizować. Nie przytrzymała go mocniej i nie zatrzymała na siłę. Po prostu pozwoliła, by ich skóra jeszcze przez ułamek sekundy pozostała w kontakcie. Subtelnie, niemal niedostrzegalnie. Gest tak mały, że mógłby zostać uznany za przypadek. Tak mały, że gdyby ktoś zapytał, czy w ogóle się wydarzył, oboje mogliby zaprzeczyć bez mrugnięcia okiem.
Wiatr przesunął się między nimi, chłodny i trzeźwiący. Jej włosy poruszyły się lekko, ale nie odsunęła się. Stała stabilnie, pewnie, bez śladu zawahania. Nie było w niej współczucia ani litości, tylko spokojna świadomość tego, co właśnie się wydarzyło w kuchni i tego, co działo się teraz. - Nie zna cię - zaprzeczyła. - Zna historię, którą sam sobie dopowiedział - jej spojrzenie przesunęło się na moment w stronę domu, z którego wyszli. Światło nadal się paliło; Thomas pewnie stał przy stole, przekonany, że wygłosił coś ważnego i potrzebnego.
Margo wciągnęła powietrze wolniej. - Gotowałam kolację - powiedziała nagle, zmieniając temat, czując się w obowiązku, by się wytłumaczyć. Chyba bardziej przed sobą niż przed nim. - Dla Daniela - nie patrzyła na niego przez sekundę czy dwie. Jakby dopiero teraz pozwalała tej myśli wybrzmieć naprawdę. - Miał przyjechać do mnie, ale odwołałam to kiedy napisałeś - w końcu uniosła wzrok, to nie było rzucone mimochodem. Była świadoma, jak brzmiało.
Nie przyszła tu z poczucia obowiązku, nie przyszła też, bo ktoś ją do tego zmusił. Nie przyszła też, by go ratować. Przyszła, bo to była j e g o wiadomość i nie potrafiła jej zignorować. I właśnie dlatego nie próbowała teraz zamknąć tego w czymś wygodnym. Nie dorabiała uzasadnień, nie przykrywała decyzji rozsądkiem ani impulsem chwili. Pozwoliła, by między nimi pojawiło się to niewygodne, ciche pytanie. Niewypowiedziane na głos, nienazwane wprost, ale wyraźne.
Nie musiała nic więcej dopowiadać. Sam fakt, że kolacja została odwołana, że świat poza tym podjazdem na moment przestał być ważniejszy, był wystarczającą odpowiedzią.

koniec


Rhys Madden
Ostatnio zmieniony wt mar 03, 2026 1:37 pm przez margo mercer, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ironia na wiele sposobów przypomniała złość. Była łatwa, stanowiła doskonały pretekst do odsuwania rzeczy na bok, umniejszając im, tworząc między nimi dystans. W jego rękach zwykle była jedynie specyficznym poczuciem humoru, ale w odpowiednich sytuacjach przekształcała się w narzędzie.
Tak, jak teraz.
Westchnął w reakcji na jej słowa. Być może miała rację - może jego słowa prowadziły do walki, do której zawsze, nieuchronnie sprowadzały się ich konwersacje gdy zahaczały o coś ważnego. Strzepnął nadmiar popiołu z trzymanego papierosa, nie odpowiadając jej, ale cisza, która zapadła po jej słowach stanowiła zgodę.
Odpuszczenie.
Ten drobny kontakt między nimi trwał tak długo, jak pozwalała im na to grawitacja. Zupełnie tak, jakby zaczepienie o siebie palców nie było świadomą decyzją, było jedynie zrządzeniem losu - akurat wyjmował rękę z kieszeni i natrafił na jej własną. Czuł, jak wyślizguje się z tego drobnego uścisku i nie powstrzymał jej, wiedząc, że sam ten kontakt, sama ta chwila, niebezpiecznie zbliżała ich do granicy, której mieli nie przeszkadzać.
- Myślałem, że też ją znasz - odrzekł, pod wpływem chwili, słów, które miały go pocieszyć, lecz zamiast tego sprawiły, że sięgnął pamięcią do ich rozmowy sprzed kilku chwil. Do konfliktu ze starym Mercerem i słów, które wtedy wypowiedziała.
To nie twoja historia do opowiedzenia.
Margo nigdy nie pytała go o jego przeszłość, jednak wiedziała, że w jakiś sposób czasem wpływała ona na jego działania obecne - jak wtedy, przed domem Veronici Masters, przed którym zostawił ją sam. Z góry zakładał, że, jak cała reszta komisariatu, wiedziała w szczególe co wydarzyło się rok temu nawet, jeśli nie była wtedy w jego wydziale. Było to dla niego naturalne, że wraz z jego renomą, znajdowali się ludzie chętni poznać powody jej powstania. Mercer wydawała się osobą, która za wszelką cenę zdobędzie pełnię informacji, których potrzebowała by wiedzieć, z czym ma do czynienia.
- Nie czytałaś moich akt? - dodał, obracając ku niej głowę. Jego brwi zmarszczyły się gdy przyjął do wiadomości fakt tego, że być może to właśnie jej ojciec teraz przedstawił jej nieprzyjemne detale z jej przeszłości - i być może było to częściowo powodem, dla którego nie chciała go słuchać.
Coś zmieniło się w jej sylwetce jeszcze zanim otworzyła usta by powiedzieć to, co miała na końcu języka. Gdy imię E v a n s a wybrzmiało wokół nich, chłód Kanadyjskiej zimy nagle wzmógł - lodowate powietrze przepędziło ciepły, tytoniowy dym, który umknął z jej ust w stronę nieba.
Jej słowa były niewinne, zaledwie lakonicznie wypowiedziana informacja, którą chciała się z nim podzielić. Ale dostrzegał schowane w nich znaczenie - drugie dno, które dostrzegał w przerwach w zdaniach, które powinny być wypowiedziane ciągiem. W spojrzeniu, które wpatrywało się w niego z intensywnością, która nie pasowała do lakonicznej wiadomości.
Dostrzegł to - nić, która ich oplatała, łącząc ich w nierozerwalny sposób. Błyszczała w powietrzu, na tle białego śniegu i ciemnego podjazdu. Nić, której za wszelką cenę pragnął się złapać - ale wiedział, że byłoby to względem niej niesprawiedliwe. Ciepło, które rozlało się w jego wnętrzu wraz ze świadomością, że wybrała jego, było niebezpieczne. Zakazane.
- Przykro mi, że zepsułem ci plany - odrzucił cicho, nie potrafiąc tchnąć w swoje słowa prawdziwej skruchy. Odwrócił głowę, sięgając do spojrzenia, od którego wiecznie uciekał. - I co mu powiesz?

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mróz nie był dotkliwy, ale wystarczający, by trzymać myśli w ryzach. Cisza przed domem miała w sobie coś nienaturalnie czystego, jakby śnieg tłumił nie tylko dźwięki, ale i emocje, wygładzał ich krawędzie. Światło z kuchni padało na podjazd w wąskim pasie, wyraźnie oddzielając ciepło wnętrza od chłodu na zewnętrz. Margo stała w tej granicy, świadoma, że tak naprawdę od kilku minut balansują dokładnie w takim samym miejscu - pomiędzy.
Pytanie o akta zawisło między nimi ciężej niż się spodziewała. W jego spojrzeniu było coś ostrożnego, jakby naprawdę wierzył, że zrobiłaby to, co robią inni; że sięgnęłaby po raporty, notatki, suche podsumowania, by złożyć go z cudzych słów i cudzych interpretacji. - Nie, nie sprawdzałam cię - zrobiła krótką pauzę, po czym uniosła brew minimalnie. Na jej ustach zabłąkał się cień uśmiechu. - A ty miałeś potrzebę sprawdzania mnie? - jeśli on mógł zakładać, że ona szukała odpowiedzi w papierach, ona mogła zapytać o to samo. O to, czy kiedykolwiek potrzebował wiedzieć o niej więcej, niż sama zdecydowała się powiedzieć. - Słyszałam tyle, co każdy - dodała ciszej. - Ale uznałam, że jeśli przyjdzie odpowiedni moment i będziesz chciał, opowiesz mi swoją wersję - nie potrzebowała wersji z archiwum. Nie interesowały jej wycinki cudzych opinii; interesowało ją to, co sam uzna za warte wypowiedzenia.
Wiatr znów przesunął się między nimi, przynosząc zapach tytoniu i mrozu. W jego pytaniu o Daniela nie było już ironii, tylko coś cichszego. Nie wiedziała czy była to ciekawość, czy może niepokój. - Powiem mu, że sprawy rodzinne czasami komplikują wieczór - to była najprostsza, najbardziej neutralna i wystarczająca odpowiedź.
Nie zamierzała mówić mu prawdy; nie tej prawdziwej prawdy. Nie powie, że zobaczyła imię Maddena na ekranie i odwołała kolację bez namysłu. Nie powie, że coś w jej klatce piersiowej reaguje szybciej na jego wiadomości niż powinno. Daniel zasługiwał na uczciwość, ale nie na szczegóły, których sama jeszcze nie rozumiała.
Przez krótką chwilę pozwoliła ciszy zrobić to, czego nie potrafiły słowa. Nie próbowała już niczego wyjaśniać ani doprecyzowywać. Stała naprzeciw i wiedziała jedno: gdyby jego wiadomość przyszła godzinę później, gdyby Daniel zdążył zapukać do jej drzwi, wszystko wyglądałoby inaczej. A jednak nie przyszła później - przyszła wtedy, kiedy trzeba było podjąć decyzję bez kalkulacji. - Nie zepsułeś mi planów, sama je zmieniłam - wiedziała, że nie żałował nawet przez moment, że do niej napisał. Ta świadomość raz jeszcze sprawiła, że na jej ustach zamajaczył cień uśmiechu, gdy wsuwała dłonie do kieszeni płaszcza, jakby dopiero teraz poczuła chłód. Nie był to jednak mróz, który kazał jej się poruszyć. To było to napięcie, które nie znikało mimo zakończonej rozmowy. Wiedziała, że nie może stać tu dłużej, bo każda kolejna minuta sprawi, że zacznie szukać odpowiedzi tam, gdzie na razie jest tylko znak zapytania.
- Dobranoc - obeszła samochód, otworzyła drzwi i usiadła za kierownicą. Przez moment nie uruchamiała silnika. Światło z domu wciąż padało na maskę auta, a ona miała nieodparte wrażenie, że zostawia za sobą coś niedokończonego, tę świadomość, że pewne decyzje podejmuje się szybciej, niż powinno się je rozumieć. W końcu przekręciła kluczyk, a silnik zamruczał cicho. Nie spojrzała w telefon; wyjechała z podjazdu powoli, pozwalając, by dom, światło i jego sylwetka zniknęły w lusterku.
Znak zapytania nie został tam jednak z tyłu. Zabrała go ze sobą.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”