-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Patrzył na twarz Margo, zwróconą w jego stronę z iskierkami zadowolenia migoczącymi w głębi spojrzenia. Nawet, gdy usiłowała to powstrzymać, widział głęboko skrywaną w niej satysfakcję - świadomość tego, że wykonała dobrą robotę. Obiektywnie patrząc, udało im się osiągnąć coś wielkiego, doprowadzić do zatrzymania mężczyzny, który przed tym umykał w przeszłości. Ważnego ogniwa w sieci mafijnych powiązań, którego brak stanowił uderzenie wprost w siedzącego u szczytu Sergio Carbone'a.
A jednak to nie było i c h zwycięstwo.
Musiała dostrzegać jego wahanie gdy wkraczali do Mimmo's. Brak napięcia i pozorną swobodę, w której wszedł do miejsca, które powinno być mu nieznane, a w którym czuł się jak w d o m u. Musiała słyszeć wszystko to, co mówił do niej Luca Bianchi, widzieć jego spojrzenie, uparcie utkwione w Maddenie, jakby już go z n a ł.
Margo nie była ślepa. Była najbardziej bystrą osobą na ich komisariacie, z którą kiedykolwiek pracował. Własnoręcznie rozgryzła to, czego nie potrafili rozwiązać inni.
Ale na jej oczach tkwiły dwie klapki. Widział je, gdy patrzyła na niego, sprawdzając, czy u niego również jest wszystko w porządku. Widział m i ł o ś ć, nieznośnie przysłaniającą jej prawdziwy obraz tego, jakim człowiekiem był naprawdę.
- Na pewno? - mruknął, nieusatysfakcjonowany, gdy w jej mimice dostrzegł drobny grymas. Wspomnienie jej ciała uderzającego o ścianę zmieniało jego krew w żyłach w lód, bez względu na spadający z nieba, zimny deszcz.
Bianchi potrzebował n a u c z k i. Mógł być wdzięczny mu za to, że nie wykrzyczał jego prawdziwej tożsamości wszystkim funkcjonariuszom wokół, ale wiedział, że nie było to związane z żadnego rodzaju sympatią. Madden wciąż był pożyteczny dla Carbone'a. Mógł zerwać się ze smyczy, ale Ventresca znajdowała sposoby by z powrotem zapiąć ją na ludziach, którzy postanowili się zbuntować. Przekupiony glina w wydziale zabójstw był wart znacznie więcej niż satysfakcja z wydania go tym, którzy natychmiast wsadzą go do więzienia i pozbawią przydatności.
A jednak w jej głosie usłyszał wahanie. Drgnął na dźwięk swojego imienia, na ton, który implikował c o ś więcej. Szpony zacisnęły się na jego sercu, powietrze ugrzęzło w płucach na jedno jego uderzenie, w którym spodziewał się, że kobieta wreszcie d o s t r z e ż e.
Ale chwila minęła, przerwana nieznośnym odgłosem dzwonka. Zerknął na jego wyświetlacz, rozpoznając numer jeszcze zanim jego wzrok padł na nazwisko tkwiące ponad nim. Własnoręcznie wybierał go niejednokrotnie, nigdy w sprawach służbowych, zawsze w sprawach Mimmo's.
- Pozwól mi się zająć Collinsem - poprosił, walcząc z potrzebą sięgnięcia do niej ręką, starcia ciężkich kropel deszczu z jej policzka, ogarnięcia mokrych włosów za ucho. W tej chwili, która miała być podniosła, czuł, jak przepaść między nimi powoli zaczyna się pojawiać - jak skorupa ziemska pęka tam, gdzie tkwiły ich stopy i każdy, najmniejszy ruch może ją bezpowrotnie zniszczyć. - Zajmij się kapitanem. To na jego dywaniku wylądujemy gdy wrócimy na komisariat. Collins szuka tylko wentylu dla swojego wkurwienia.
Musiał dotrzeć do niego pierwszy. Musiał przekonać go, że to nie była ich operacja, że tylko jedna osoba była za to wszystko odpowiedzialna.
On.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Margo czuła je przecież od dawna. Dostrzegała drobne pęknięcia, niedopasowania, momenty, które nie składały się w logiczną całość. Zdarzało się, że coś w jego spojrzeniu zatrzymywało ją na ułamek sekundy dłużej, że ton jego głosu nie pasował do sytuacji, że pewne reakcje wybrzmiewały zbyt ostro albo zbyt chłodno. A mimo to nie pozwalała tym myślom rozkwitnąć; nie dopuszczała ich do głosu, jakby samo ich nazwanie mogło rozbić coś, co budowała z takim uporem przez ostatnie miesiące.
Kochała go - ta miłość nie była wybiórcza, nie dotyczyła wyłącznie tej wersji, która potrafiła być dla niej czuła, uważna i obecna. Obejmowała również tę drugą, trudniejszą, szorstką, momentami nie do zniesienia. Nie próbowała już rozdzielać ich na dwie osobne postaci, choć jeszcze niedawno uparcie wmawiała sobie, że potrafi oddzielić życie prywatne od służbowego. To było wygodne kłamstwo, które z czasem przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Rhys Madden był dla niej jednością - całością, którą przyjęła bez warunków, bez zastrzeżeń, bez prób poprawiania czy naprawiania. Każda jego wersja była częścią tego samego obrazu, a ona nauczyła się patrzeć na niego bez filtrowania, bez oceniania, bez wycofywania się krok w tył.
Właśnie dlatego nie widziała niczego niepokojącego w jego słowach, w tej gotowości przejęcia rozmowy z Collinsem, w tej cichej pewności, z którą chciał stanąć między nią a konsekwencjami. Przyjęła to naturalnie, niemal odruchowo, jak coś oczywistego, wpisanego w ich dynamikę. Skinęła głową bez zawahania, nie szukając drugiego dna, nie próbując analizować motywów. Nie dlatego, że ich nie było, tylko dlatego, że nie mieściły się w świecie, który sobie dla nich zbudowała. W świecie, w którym on był po j e j stronie.
Prawda była znacznie mniej łaskawa. Każdy jego ruch miał znaczenie, każdy krok prowadził do konkretnego celu, a tym celem nie była wspólna sprawiedliwość, tylko ochrona samego siebie. Najbardziej gorzkie w tym wszystkim pozostawało to, że z biegiem czasu ta ochrona zaczęła obejmować również ją. To przed nią próbował się ukryć - przed kobietą, która oddała mu wszystko bez pytania o cenę, która wpuściła go do swojego życia z pełnym zaufaniem, nie zostawiając dla siebie żadnej bezpiecznej przestrzeni. Ona oferowała mu świat w najczystszej postaci, a on odpowiadał na to budowaniem kolejnych warstw, które miały go przed tym światem chronić.
- Jeśli nas zawiesi, wyślę to wszystko dalej - powiedziała spokojnie, a w jej głosie nie było ani cienia zawahania, a wyłącznie determinacja, która potrafiła przesuwać granice tam, gdzie inni zatrzymywali się bez walki. Nie szukała konfliktu, ale nie zamierzała się cofać, nawet jeśli oznaczało to zderzenie z całym systemem, który powinien stać po jej stronie.
Deszcz wciąż padał, wsiąkając w materiał ubrań, mieszając się z zapachem mokrego asfaltu i resztkami chaosu, który powoli wygasał wokół nich. Margo odwróciła się w stronę samochodu, nie oglądając się za siebie, jakby ten jeden rozdział został już zamknięty, choć jego konsekwencje dopiero zaczynały nabierać kształtu. Złapała za klamkę, a jej spojrzenie na moment złagodniało, pozbawione tej twardości, którą przybrała wcześniej. - Jak to wszystko się uspokoi… - zaczęła ciszej, jakby te słowa były przeznaczone wyłącznie dla niego, mimo obecności ludzi krzątających się wokół. - Chcę pogadać - krótka pauza zawisła między nimi, niewypowiedziane znaczenia pulsowały gdzieś pod powierzchnią. - I zostać dziś z tobą.
Nie doprecyzowała niczego więcej; w tych kilku słowach zawierało się wszystko i jednocześnie nic konkretnego - obietnica, potrzeba, może próba zatrzymania czegoś, co zaczynało wymykać się jej z rąk, choć jeszcze nie potrafiła tego nazwać.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Teraz jednak nie był tego taki pewien.
Wahał się, wtedy gdy pierwszy raz zjawiła się w jego drzwiach nocą, gdy jej dłonie sięgnęły do rozcięcia, które zostawiło po sobie bliznę na jego klatce piersiowej. Badał, czy to już był t e n moment, gdy ich usta złączyły się w tęsknym pocałunku. Moment, w którym dotarł do tego miejsca, którego nie mógł przekraczać.
Ale on nieustannie nie nadchodził.
Poczucie winy kiełkowało w nim z małego ziarenka aż po potężne pnącza, wijące się wokół jego żeber. Wtedy, gdy proponowała wyjście do Mimmo's i wtedy, gdy obrała sobie za cel Lucę Bianchiego. Gdy oboje wyznali sobie miłość, tkwiąc w tej bańce w domku pośrodku lasu, w której świat rzeczywisty nie mógł ich tknąć. Im dalej brnął, poszukując tego miejsca, w którym wreszcie musiałby powiedzieć dość, tym większe przerażenie wstępowało na miejsce jego złości.
Może tej granicy zwyczajnie n i e było.
Może nie był moralnie ambiwalentny, może był zepsuty do szpiku kości i w swoim skrajnym egoizmie, nie potrafił sobie j e j odmówić. Budował ich wspólną przyszłość jak domek z kart, wiedząc, że wystarczy jedna, celnie zdjęta u jego podstawy by wszystko runęło. Ze wszystkich rzeczy, jakie zrobił, z wszystkich krzywd, jakie wyrządził innym, to, co robił Margo, mogło być najbardziej okrutnym.
Przytaknął, skinieniem głowy zgadzając się bezwiednie na co, na co n i e powinien się zgadzać. Powinien mieć na tyle godności, by nie zgrywać dobrego policjanta, by nie brnąć jeszcze dalej w ten fałsz, w którym tkwili od samego początku. Ale wobec niej był kompletnie bezsilny, czuł się żałośnie słabym człowiekiem, który nie miał wystarczająco siły by jej odmówić.
Tkwił w miejscu, w strugach deszczu, przez dłuższą chwilę - wpatrzony w jej plecy, w okno samochodu, do którego wsiadła, ruszając we własną stronę, nim on zrobił to samo.
Collins przywitał go twarzą czerwoną z wściekłości. Zaciągnął do sali przesłuchań, niewiele różniącą się od tej, w której kilka dni temu spędzał zupełnie inne chwile z Margo. Patrzył, jak mężczyzna wyłączał interkom, jak wyglądał przez drzwi upewniając się, że nikt nie usłyszy ich rozmowy.
- Zawiśniesz za to - wycedził wreszcie, jakby nie mógł się zdecydować od czego w ogóle zacząć. - Carbone będzie chciał twojej głowy.
Tkwiąc w krześle, beznamiętnie przyglądał się mężczyźnie gdy ten miotał się na lewo i prawo. Collins uważał, że byli tacy sami, choć nie mógł bardziej się mylić. Madden nie brał od Vetresci pieniędzy - a w jego pokrzywionym systemie wartości, czyniło go to zupełnie odmiennym od drugiego detektywa.
- Nie zawisnę - odrzucił krótko, wyciągając przemoczoną paczkę papierosów z kurtki, która wciąż ociekała wodą. - W przeciwieństwie do ciebie, wciąż jestem przydatny.
- A co to ma niby oznaczać? - wzburzył się, pochylając nad stołem, o który oparły się jego ręce. - Wpierdoliłeś się w moje sprawy, Madden. Myślisz, że to było łatwe? Trzymać całe to gówno z dala? Carbone mnie potrzebuje.
Z niezadowoleniem przyglądał się przemoczonym papierosom, odnajdując jeden skrawek pudełeczka, który wciąż był względnie suchy i wydobywając jednego z nich.
- Jeśli Mercer połapała się, że nie wykonujesz swojej roboty prawidłowo, myślisz, że ile miałeś czasu nim zrobi to kapitan? - odrzucił, nie unosząc się, w przeciwieństwie do drugiego mężczyzny. - Przegiąłeś, Collins. Wypaliłeś się - westchnął, szukając zapalniczki. - Może unikniesz postępowania wewnętrznych, jeśli przestaniesz się wychylać.
- Masz gówno do gadania - prychnął drugi, prostując się gwałtownie. - Gdy Carbone się o tym...
- A może go nie unikniesz - warknął, głośniej, przerywając mu nim Collins się zapędził. - Może opowiem kapitanowi o nieprawidłowościach w twoich aktach. O tym, jak podejrzanie to wszystko wygląda. - zadarł podbródek, wsuwając papierosa do ust. - Carbone potrzebuje tylko jednego z nas.
Dochodziła dwudziesta gdy jego dłoń uniosła się w górę, stukając w drzwi prowadzące do mieszkania Margo. Jego płaszcz niemal wysechł na komisariacie - po to, by znów zamoknąć gdy wychodził z samochodu i kierował się do niej. Deszcz nie ustępował, jakby niebo rozstępowało się wraz z ziemią pod jego nogami, celebrując nadciągający k o n i e c.
- Jestem - przywitał się krótko, nie wiedząc, w jakim nastroju ją zastanie - świadom tego, jak grząski był grunt pod jego nogami. Jego barki były ugięte, włosy rozrzucone w każdą stronę, na wpół suche, na wpół mokre. - Jak poszło z kapitanem?
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jej decyzje były przemyślane, ruchy precyzyjne, a instynkt wyostrzony przez lata pracy w świecie, w którym zawahanie kosztowało więcej niż błąd. A jednak istniał jeden obszar, w którym wszystkie te zasady przestawały mieć zastosowanie, w którym doświadczenie traciło na znaczeniu, a rozsądek schodził na drugi plan. Uczucia nie podlegały tym samym regułom co śledztwa, nie dawały się rozłożyć na czynniki pierwsze, nie układały się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy.
Miłość, którą do niego czuła, była czymś absolutnym, niemal upartym w swojej naturze - czymś, co kazało jej wierzyć nawet gdy powinna była zacząć pytać.
Może zbyt łatwo ufała.
Nie w sensie powierzchownym, nie w relacjach, które nie miały dla niej znaczenia - tam była ostrożna, zdystansowana, momentami wręcz chłodna. Ale kiedy już kogoś wpuszczała do swojego świata, robiła to bez reszty, bez zostawiania sobie drogi odwrotu. Nie kalkulowała, nie zabezpieczała się na wypadek upadku. Oddawała wszystko, co miała, jakby samo i s t n i e n i e tej więzi było wystarczającą gwarancją, że nic nie może pójść nie tak. I może właśnie to było jej największą słabością, nie brak doświadczenia, nie brak intuicji, ale przekonanie, że niektóre rzeczy po prostu są prawdziwe.
Na komisariacie ta iluzja rozpadła się szybciej, niż była gotowa to przyznać. Wystarczyło jedno spojrzenie na kapitana, stojącego przy wejściu, by zrozumiała, że spokój, który jeszcze chwilę wcześniej rozlewał się w jej wnętrzu, był tylko chwilowym zawieszeniem broni. Jego twarz była napięta, czerwona z gniewu, a spojrzenie wbite w nią z taką intensywnością, że nie pozostawiało żadnych złudzeń co do tego, co miało nastąpić. Nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy jego dłoń uderzyła o blat biurka z głośnym hukiem, rozcinając ciszę jak ostrze.
- Mercer, czy ty, kurwa, oszalałaś? - warknął, a w jego głosie nie było miejsca na rozmowę, tylko na wyrzut, na gniew, który narastał od momentu, gdy dowiedział się, co zrobiła. - Kiedy wpadłaś na pomysł, że możesz odpierdalać takie akcje bez mojej wiedzy? Wiesz, co ty w ogóle zrobiłaś? To nie była samowolka, Mercer, to była operacja na skalę, której nie przeprowadza się bez zgody dowództwa - nie cofnęła się, choć każde jego słowo uderzało z siłą, której nie dało się zignorować.
- Collins przymyka oko na w s z y s t k o - odpowiedziała spokojnie, ale w jej tonie wybrzmiewała ta sama determinacja, która doprowadziła ją do Mimmo’s. - Gdybym przyszła do pana, odsunąłby mnie pan od sprawy, bo on ma doświadczenie - kapitan zacisnął szczękę, jakby przez moment walczył ze sobą, by nie podnieść głosu jeszcze bardziej. - To nie ty decydujesz, kto prowadzi sprawę - wycedził. - I to nie ty ustalasz zasady gry. Wiesz ile osób mogło dziś za to zapłacić?
Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego wyciągnęła teczkę i położyła ją przed nim, przesuwając w jego stronę z wyraźnym naciskiem. - To są dowody. Na Bianchiego i na resztę. Na wszystko, co było zamiatane pod dywan - jej spojrzenie było twarde, pewne, niemal brawurowo wyzywające. - Może ktoś w końcu zrobi z tym porządek - przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza, ciężka i napięta, zanim kapitan westchnął głęboko, przeczesując dłonią włosy. - Zejdź mi z oczu - rzucił w końcu, z rezygnacją podszytą złością. - I nie wracaj dziś do roboty. Potrzebuję czasu, żeby zdecydować, co z tobą zrobić.
Wyszła bez słowa, czując na sobie ciężar spojrzeń, które towarzyszyły jej od samego początku. Collins czekał w korytarzu, oparty o ścianę, a jego wzrok był ostrzejszy niż wszystko, co usłyszała przed chwilą. - Zapłacisz mi za to - warknął cicho, mijając ją tak blisko, że niemal ocierali się ramionami. Impuls był natychmiastowy, odruchowy, ale powstrzymała się w ostatniej chwili, zaciskając tylko mocniej szczękę i pozwalając mu odejść zamiast unieść w górę środkowy palec i pomachać nim przed jego twarzą z uśmiechem wykrzywiającym jej własną.
Kilka godzin później cisza jej mieszkania była niemal obca. Emocje opadły, lecz nie zniknęły całkowicie, zostawiając po sobie napięcie rozlane w mięśniach; zmęczenie, które nie pozwalało naprawdę odpocząć. Krążyła bez celu, próbując znaleźć dla siebie miejsce, zanim w końcu usłyszała pukanie do drzwi. - Wreszcie - rzuciła cicho, otwierając i niemal od razu skracając dystans, by wtulić się w niego bez zbędnych słów. Jej dłonie przesunęły się po jego ramionach, poprawiając płaszcz, który zaraz potem zsunęła z niego. - Wyglądasz jak… - urwała, krzywiąc się lekko, jakby nie potrafiła znaleźć odpowiedniego określenia, choć w jej spojrzeniu pojawiło się coś cieplejszego.
- Nie zabił mnie i nie kazał jutro nie przychodzić, więc chyba nie poszło najgorzej - dodała po chwili, odsuwając się tylko na tyle, by móc na niego spojrzeć. - Dałam mu wszystko, co miałam na Bianchiego - ruszyła w stronę barku, sięgając po butelkę dobrej whisky w niemal mechanicznym geście, nalewając do dwóch szklanek i siadając przy stole, podciągając kolano pod brodę. - Przekazałam mu też teczkę na naszych - uniósłszy wzrok, zatrzymała go na nim, uważniej niż wcześniej, jakby próbowała wyczytać coś więcej, coś, co umykało jej przez cały dzień.
- Nie pozabijałeś się z Collinsem? - zapytała ciszej, a pytanie zawisło między nimi cięższe, niż powinno.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wystarczająco, by Margo mogła go pokochać wraz z tą stroną, której nigdy jej nie pokazywał.
To złudzenie prysnęło gdy przekroczył próg Mimmo's, gdy znalazł się w tym miejscu wraz z nią. W wyniku tych dwóch światów, wiedział już, że nie było dla niego ratunku, nie było ucieczki. Podświadomie zawsze w pełni to pojmował, ale dopiero gdy wtargnęli do neonowego pubu, wreszcie to z r o z u m i a ł. Dostrzegł to w podobieństwu siebie do wszystkich tych ludzi, w całkowitej pogardzie, w jakiej spoglądała na Bianchiego i towarzyszących mu mężczyzn.
Wiedział, że był zbyt splamiony, zbyt pasujący do tego przestępczego świata, by kiedykolwiek jej miłość sięgnęła do jego drugiego oblicza.
- Jak zbity pies? - odrzekł, kącik jego ust podjechał w górę w bardziej odruchu, wywołanym jej widokiem, niż w przekonującym uśmiechu wpełzającym na jego twarz świadomie.
Pozwolił, by jej dłonie zsunęły z niego płaszcz. Materiał przesiąknął, woda dotarła do koszulki pod spodem - przywarła do jego ramion i barków. Dyskomfort, który temu towarzyszył, poruszał się gdzieś po powierzchni jego odczuć, nie sięgając głębiej.
Jeśli Collins nie miał racji, jeśli nie miał zawisnąć, to dlaczego czuł się teraz jak gdyby wkraczał na szubienicę?
Wnętrze jej mieszkania zawsze było ciepłe, zapraszające. Wkroczył do salonu i kuchni, podążając jej śladem. Patrzył, jak sięgała po nieprawidłową whisky, jak pełna tej determinacji i zadowolenia nalewała alkoholu do szklanek, niezrażona naganą, którą wcześniej otrzymała od kapitana. Mercer nie była osobą, która potrafiła się zrazić - nie gdy miała cel wyznaczony przed sobą.
Zignorował alkohol, tak jak zignorował podszepty własnego sumienia. Zamiast stanąć naprzeciw niej, obszedł stół, ruszając do stołka, na którym zasiadła. Jego spojrzenie w ten sam, badawczy sposób przesunęło się po jej twarzy, szyi, zjechało w dół - w geście, w którym nie chowało się zwykle obecne pożądanie.
Chowała się w nim potrzeba upewnienia się, że była c a ł a.
Nie tylko w sensie fizycznym, choć pamiętał uderzenie jej pleców o ścianę. Jego twarz ściągnęła się lekko w skupieniu gdy spojrzeniem badał każdy jej skrawek, sprawdzając - jakby Mimmo's mogło zostawić na sobie na niej ślad.
Taki, jak zostawiało na nim.
- Był wkurwiony, co było do przewidzenia - odpowiedział zdawkowo, sięgając do jej włosów - wcześniej mokrych, teraz poskręcanych na tysiące kierunków świata jak zawsze, gdy nie układała ich pieczołowicie przed pracą. Odgarnął je lekko, kciukiem muskając przy tym jej policzek. - Uświadomiłem mu, że został uratowany przez nas przed własną niekompetencją. Przekazałem też, że jest gówniany w swojej robocie. Na jakiś czas, będziesz miała w nim wroga. Carbone potrzebuje tylko jednego z nas. Odsunął się lekko, opierając plecami o blat stołu. Sięgnął ramieniem w tył, zgarniając jedną ze szklanek. Mokry rękaw opinał jego ramię czernią, a wystający spod niego tatuaż wyglądał, jakby to materiał rozlewał się po jego skórze.
Uniósł szklankę w geście cichego toastu.
- Jak twoje plecy? - zapytał cicho, gdy jego usta zwilżył już alkohol. - Ktoś powinien cię obejrzeć.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Subtelną, niemal niewidoczną dla kogoś z zewnątrz, ale dla niej wyraźną jak rysa na gładkiej powierzchni szkła.
Znała go wystarczająco długo, żeby odróżnić jego gniew od frustracji, rozczarowanie od obojętności, zmęczenie od wycofania. Wiedziała, jak napinał szczękę, gdy coś go drażniło, jak milknął, gdy analizował, jak jego spojrzenie traciło ostrość, gdy odpływał myślami gdzieś dalej, niż chciał przyznać. To wszystko miało swoje miejsce, swoje uzasadnienie, swój porządek.
To, co widziała teraz, nie pasowało do żadnego z tych schematów.
Ta sama nuta pojawiła się wcześniej, jeszcze przed Mimmo’s, przemykając gdzieś między jego słowami, w krótkich zawieszeniach głosu, w spojrzeniach, które trwały o ułamek sekundy za długo albo urywały się zbyt nagle. Wtedy odsunęła to od siebie, przypisując napięciu, skali akcji, ciężarowi sytuacji. Teraz jednak, w ciszy jej mieszkania, w przestrzeni, która zwykle rozbrajała go do tego stopnia, że przestawał się pilnować, to uczucie wróciło wyraźniejsze, trudniejsze do zignorowania.
Był inny. Nie zmęczony, nie zdenerwowany, nawet nie przytłoczony. Po prostu nie ten s a m. I to nie ten sam nie miało jeszcze dla niej nazwy, co tylko pogłębiało dyskomfort, który zaczynał powoli osiadać gdzieś pod mostkiem.
- Miałam na myśli raczej, że jak gówno - odpowiedziała cicho, unosząc lekko brew, bo nie było w tym ani złośliwości, ani kpiny, tylko żart podszyty czymś łagodniejszym. Wyglądał źle. Nie jak ktoś, kto właśnie zamknął ważną sprawę, tylko jak człowiek, który coś stracił, choć teoretycznie wszystko poszło zgodnie z planem.
Obserwowała go uważnie, niemal bezwiednie, nie sięgając nawet po własną szklankę. Alkohol był tylko pretekstem, gestem wpisanym w ich wieczory, czymś, co robiła bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Jej uwaga skupiała się wyłącznie na nim, na każdym ruchu, na sposobie w jaki się poruszał, jak odgarniał jej włosy, jak mówił i czego nie mówił. - Domyślam się. Spotkaliśmy się na korytarzu i zdecydowanie nie pałał do mnie miłością - dodała z cieniem uśmiechu, unosząc jeden kącik ust, bo Collins nie był teraz problemem, nawet jeśli próbował nim być. Jego złość była przewidywalna, wręcz banalna w porównaniu do tego, co teraz stało przed nią.
Westchnęła cicho, przyjmując jego dotyk bez oporu, ale tym razem to ona sięgnęła pierwsza, przesuwając palcami po jego nadgarstku, jakby chciała go zatrzymać, przytrzymać przy sobie na moment dłużej. - Wszystko w porządku - powtórzyła spokojnie, chociaż sama nie była już do końca pewna, czy mówiła to do niego, czy do siebie. Widziała jednak coś w jego spojrzeniu. Coś bardziej pierwotnego, niemal niepokojącego w swojej intensywności; tę potrzebę upewnienia się, że była cała, że nic jej nie jest, że nadal siedzi tu przed nim taka s a m a.
Wstając, sięgnęła do brzegu bluzy i jednym płynnym ruchem ściągnęła ją przez głowę, pozwalając, by materiał opadł gdzieś na oparcie krzesła. Odwróciła się do niego plecami, odsłaniając skórę, na której wciąż rysowały się delikatne ślady dnia, napięcie zapisane w mięśniach, które dopiero teraz zaczynały odpuszczać. Przełożyła włosy przez ramię, przytrzymując je jedną dłonią, zostawiając go z widokiem, którego tak uparcie szukał.
Stała nieruchomo przez chwilę, pozwalając ciszy między nimi wybrzmieć, zanim odezwała się cicho. - Co cię gryzie? - zapytała, patrząc przed siebie, nie odwracając głowy, jakby wiedziała, że odpowiedź i tak nie przyjdzie od razu, ale jednocześnie nie zamierzała już dłużej udawać, że wszystko jest takie, jak być powinno.
Nieświadomie dawała mu szasnę. Szansę na jego wersję prawdy.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wypicie haustem whisky w szklance, by jej gorycz zmyła posmak, który fałsz zostawiał na języku. Celebrację tego, co udało im się osiągnąć, wartej dobrej whisky, na którą przecież Margo czekała. Uczczenie jej zwycięstwa, ponieważ wszystko, co wniósł do tej sprawy, nie wynikało z jego pracy detektywistycznej, a z życia, które wiódł b e z niej.
Nie chciał myśleć o Mimmo's. Chciał znów o nim zapomnieć, w jej ustach smakujących dobrym alkoholem, dłoniach odnajdujących miejsca, w których pragnęły się zatrzymać. W półmroku panującym w jej salonie, rysy jej twarzy były miękkie, namalowane bursztynowym światłem lamp. Była p i ę k n a, niezmieniona tym, co wydarzyło się tego dnia, wciąż taka sama.
Wciąż j e g o.
Ale nie mógł zapomnieć o tym, co przekroczyło z nim próg jej drzwi. Mimmo's wciąż trzymało go w swoich władaniach, czuł jego smród na swoich przemoczonych deszczem ubraniach - a gdy odwróciła się, zdejmując z siebie grubą bluzę, jego serce zatrzymało się na jedno uderzenie. Wraz z krwią, zaczęło pompować w jego żyły furię.
Z a b i j ę go, przemknęło przez jego umysł, dotarło do rozchylonych ust nim rozum zatrzymał słowa nim zdążył je wypowiedzieć. Zbliżył się, pokonując ten drobny dystans, który stworzyła między nimi. Pochylając, przekształcając jej osobistą przestrzeń w ich wspólną gdy sięgnął dłonią do jej skóry, opuszkami palców delikatnie studiując miejsce, w którym zdrowa tkanka przekształcała się w fiolet.
- Ktoś powinien to obejrzeć - powtórzył, za wszelką cenę starając się wyhamować złość, która znów, z taką łatwością, rozbłysnęła w jego ciele i trawiła jego duszę. Bianchi nie miał prawa jej d o t k n ą ć, tymczasem ślad po nim naznaczył jej skórę na następne tygodnie.
Powinien był to powstrzymać. Powinien był dostrzec jego intencje, ten błysk w spojrzeniu, który był zwiastunem nadciągającego niebezpieczeństwa.
Niespodziewanie, dostrzegł to w n i e j.
W piwnych tęczówkach, utkwionych w nim z uwagą, z którą nie przyglądała mu się wcześniej. Wyczuł to, jej świadomość tego, że c o ś między nimi się zmieniło. Delikatne szarpnięcie splatającej ich nici, sprawdzające, czy po drugiej stronie tkwił nadal ten sam człowiek - czy nadal przewodziła w odpowiedni sposób, w który komunikowali się bez słów.
- Czuję, że to wszystko bardzo źle się skończy - odpowiedział, po dłuższej chwili milczenia, w której wycofał się - na tę bezpieczną odległość, którą wciąż można było skrócić wyciągniętym ramieniem. Sięgnął do szklanki, do whisky, którą mu nalała, a która zdecydowanie powinna mieć gorszy smak ze względu na okoliczności. - Carbone to nie jest człowiek, który wybacza lub zapomina.
A Margo Mercer wtargnęła na jego terytorium i porwała jednego z mafijnych hersztów. Martwił się o to, jakie mogły być tego implikacje.
Półprawda wciąż była kłamstwem - ale choć inne słowa cisnęły mu się na usta, te również były szczere.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Poczuła go nie tylko w miejscu, gdzie pojawił się siniak, lecz rozchodzącego się szeroko, po plecach, karku, ramionach, aż po opuszki palców, jakby każdy nerw w jej ciele nagle przypomniał sobie, że istnieje. Przymknęła oczy i na krótką chwilę wstrzymała oddech w tej niemal instynktownej gotowości na więcej. Na to, że jego dłoń nie zatrzyma się na tym jednym, ostrożnym geście, że zaraz pochyli się bliżej, że ciepło jego ust zetknie się z jej skórą i rozproszy ten tępy ból, który pulsował pod powierzchnią.
Nic takiego jednak nie nastąpiło, a brak tego ruchu okazał się bardziej wymowny niż jakikolwiek dotyk, wyraźniejszy niż słowa, które mogłyby paść między nimi. - To tylko stłuczenie - odezwała się ciszej, niż planowała, choć w jej tonie wciąż pobrzmiewała pewność. - Bianchi waży dwa razy więcej, to musiało się tak skończyć - zbagatelizowała to bez zawahania, bo naprawdę nie widziała w tym nic, co wymagałoby większej uwagi; oddychała swobodnie, poruszała się bez większego problemu, a ból był jedynie tłem, n i c z y m więcej.
Były rzeczy znacznie ważniejsze, cięższe, które domagały się jej uwagi. Odwróciła się w jego stronę i wtedy poczuła to wyraźniej - to napięcie, które nie miało już nic wspólnego z akcją, z Mimmo’s, z adrenaliną. To było coś innego, coś głębszego, trudniejszego do uchwycenia, lecz niemożliwego do zignorowania. Widziała to w nim, w sposobie w jaki się poruszał, w spojrzeniu, które nie zatrzymywało się tam, gdzie powinno, w tym, jak bardzo nie pasował do chwili, która powinna przynosić ulgę.
Nie wierzyła, że chodziło wyłącznie o Carbone’a, o jego wpływy, o zagrożenie, które wisiało nad nimi. Rhys widział rzeczy gorsze, stawał naprzeciw ludzi równie nieprzewidywalnych, a jednak nigdy nie nosił w sobie tego rodzaju ciężaru. - Carbone jest tym, którego też wyciągniemy z tej nory - powiedziała spokojnie, sięgając po bluzę i wsuwając ją przez głowę, jakby ten materiał mógł choć trochę uporządkować chaos, który pojawił się między nimi. - Nie powinniśmy się tym martwić - zrobiła krok do przodu, świadomie skracając dystans, który on przed chwilą wprowadził i weszła w jego przestrzeń z tą samą naturalnością z jaką zawsze to robiła.
Jej dłonie odnalazły jego przedramiona, przesunęły się powoli po wilgotnym materiale, po napiętych mięśniach, aż do nadgarstków, gdzie puls wyczuwalny był wyraźnie pod skórą. Zatrzymała się tam na moment, jakby chciała go uchwycić, zatrzymać w tej chwili, a potem splotła ich palce, łącząc je w gest, który był prosty, a jednocześnie niósł ze sobą wszystko, czego nie wypowiadali na głos.
Uniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy z miękkim, spokojnym uśmiechem, który nie miał w sobie ani cienia wahania, jakby każdą sekundą próbowała zdjąć z jego barków ciężar. - Rhys - wypowiedziała jego imię w t e n sposób, niemal łagodnie, jakby bała się, że głośniejsze słowo mogłoby go od niej odsunąć. - Jesteśmy tutaj, wszystko poszło zgodnie z planem. Ta sprawa jest taka sama, jak każda inna. Za parę dni skupimy się na innej, ktoś inny stanie się dla nas potencjalnym zagrożeniem. Tak wygląda nasza praca - wspięła się lekko na palce, zamykając ten ostatni dystans i przycisnęła usta do jego ust w krótkim, pewnym pocałunku.
Nie odsunęła się od razu; jej czoło oparło się o jego, oddech wyrównał się z jego oddechem, a splecione dłonie pozostały nieruchome między nimi. - Kocham cię - wyszeptała bez zawahania, bez potrzeby podkreślania czegokolwiek więcej, jakby to jedno zdanie miało wystarczyć za odpowiedź na wszystkie zmartwienia.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Byłby hipokrytą, skupiając się teraz na sińcu formującym się na jej ciele gdy sam zmusił ją do zszywania go w środku nocy, na kanapie w jego salonie.
A jednak jego ciało i umysł potrzebowały czegoś, na czym mógłby się skupić. Kroku, który mógłby wykonać, a który byłby z korzyścią dla niej, jakby na swój chory sposób starał się znaleźć sposób, by choć odrobinę zadośćuczynić wszystko to, co zrobił dotychczas.
Jakby to w ogóle było możliwe.
Patrzył, jak wkładała na siebie bluzę, zasłaniając nagą skórą przed jego spojrzeniem. Coś w jego wnętrzu zareagowało zawodem - coś, co natychmiast w sobie zdusił. Okłamywał ją od samego początku, a jednak teraz te kłamstwa stały się r e a l n e, zbyt trudne do odsunięcia na bok i zignorowania.
Ta jedna rzecz nie byłaby z korzyścią dla niej. Wierzył, że jedynie przekręciłaby nóż, już wbity w jej plecy.
Ale choć trzymał w ryzach swoje ciało, zmuszając się do odsunięcia, dłonie do sięgnięcia po szklankę bądź wsunięcia w kieszenie spodni, nie potrafił zmusić się by powstrzymać ją przed wykonaniem kroku. Tkwił w miejscu, gdy skróciła dystans między nim, gdy jej dłonie wylądowały na jego przedramionach.
Patrzył na nią przez pryzmat szkarłatnego światła wszystkich czerwonych lampek, które włączyły się w zaduchu Mimmo's i nadal nie potrafiły wyłączyć.
A jednak coś w nim zelżało lekko, gdy wspięła się na palce by złożyć na jego ustach pocałunek. Wraz z którymś wydechem, część tego paraliżującego napięcia uległa jej wpływowi, uniosła się z jego ciała, zabierając kawałek Mimmo's ze sobą.
- Wierzę, że jeśli ktoś miałby wsadzić Carbone'a za kraty, byłaby to nieskończenie uparta i zdeterminowana detektyw Mercer - odparł, a cień uśmiechu zamigotał w jego mimice, tym razem mniej wymuszony niż poprzedni. Odstawił szklankę na bok, na blat, tracąc nią zainteresowanie gdy znów znalazła się w pobliżu - wbrew temu, jak sam
Westchnął, sięgając po dłoń, którą trzymała na jego nadgarstku. Uniósł ją w górę, opierając o swój policzek - pragnął czuć jej ciepło przy sobie, p r a w d z i w e, obecne. Jej dłoń parzyła w kontraście ze smaganą wiatrem i deszczem skórą.
- To nie jest sprawa taka jak wszystkie inne. Carbone nie jest zwykłym przestępcą, którego wrzucimy do więzienia jak Bianchiego - dodał wreszcie, nie wypuszczając jej dłoni z własnej, napawając się jej bliskością choć jego spojrzenie balansowało na granicy świadomego krążenia po twarzy, którą znał już tak dobrze jak własną, a podświadomym wracaniu do dusznego zaplecza Mimmo's. - Nie chcę cię stracić, Margo.
Największą ironią losu było to, że wiedział, że to się stanie bez względu na to jak potoczy się przyszłość.
Może niekoniecznie z rąk Carbone'a. Może spełni się wszystko to, co mu obiecywała - może rozpracuje całą Ventrescę i wsadzi wszystkich odpowiedzialnych na swoje miejsca.
I wtedy również wymsknie się mu z ramion, gdy prawda ujawni otaczającą go obłudę.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Rozmowa o Ventresce, o Sergio, o tym, co już się wydarzyło i co dopiero miało nadejść, nie prowadziła donikąd. Była jak krążenie wokół tej samej rany, rozdrapywanie jej bez szansy na zagojenie. Margo nie potrzebowała tego analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, nazywać wszystkiego, co i tak było oczywiste. To, co miało znaczenie, wydarzyło się już wcześniej - w chwili, w której zacisnęły się kajdanki na nadgarstkach Bianchiego, w błysku jego wściekłości i w tej cichej satysfakcji, która rozlała się wtedy w jej wnętrzu.
To jej wystarczało.
Dlatego milczała, patrząc na niego uważnie, spokojnie przesuwając opuszką palca po jego dłoni, kreśląc powolne, niemal nieświadome linie, które miały w sobie coś kojącego. Ten gest nie był przypadkowy, był odpowiedzią, próbą powiedzenia mu, że jest tu, że go widzi, że nie musi już niczego tłumaczyć. Kiedy jego słowa wybrzmiały do końca, nie przerwała ciszy od razu. Uśmiech pojawił się na jej ustach miękko, bez napięcia, jakby podjęła decyzję jeszcze zanim zdążyła ją nazwać.
Zabrała dłoń z jego policzka i odsunęła się o krok, a potem, bez zbędnych wyjaśnień, skierowała się do sypialni. Nie zostawiła go na długo, wróciła z jedną z jego bluz, którą wcześniej zostawił u niej, i podeszła prosto do niego, nie pytając, nie czekając na pozwolenie. Delikatnie, ale stanowczo popchnęła go na krzesło, a jej dłonie od razu sięgnęły materiału jego koszulki, zsuwając ją z jego ramion z tą naturalnością, jakby robiła to setki razy. - Nie stracisz mnie - powiedziała cicho, niemal przy okazji, jakby to była rzecz oczywista, niepodlegająca dyskusji.
Jej palce na moment zatrzymały się na jego skórze, ciepłe, uważne, badające nie tylko fizyczność, ale też to napięcie, które w nim zostało. - Co jeszcze mam zrobić, żebyś mi uwierzył? - dodała, unosząc na niego spojrzenie, w którym nie było ani złości, ani frustracji, tylko szczerość tak czysta, że aż b o l e s n a.
- Czego ode mnie jeszcze oczekujesz? - to pytanie wybrzmiało ciszej, bardziej miękko, ale nie straciło swojej wagi. Nie odsunęła się jednak, zamiast tego przesunęła się bliżej, aż znalazła się między jego kolanami, a potem, bez zawahania, usiadła na jego udach, obejmując go ramionami. Jej ciało dopasowało się do jego z tą samą naturalnością z jaką oddychała, jakby nie istniała żadna przestrzeń, w której mogłoby ich zabraknąć. Oparła policzek o jego skroń, przymykając na moment oczy, pozwalając sobie na tę bliskość bez pośpiechu i napięcia.
Jej dłonie przesunęły się po jego plecach, zatrzymując go przy sobie mocniej, pewniej, jakby chciała, żeby poczuł to wszystko, czego nie dało się zamknąć w słowach. - Jestem tu - szepnęła jeszcze raz, już ciszej, muskając ciepłymi wargami jego ucho. - Nigdzie się nie wybieram. O s z a l a ł a m dla ciebie.
W tej chwili nie potrzebowała niczego więcej - żadnych zapewnień z jego strony, żadnych odpowiedzi. Wystarczało jej to, że był, że mogła go dotknąć, że mogła być blisko. I w tej prostocie, w tym uporze trwania przy nim mimo w s z y s t k i e g o, kryło się każde jej uczucie.
Rhys Madden