-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Drgnęła lekko, gdy nachylił się nad biurkiem, tak blisko, że przez ułamek sekundy poczuła znajomy zapach jego skóry. Patrzyła prosto na niego, słuchając wzmianki o ojcu. Oczywiście, że do niego dzwonił. To było niemal oczywiste, jej ojciec zawsze szukał odpowiedzi tam, gdzie uważał, że je znajdzie.
Przyjęła te słowa spokojnie, pozwalając im opaść gdzieś głęboko. Wiedziała, że nie powinna się tym przejmować. Powinna odpuścić, zostać na miejscu, uruchomić komputer, otworzyć pierwszą lepszą kartę i udawać, że pracuje. Powinna pozwolić mu wyjść, pozwolić mu zrobić dokładnie to, co zapowiedział, ale odkąd zobaczyła go po raz pierwszy od miesiąca, wszystko przestało być logiczne.
Odczekała chwilę. Dokładnie tyle, ile potrzebował, by przekroczyć szklane drzwi i zniknąć z pola widzenia. Dopiero wtedy podniosła się z miejsca, zgarniając telefon i klucze z blatu. Ruszyła za nim szybciej, niż planowała, ignorując spojrzenia współpracowników.
Znalazła go niemal natychmiast - szedł, jakby próbował zostawić za sobą nie tylko komisariat, ale również wszystko, co wydarzyło się kilka minut wcześniej. Musiał usłyszeć jej kroki, musiał wyczuć jej obecność, zanim jeszcze znalazła się za jego plecami. - O co ci, kurwa, chodzi? - rzuciła ostro, przyspieszając.
Dogoniła go przy wyjściu na zewnątrz. Weszła prosto w jego przestrzeń, łapiąc go za ramię i szarpiąc mocniej, niż planowała. Zatrzymała się przy ścianie budynku, w miejscu częściowo ukrytym przed wzrokiem ludzi przechodzących obok, stając z b y t blisko jak na wszystko, co próbowali między sobą budować od rana. - O co się wściekasz? Po co ten cały pokaz? - warknęła, a spokój, który utrzymywała przez ostatnią godzinę, rozsypał się bezpowrotnie. - Chcesz usłyszeć prawdę o tym miesiącu, żeby poczuć się lepiej?
Stała o krok od niego, napierając własną obecnością, odbierając mu przestrzeń do ucieczki. Serce waliło jej w piersi mocno, oddech przyspieszył, ale nie zamierzała się wycofać. Patrzyła mu prosto w oczy. - Chcesz wiedzieć, jak wyglądało moje pieprzone życie od chwili, gdy wyszłam z mieszkania? Jak wyglądało budzenie się codziennie z tą samą myślą, że zostawiłam za sobą wszystko, czego nie potrafiłam przestać kochać? - jej głos drgnął lekko, choć nie odwróciła wzroku. - Chcesz wiedzieć, ile razy próbowałam sobie wmówić, że to była dobra decyzja? Ile razy pakowałam rzeczy, żeby wrócić wcześniej, a później znowu rezerwowałam kolejny nocleg? - zachowywał się, jakby był jedyną osobą, która coś straciła, a tak naprawdę oboje przeżywali ten koszmar równie mocno.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie do razu. Gdy zostawiał ją przy biurku, był przekonany, że ta stoicka, i d e a l n a Margo zostanie dokładnie w miejscu, w którym siedziała. Nawet przez myśl nie przeszło mu, że coś mogłoby zburzyć ten stan, w którym wróciła ze swojego urlopu. Ten, w którym jej spojrzenie było beznamiętne, głos suchy, pozbawiony emocji, które brzmiały w nim niegdyś. Może dlatego, że nie był świadom tego, czego ją nauczył, co przyswoiła za jego pomocą - zakładania maski, tak szczelnej, że całość świata była w stanie w nią uwierzyć.
Może dlatego, że dla niego nigdy jej nie nosiła.
W jego dłoniach znalazł się papieros gdy był już w połowie drogi do wyjścia. Obracał go w palcach wyczuwając ją za sobą, jak chmurę gradową mknącą korytarzami byle tylko go dogonić. Jego spięte barki napięły się jeszcze mocniej, jakby było to fizycznie możliwe - jakby nie był o włos od zamiany w pieprzony kamień na tym etapie.
Ignorował jej pytanie, tak jak ignorował jej obecność. Zupełnie tak, jakby mógł sprawić, że to wszystko się nie działo, jeśli tylko jego wzrok pozostanie utkwiony w drodze naprzeciw, jeśli zdąży dotrzeć do drzwi i zostawi ją za sobą, w komisariacie.
Zimne szpony zacisnęły się na jego trzewiach gdy poczuł na sobie jej dotyk - zupełnie inny od tego, do którego przywykł. Ostry, gwałtowny, gdy szarpnęła, ciągnąc go w swoją stronę ze zdecydowaniem i siłą osoby, która nie znosiła sprzeciwu. A on, zaskoczony, nie spodziewając się tego, uległ tej sile, skręcając w jej stronę.
- Nie chcę - warknął, usiłując jej przerwać, usiłując zatrzymać ją przed dalszym mówieniem. - Nie chcę niczego słuchać, Margo.
Nie chciał wyobrażać jej sobie w bólu, załamanej, spędzającej ten czas na nieustanną walką ze sobą. Wiedząc, jakim cierpieniem był dla niego ten miesiąc, wolał wyobrażać sobie to, co podpowiadał im Evans - wolał myśleć, że uniknęła tego losu, nawet jeśli w głębi duszy wiedział, że ta cicha, wygaszona nić splatająca ich ze sobą była daleka od martwej i nieustannie przekazywała mu jej cierpienie.
- Usłyszałem już wystarczająco - uniósł głos, odwracając się ku niej, nachylając w jej stronę nie zważając na potencjalnych słuchaczy, nie zważając na n i c. Nikt nie doprowadził go w życiu do takiego stanu jak potrafiła zrobić to ona. - Wiem, że zniszczyłem ci życie. Że rozwaliłem ci karierę. I że jestem najgorszym, co ci się w życiu potrafiło.
Cedził kolejne słowa, każde z nich coraz cichsze, ale wciąż drżące od gniewu. Miał d o ś ć, dość nieustannego bycia rozrywanym na kawałki i nawet, jeśli to on był źródłem całego tego cierpienia, być może powinien przybrać rolę osoby, za którą go uważała.
A taka osoba nie musiała tego z n o s i ć.
- Nie muszę słuchać o tym, jak zrujnowałem ci zaczynanie wszystkiego od nowa i jak rujnuję ci każdy dzień, który będziesz musiała tu spędzić - prychnął, prostując się, odsuwając od niej, nagle świadom tego, że znów był zbyt blisko.
Wetknął papierosa do ust, odwracając się do niej bokiem, wzrokiem szukając swojego samochodu, który zaparkował tak bezmyślnie, że teraz musiał wytężać wzrok.
- Chcę odjebać tę sprawę najszybciej jak tylko się da żeby zamknąć kapitanowi mordę - zakończył, krótko, chłodno. - I znaleźć sobie innego partnera.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez krótką chwilę sama nie wierzyła, że to zrobiła. Stała nieruchomo, czując piekące drżenie rozchodzące się po własnej dłoni, chłód palców kontrastujący z gorącem jego skóry. Nie wiedziała, co dokładnie ją do tego popchnęło. Może sposób w jaki mówił, jakby znał jej emocje lepiej od niej samej. Może ten gniew, którym ją obarczał, przypisując jej słowa, których nigdy nie wypowiedziała.
Nie obchodziło jej, że znajdowali się pod komisariatem, na oczach ludzi, którzy mogli patrzeć. Nie interesowały jej okna budynku, za którymi ktoś mógł właśnie przystanąć i obserwować ich kolejną katastrofę. Przestali istnieć wszyscy inni. Zawsze tak było, że wystarczył on, jego obecność, jego głos, a świat wokół rozmywał się do nieważnego tła.
- Pieprz się - wyrzuciła z siebie ostro, cofając się o krok, później o następny, potrzebując przestrzeni. Powietrze rwało jej płuca, serce waliło zbyt mocno, zbyt szybko, odbijając się o żebra z bolesną intensywnością. - Przestań zachowywać się tak, jakbym to ja cię zniszczyła. Przestań się użalać - mówiła coraz szybciej, nie filtrując słów, pozwalając im wypływać bez kontroli. - To ja zostałam z tym wszystkim sama - zbliżyła się gwałtownie, napędzana złością, która mieszała się z bólem w proporcjach niemożliwych do rozdzielenia. Wyrwała mu teczkę z dłoni, szarpiąc ją mocniej, niż było to konieczne, jakby chciała odebrać mu nie tylko dokumenty, ale też kontrolę nad sytuacją.
- To j a miesiąc temu mówiłam ci, że zrobię dla ciebie wszystko. Ja obiecywałam, że zostanę. Ja wierzyłam, że cokolwiek się wydarzy, damy radę - głos załamał się na moment, lecz nie zatrzymała się. - Ty zdecydowałeś za nas oboje. Ty uznałeś, że nie mamy prawa nawet spróbować - odwróciła się gwałtownie i ruszyła w stronę samochodu. Kroki stawiała szybko, prawie nerwowo, czując, że jeśli zatrzyma się choćby na chwilę, emocje rozleją się po niej całkowicie. Nie chciała pozwolić, by zobaczył, jak bardzo wciąż miał nad nią władzę.
Przystanęła jeszcze na moment, gwałtownie obracając się przez ramię. - Ty nas skreśliłeś, Rhys. Ty odpuściłeś pierwszy - nie czekała na odpowiedź. Nie chciała jej słyszeć. Dotarła do samochodu niemal biegiem, otwierając drzwi drżącą dłonią. Wsunęła się do środka i zatrzasnęła je z hukiem, który odbił się echem po parkingu. Przez kilka sekund siedziała nieruchomo, wpatrzona w kierownicę, niezdolna do wykonania najprostszego ruchu. Oddech rwał się nierówno, a gardło ściskało tak mocno, że przełknięcie śliny wydawało się wysiłkiem.
Nie wiedziała dokąd pojedzie. Nie miała planu, potrzebowała tylko ruszyć, zostawić za sobą to miejsce, ten parking i jego spojrzenie. Drżącą ręką przekręciła kluczyk w stacyjce, czując, że wcale nie odzyskała kontroli. Po prostu z n ó w próbowała uciec, zanim wszystko w niej pęknie całkowicie.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z a m a r ł, z początku nie wiedząc nawet jak zareagować. Gorąco rozlewało się po jego skórze gdy powoli odwracał głowę, z powrotem kierując ją w jej stronę. Coś błysnęło w głębi jego spojrzenia, ale znużenie, które dopadło go w ciągu ostatniego miesiąca było zbyt intensywne, by mogło się przebić na powierzchnię. Było jak oleista maź, przyciemniająca jego zielone tęczówki, przekształcająca ich kolor w coś trudniejszego do rozpoznania.
Uderzenie było jak przycisk stop, który zatrzymał ferwor jego myśli, zamknął usta, gotowe wypowiedzieć kolejne słowa przeciwko niej. Sprawiło, że papieros niemal z nich wypadł, trzymając się w ich kąciku, podczas gdy ręka wciąż tkwiła w kieszeni, zaciśnięta na zapalniczce.
Powoli uniósł na nią swój wzrok, nieznośnie stoicki, jakby ręką zmieniła go w lodową figurę, od której odbijały się jej wściekłe słowa. Jakby znów był wyłącznie tą skorupą, pustą, w której wnętrzu hulał wyłącznie wiatr wnoszący jej oskarżenia i wynoszący je zarazem, pośpiesznie, by nie zostawiły po sobie żadnego śladu.
- Nie, Margo - odezwał się wreszcie, gdy jej wytrzymałość była już nadwyrężona, gdy odwracała już nogi w stronę swojego samochodu i była gotowa rzucić się do niego niemal biegiem. Nic z tego, co mówiło, nie było prawdą - nie w jego sercu.
Sięgnął do papierosa, wyjmując go z ust, obracając w palcach. Filtr był lekko spłaszczony w miejscu, w którym zacisnął wargi odruchowo, mocniej, pod wpływem jej uderzenia.
- Powiedziałem ci prawdę - dodał, z tym nieznośnym spokojem, z którym ona odzywała się wcześniej - jakby tylko jedno z nich mogło być wściekłe, a ta wściekłość zmuszała drugie do przeciwwagi w pętli, w której sporadycznie zmieniali się ze sobą miejscami. - A ty odeszłaś.
Patrzył, jak odwracała się do niego tyłem, jak ruszała do swojego samochodu pośpiesznie, byle tylko nie dzielić z nim przestrzeni. Był pewien, że pod tymi bliznami, pod twardą skorupą, w jaką znów obrosło jego serce zadrżało coś w tym miejscu, które niegdyś zajmowała. Wciąż żywe, wciąż będące miękką tkanką, która nie zdążyła obrócić się w kamień.
Patrząc, jak znika we wnętrzu samochodu nie drgnął z miejsca, nie próbował pośpiesznie zrobić tego samego ani jej powstrzymać. Nie czuł potrzeby pośpiechu, choć wcześniej to on gnał na zewnątrz, byle wyjść z komisariatu i przestać na nią patrzeć.
Wiedział, że prędzej czy późnej ta skorupa dotrze nawet t a m, sięgnie do samego wnętrza i być może odnajdzie stan, w którym nie będzie czuł już n i c.