25 y/o
Welkom in Canada
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Opowiadał jej bajki, swoje historie z podróży, a zielone oczy wpatrywały się w nią nieprzerwanie. W tych jej widział iskierki, ciekawość, a może nutę rozmarzenia, gdy wyobrażała sobie jakie pocałunki składał sam Diabeł.
Skoczył...
A Zaraz skinął głową na potwierdzenie. I może to by wystarczyło? Ale przecież Donnie musiał też przed nią odkryć trochę tej swojej dzikiej natury. Tego chłopaka, który...
- Nawet się nie zastanowiłem, skoczyłem, a kiedy zanurkowaliśmy to dopiero do mnie dotarło, że pod stopami mamy skały. Ostre i mordercze - czy gdyby wiedział i tak by to zrobił? Pewnie tak, bo donnie Bowen nie bał się ryzyka.
Bo on wolał żałować, że to zrobił, niż, że się zawahał.
Tak było w Jaskini Diabła, i tak było również z Marią.
Zwrócił uwagę na jej piękne oczy, na jej twarz, na której w obiektywie malowało się zamyślenie i tęsknota.
Za czym?
Już wiedział.
Odrobiną szaleństwa, tym dzikim uczuciem na plecach, że... żyła.
Tak Jak Donnie. Jego palce musnęły jej skórę, powodując drżenie. Drżały jego opuszki i jej skóra, każdy dotyk był elektryzujący. Każde spojrzenie w oczy było przeszywające, jakby zaglądali sobie nawzajem prosto w dusze. On w tą jej. A ona w jego.
Złapał w płuca więcej powietrza.
- Może na wakacjach ci je pokażę, albo mógłbym teraz... Albo chodź ze mną... - no tak, Donnie Bowen jak zwykle się rozpędzał. Galopowało jego młodzieńcze serce, jego myśli, które nakręcały się już tworząc kolejne obrazy, piękne bajki, w których mogliby bez konsekwencji oglądać jego zdjęcia. Dyskutować o sztuce. Tej, którą przedstawiał na fotografiach. Tej, która drzemała na dnie jego duszy.
Donnie chciał jej to pokazać.
Siebie. Zdjęcia. Coś więcej niż tylko te piękne, zielone oczy, które tak się w nią wpatrywały. Coś więcej niż czarne loczki, które okalały jego przystojną twarz. I więcej niż gorące usta, które bezwiednie zwilżył językiem, kiedy tak jej opowiadał, znowu.
Ale teraz o tym, jak to on ją widział, w przeciwieństwie do jej męża. I gdyby postawić ją pomiędzy Javierem, a Bowenem, to który pierwszy wyciągnąłby do niej rękę, który by ją porwał?
Młody? Głupi? Zapatrzony w nią i zauroczony?
Który dopiero chciał odkrywać prawdziwą Marię?
Czy ten, który znał ją na wskroś, a nie zauważał?
Donnie bez chwili zawahania powiedziałby, że on. Tak jak zaraz z tą swoją wrodzoną pewnością siebie mówił jej...
- Na pewno się uda, nawet jeśli mielibyśmy zarwać noc... A ja uwielbiam spać, muszę sobie nastawiać po dziesięć budzików, kiedy muszę się zerwać o świcie - i on znowu to robił, opowiadał jej o sobie. Odkrywał się przed nią.
Tak bardzo chciał, żeby go poznała? Bliżej.
Żeby nie patrzyła na niego tylko jak na chłopaka swojej córki, jak na tego małolata, który ją zauważył. Który kochał się z nią w hotelowym pokoju. A jak na kogoś, kto składał się z tych różnych cech. Śpioch. Społecznik. Melancholik. Artysta.
Kim jeszcze był Donie Bowen?
Diabłem może.
Kiedy znowu pochylał się do niej, żeby ją pocałować. Kiedy go tak do niej ciągnęło, że on wcale nie umiał z tym walczyć.
Nie chciał.
Bo chciał się z nią całować. W jej pracowni. W jej domu, którego próg przekroczył składając wizytę jej córce.
Diabeł wcielony. Człowiek z blizną. Bezczelny gnojek.
A zaraz z tą swoją arogancją przekraczał kolejne granice, kiedy zaciskał palce na jej udach, kiedy sadzał ją na blacie...
Kurwa.
Waza, koszyk, narzędzia, wszystko rozsypało się po podłodze z hukiem. Ale to przecież nie mogło się tak skończyć. Nie teraz. Nie kiedy jej dłonie błądziły już pod materiałem jego koszulki, kiedy znowu cała skóra iskrzyła pod jej dotykiem. Dlatego ściągnął ją ze stołu, a potem...
Porwał ją do ogrodu. Za rękę, splatając razem ich palce, boso, na dziko. Ku mrocznej części, gdzie mogli się schować, gdzie przyspieszone oddechy mieszały się w jedno, kiedy oni znowu zaglądali sobie głęboko w oczy.
A później ich usta znowu odnalazły się w pocałunku.
Innym. Takim, który był obietnicą i pożegnaniem jednocześnie. Tą całą desperacją, którą w sobie nosili. Jak bardzo oni siebie chcieli. Chcieli razem zbłądzić. Razem się poddać. Przeklęta ona... Przeklęty on.
Zatracający się w tym pocałunku.
Który mógłby trwać.
Ale nie mógł. Nie dzisiaj. Nie tym razem, kiedy kolejne okna rozświetliły się światłem.
Donnie nawet tego nie zauważył, nic się nie liczyło, tylko jej palce, które układała na jego karku, kiedy ramionami obejmowała jego szyję. Te jego, szorstkie opuszki zadzierały do góry zwiewny, biały materiał jej halki. Krótkie paznokcie rysowały na jej skórze delikatne prążki, bo chciał, żeby jej gładka skóra, jej gorąca skóra, jej spragniona dotyku skóra... Pamiętała go jeszcze przez chwilę. Nawet gdy on stąd już zniknie.
Musiał.
Musiał, ale nie potrafił. I jak miał z tym walczyć? Sam już nie wiedział.
- Proszę cię - i kiedy ona odpychała go od siebie, opierając palce na jego klatce piersiowej, to on znowu się do niej szarpnął - ostatni raz... - znowu łączył ich wargi w pocałunku. Ostatnim.
Na pewno.
Ale takim, żeby jej się dzisiaj przyśnił. Głębokim, w którym mieszali na językach swój smak, w którym wyrywali sobie z płuc resztki powietrza, i dzielili się tymi jego ochłapami, póki nie zakręciło się w głowach.
Zakręciło się, a kiedy Maria znowu się od niego oderwała, przytulając do jego klatki piersiowej, kiedy chciała go żegnać i mieć jednocześnie, to ujął w dwa palce jej podbródek, zadzierając do góry jej głowę. Znowu spojrzał jej w oczy.
- Następnym razem tak cię nie wypuszczę - obiecał. I już ostatni raz... Teraz ostatni. Jego wargi musnęły jej pełne, gorące usta. Krótko. Przygryzł zębami jej dolną wargę pozostawiając na niej to pulsujące uczucie.
A potem Donie Bowen zniknął.
Zostawił po sobie tylko zapach jego perfum, który przez chwilę unosił się w powietrzu. Drżenie na jej udach i ustach. Pozostawił po sobie wygniecioną trawę w miejscu, w którym stał. I tylko Maria wiedziała, co jeszcze...
K O N I E C
Y solo tú sabes lo que él dejó atrás ⋆。゚☁︎。❤️。 ゚☾ ゚。⋆
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
ODPOWIEDZ

Wróć do „#13”