Ta jej cierpliwość wynika tylko i wyłącznie z tego, że przynajmniej jej opowieść o ojcu nie doczekała się żadnego drwiącego komentarza, a w jego spojrzeniu Peregrine wychwyciła coś... może nawet na kształt zrozumienia?
Tylko czy Gardner naprawdę był w stanie wykrzesać z siebie ludzki odruch? Byłoby to nieprawdopodobne. I znaczyłoby, że jednak Helena ma przed sobą człowieka, a nie jakąś karykaturę czy symbol wszystkiego, czego nienawidzi. Na to przecież nawet nie liczyła, gdy zdecydowała się tu przyjść. Liczyła jedynie na to, że skusi go szansa na wygraną w sprawie, która na ten moment była raczej stracona.
Zawsze mogło jej się przywidzieć.
Zwłaszcza że gdy Percival w końcu się odzywa, Helena wywraca lekko oczami; kąciki ust wciąż wyznaczają asymetryczny uśmieszek. Powoli wzdycha, po czym opróżnia swoją szklankę i odstawia ją na z ze zbyt dużym impetem na blat – to akurat niezamierzone, po prostu jest już lekko wstawiona. Potem zbliża się do Percivala – może o pół kroku za blisko, bo znów czuje zapach jego szamponu, tym razem wyraźniej. Musi zadrzeć głowę do góry, by na niego spojrzeć. Krzyżuje ręce na piersi.
— Chyba musisz mieć w sobie coś z tego masochisty, bo rozmawiamy już dwadzieścia minut — stwierdza, szybko lustrując zegar przy piekarniku, zanim nie unosi spojrzenia z powrotem na Gardnera. Jedna brew wymyka się ku górze. — Niby w jaki sposób możesz wyjść grubo stratny na bronieniu swojego klienta? Przegrasz sprawę? W tym momencie i tak jest przegrana, a ty dobrze o tym wiesz — stwierdza. — Ty możesz mówić mi Helena, Percy. — W końcu Hellie jest zarezerwowane dla najbliższych – w jego ustach może zabrzmieć chyba tylko prześmiewczo. Wyrysowanie tej granicy nie przeszkadza jej jednak w zwróceniu się do niego bardziej spoufaloną wersją jego imienia – i nawet o to nie pyta. — Poza tym, jakkolwiek nam nie pójdzie, nie będziesz musiał już nigdy mnie oglądać. Kuszące, co? — Jej zwolnienie jest praktycznie pewne. No chyba że nie uda jej się znaleźć prawdziwego sprawcy. Bierze głęboki oddech, rozplata ręce i wkłada je do kieszeni. — Nie. Zrobimy inaczej. — Odwraca się i odchodzi, by z leżącej na kanapie torby wyciągnąć lekko pomięty dokument, który kładzie na blacie. To umowa o zachowaniu poufności – bo przecież mu nie ufa. Nie na tyle, by zdradzić mu swoje sposoby na odnajdywanie dowodów bez żadnego zabezpieczenia. — Jeśli się zdecydujesz, może podpiszesz, może mi wyślesz. A wtedy ja może ci powiem, jakie nieprawidłowości znalazłam w dowodach policji.
Nie czeka na jego reakcję. Po tych słowach wraca do kanapy, z której zgarnia torbę i kurtkę, a później kieruje się do drzwi.