Dotyk był formą komunikacji, czasami dużo prostszą niż słowa. Niewerbalne komunikaty rzadko oszukiwały. Język mógł kłamać, łatwo było zmanipulować prawdę pięknymi frazesami, ale ciało? Ludzie nie mieli nad nim tak dużej władzy jak sądzili. Ulegało instynktom, potrafiło zachowywać się nieprzewidywalnie. Mięśnie spinały się mimowolnie, dreszczy na skórze nie sposób było uniknąć. Rozszerzająca się źrenica, przyspieszony puls, wykwitający na twarzy rumieniec – wszystko to zdradzało skrywane przez milczenie emocje. Kiedy ją łapał, gdy noga podwinęła się na zdradliwej powierzchni, również był to odruch bezwarunkowy. Naturalna reakcja na nadchodzące zagrożenie i chęć ochrony drugiej osoby. Czy palce zaciskające się na jej talii, pozostające tam odrobinę zbyt długo, również stanowiły coś nieświadomego? Nie był pewien. Wiedział, że jego percepcja była ograniczona przez krążący w żyłach alkohol, mógł po prostu nie zauważyć, że trzyma ją o kilka sekund za długo. A może po prostu chciał to zrobić, gdzieś podświadomie? Była cholernie atrakcyjną kobietą i niezależnie od tego jak planował poprowadzić ten wieczór – prosto, niezobowiązująco i nienachalnie, bez zbędnych podtekstów – nie potrafił nic poradzić na fakt, że jego ciało reagowało samo.
—
Dopiero pojutrze? — Odwrócił spojrzenie, czując jej zmieszanie. Nie chciał… przekraczać granic. Nigdy ich nie ustalili, ale przecież wydawały się jasne. Znali się raptem kilka godzin, może mniej? Niewątpliwie łączyło ich coś więcej, coś co ciężko opisać, to dziwne metafizyczne przyciąganie, jakby wszechświat chciał, by spotkali się akurat w takim momencie. Nie oznaczało to jednak, że powinien to wykorzystać. —
To wciąż masa czasu, by nie dać się dogonić rzeczywistości. — Uśmiechnął się, jakby chciał jej złożyć kolejną niepoprawną propozycję, by została z nim odrobinę dłużej. Przeciągnęła wycieczkę po metaforycznym Wiedniu aż do świtu, a może i następnego dnia, oddając się słodkiej beztrosce, ale czy to również nie byłoby przekroczeniem granicy?
Zabawne, że w ogóle się nad tym zastanawiał. Jazz rzadko się wahał, najczęściej po prostu skakał na głęboką wodę, płynąc z falą nieuchronnych konsekwencji. Gdyby Solene była kimś innym, gdyby nie jej spojrzenie, które posłała mu w barze, pełne niewypowiedzianego smutku, gdyby nie dobór piosenki, jej chęć ucieczki i wszystkie małe gesty, które wskazywały na to, że pierwszy raz od dawna czuła się wolna, może wieczór potoczyłby się zupełnie inaczej. Gdyby była kimś innym, zapewne wyciągnąłby ją z baru i oczarował, tak jak oczarował wiele innych kobiet. Zaoferowałby jej zupełnie inny rodzaj rozrywki i zapomnienia. To byłaby prostsza droga. Ale kiedy na nią patrzył, coś kazało mu czekać i słuchać. Spróbować zrozumieć.
—
Tak, na ogół bohaterowie wygrywają. — Zaśmiał się. Kolejny fizyczny kontakt, tym razem zainicjowany przez nią, zapewne nieświadomie, zignorował niemal zupełnie. Nie dlatego, że chciał, ale dlatego, że powinien. Oboje byli pijani. Po prostu ulegali
impulsom. Rozmowa w barze była impulsem. Zgodzenie się na wycieczkę było impulsem. Park rozrywki był impulsem. Każdy dotyk to tylko impuls. —
Nie wiem czy mam być urażony, że nazwiesz pluszowego szopa moim imieniem… — popatrzył na nią, gdy szli w stronę kolejki. Ściskała pluszaka, jak największy skarb. Jakby faktycznie wygrał dla niej coś cennego, a maskotka nie była jedynie nagrodą pocieszenia, a symbolem wielkiej zmiany i wielkiego zrywu. —
Czy cieszyć się z faktu, że ten Jazz to cholerny szczęściarz, bo wylądował w objęciach pięknej kobiety. — Te słowa również były impulsem. Tym razem jednak się na nim złapał i poczuł, że powinien go powstrzymać, zanim w ogóle miał miejsce. —
Nie chodziło mi o to. Nie chciałem… — niespodziewanie to on się zmieszał, nie potrafiąc się wytłumaczyć, co było widokiem dość zaskakującym, zważając na jego dużą swobodę we wcześniejszych kontaktach. —
Whisky uderzyło mi do głowy — zaśmiał się, przybierając swój głupkowaty uśmiech. Próbował zmienić temat, odgonić dziwne napięcie, które pojawiło się w powietrzu. Może tylko on je poczuł? Może niepotrzebnie przejmował się jednym nieprzemyślanym zdaniem, które wyrwało się z jego ust.
Na horyzoncie na szczęście pojawiła się upragniona kolejka, a temat płynnie przeszedł na szalony pomysł skorzystania właśnie z tej atrakcji.
—
Właśnie ta. Nie pójdziemy na karuzelę dla dzieci. Superdziewczyny po prostu latają, tutaj to najbliższe temu uczuciu. — Nie pozwolił jej uciec. Musiała za nim podążać, gdy wchodził na podest i wtedy, gdy odblokowały się bramki, a pracownik zaprosił ich do zajęcia miejsc. Wahała się, ale jednak udało mu się ją przekonać, prostym podstępem – sięgnął do jej ambicji. Nie wycofywała się, nie ona, przecież z taką łatwością zagarniała przestrzeń wokół siebie. Kapitulacja, po tej całej podróży, którą dotychczas odbyli nie wchodziła w grę. W końcu przyjęła więc wyciągniętą w jej kierunku dłoń. Pomógł jej przejść przez konstrukcję, a później zająć miejsce w kolejce. Trzask zapinanych pasów oznaczał, że już nie mogła zmienić zdania, nie było ucieczki. —
Nie zginiesz, zaufaj mi. — Uśmiechnął się w jej kierunku. Światła wagonika zaczęły migotać, a to oznaczało, że do startu pozostało im niewiele czasu. Mały wyświetlacz z zegarem rozpoczął odliczanie. —
Obiecuję, że dostaniesz największe lody. Cokolwiek tylko chcesz. — Wydawało się, że mówił coś jeszcze, ale głośny mechanizm zagłuszył jego słowa. Kolejka ruszyła, powoli tocząc się po szynach w górę. Zmieniające się ciążenie przygniatało ciało do siedzenia. Lubił to uczucie, budującą się adrenalinę, która zaciskała żołądek. Wyczekiwanie na szybki zjazd w dół i szybko bijące serce, które chciało wyskoczyć z piersi. Solene wydawała się jednak przerażona tą wizją i podjętą przed siebie decyzją. Złapała Jaspera za dłoń, zapewne zupełnie nieświadomie, szukając w jego obecności poczucia bezpieczeństwa. Zacisnął więc palce mocniej, jakby chciał powiedzieć, że wszystko będzie w porządku. Pozwalał aby jej drobniejsza dłoń mocno zamykała się na jego podczas ostrzejszych zakrętów. Tym razem również ją obserwował, na tyle ile pozwoliła prędkość i targające nimi przeciążenia. To jak się uśmiechała, zamykała oczy, gdy znów lecieli w dół, jak jej włosy tańczyły na wierze. Wydawało mu się, że oprócz jej przerażonego krzyku, usłyszał również cichy śmiech.
Dwie pętle. Kilkadziesiąt sekund czystej adrenaliny. Odrobina strachu, nowo poznana radość i faktycznie to uczucie, jakby na chwilę latali, gdy ciążenie się zmieniało. Światła parku rozrywki, które migały w dole, były jak odległe planety na tle nocnego nieba. Przejazd musiał jednak kiedyś dobiec końca, a oni – ponownie – powinni zejść na ziemię. Dłoń Solene wciąż jednak zaciskała się mocno na jego własnej (kolejny i m p l u l s), a on nie zamierzał tego przerywać. Nawet wtedy, gdy głośny dźwięk pozwolił im zwolnić zabezpieczenia i wysiąść z wagonika. Czekał aż sama przerwie kontakt.
—
Mówiłem, że nie będzie tak źle. — Wzruszył ramionami i uśmiechnął się, spoglądając na nią. Jego włosy były w kompletnym nieładzie, roztargane przez wiatr. Oczy błyszczały radośnie, z przekonaniem, że po raz kolejny udało im się osiągnąć tego wieczora coś, co stanowiło mały kamień milowy. —
To jak, jeszcze jeden przejazd, czy jednak wiszę ci porządną porcję słodkości? — Ludzie wokół nich zaczęli opuszczać miejsca. Pracownik kolejki popatrzył na nich wymownie, ale Jasper zignorował to spojrzenie.
Przecież dzisiaj mieli być nietykalni, prawda?
supergirl