Zgrywanie niewiniątka, które absolutnie nie miało pojęcia, co właśnie usiłowała mu insynuować wspominając o łazience należącej do jej rodziców, chyba i tak nie miało większego sensu. Ani też jakichkolwiek szans na powodzenie. Choć mimo wszystko uśmiech, jaki wykwitł na jego twarzy – zwłaszcza w połączeniu z tymi lekko uniesionymi brwiami i wyrazem
szczerego zaskoczenia – mógł chyba sugerować, że postanowił jednak spróbować. Nawet jeśli nie potrwało to zbyt długo, bo ostatecznie stwierdzenie, że przecież jej rodzice
jakoś by to ogarnęli, podobnie zresztą jak krótki śmiech towarzyszący temu stwierdzeniu, musiało całkiem skutecznie zaprzepaścić jakiekolwiek próby udawania, że przecież wcale nie miał na myśli tej konkretnej łazienki, gdy wspominał o tym, że psa mógłby wykąpać
ktoś inny…
Przez chwilę mogło mu zresztą przejść przez myśl, że w zasadzie chętnie przyjrzałby się także temu, jak to właśnie Casper usiłowałby zachęcić Murphy’ego do kąpieli – ze stosownej odległości oczywiście, by przypadkiem nie narazić się na próby zaangażowania go do jakiejś
pomocy przy tym przedsięwzięciu. Trudno jednak byłoby zaprzeczyć temu, że to jednak Elsa dysponowała całkiem poważnymi argumentami, których zdecydowanie brakowało jej ojcu. Bo oczywiście, że po tej wzmiance na temat jej potencjalnego
zapominalstwa, musiał przynajmniej przez moment zastanowić się, czy aby na pewno nie zamierzał w
żaden sposób pomagać jej podczas całej tej zabawy w kąpanie psa…
I chyba mało istotne było w tym wszystkim to, że w rezultacie Murphy mógłby wciąż pozostać brudny, kiedy już miałoby okazać się, że nieco innymi sprawami należałoby się jednak zająć w pierwszej kolejności…
–
Zwłaszcza te glony brzmią całkiem poważnie, więc tak, wygląda na to, że nie mamy już innej opcji – przyznał z rozbawieniem, ani myśląc o tym, żeby z całej tej
ustnej umowy jakkolwiek próbować się wykręcać. I to raczej nie z obawy o to, jak te groźne glony miałyby potraktować próbę zerwania jej. Po prostu… z kim innym miałby spędzić tę
resztę życia, jeśli nie właśnie z
nią?
Nie miał też zamiaru protestować, kiedy bez pytania po prostu sięgnęła po jego koszulkę. Wymowne spojrzenie powinno w zupełności wystarczyć jako komentarz dla tego
bezczelnego przywłaszczenia, chociaż… i tak przecież nie była to ani pierwsza, ani zapewne ostatnia rzecz spośród jego ubrań, która na jakiś czas – albo i na stałe, bo przecież i tak – miałaby przejść na jej własność. Trudno jednak byłoby mieć z tym jakikolwiek problem, skoro nawet w tych jego koszulkach wyglądała wyjątkowo dobrze. Zwłaszcza w tych, które bywały jedyną częścią garderoby, jaką czasami nosiła na sobie w domu…
Z początku nie zwrócił nawet uwagi na otwarte drzwi samochodu, zerkając w ich stronę dopiero wtedy, gdy Elsa odezwała się na ten temat. I tak, całkiem możliwe, że któreś z nich – pewnie właśnie on, bo to chyba jego najłatwiej byłoby posądzić o podobną niefrasobliwość – musiało zapomnieć o zamknięciu drzwi, kiedy już skończyli przenosić do domku przywiezione ze sobą bagaże. Nie wyglądało jednak na to, by ktokolwiek postanowił wykorzystać to niedbalstwo do tego, by spróbować przywłaszczyć sobie samochód… Albo była to wyjątkowo nieudolna próba kradzieży, skoro ten wciąż stał na swoim miejscu, a żadnego złodzieja nie było nigdzie w pobliżu.
A przynajmniej tak się wydawało do czasu, gdy Elsa zareagowała piskiem na to, co zobaczyła wewnątrz auta. Niewiele myśląc, podszedł do niej w kilku pospiesznych krokach i…
W porządku,
tego zdecydowanie się nie spodziewał.
Na tyle, że przez kilka sekund po prostu przyglądał się tej trójce intruzów – zaskoczonych zresztą w niemniejszym stopniu niż oni sami… Dopiero krótkie szczeknięcie Murphy’ego – który chyba nie zdążył jeszcze zdecydować, czy chciałby z nowymi kumplami się zaprzyjaźnić, czy może jednak przepędzić ich jak dzika – przypomniało mu o tym, że może jednak wypadałoby
jakoś wyprosić towarzystwo z samochodu. Choć raczej niewiele wskazywało na to, że zwierzaki miałyby tak łatwo odpuścić sobie znaleziony wewnątrz poczęstunek…
–
Weź psy do środka – podał jej smycz Murphy’ego, który coraz mocniej zaczynał interesować się tym, kto dobrał się do
jego karmy. Oraz, tak przy okazji, chyba zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, że niespecjalnie podobało mu się, musiał się nią z kimś dzielić, więc… tak, zabranie jego i Olive do domku było chyba całkiem niezłym pomysłem. Chociaż wciąż tak nie do końca rozwiązywało to problem zorganizowanego w samochodzie bufetu…
Nie mając lepszego pomysłu, obszedł samochód dookoła, otwierając drzwi po drugiej jego stronie. Rozejrzawszy się po najbliższej okolicy, mógł za to wypatrzeć jakąś gałąź, która całkiem nieźle mogła nadawać się do tego, by spróbować przepłoszyć zwierzęta z samochodu – bo jednak ich pięknie zaprezentowane zębiska niespecjalnie zachęcały do tego, by pakować tam ręce… I może nawet to lekkie szturchnięcie gałęzią jednego z futrzanych zadków nie byłoby takim głupim pomysłem – dwa szopy rzeczywiście postanowiły odpuścić sobie posiłek i niezadowolone wybiegły z auta, znikając wkrótce w okolicznych zaroślach – gdyby nie to, że… nie do końca skutecznym. Trzeci intruz musiał najwyraźniej dojść do wniosku, że psia karma była zdecydowanie zbyt smaczna, by tak po prostu ją zostawiać i w związku z tym przeskoczył jedynie na przednie siedzenie, skąd wciąż fukał ostrzegawczo, komunikując wszem wobec, że nigdzie się nie wybierał.
–
Myślisz, że tego jednego możemy po prostu zabrać ze sobą…? – oczywiście, że całą tę sytuację Dante musiał mimo wszystko uznać za wyjątkowo
zabawną. Co do tego trudno byłoby mieć wątpliwości, kiedy już wyprostował się, żeby z trudnym do ukrycia uśmiechem zerknąć w kierunku, gdzie spodziewał się zastać Elsę. –
Chyba, że masz jakiś lepszy pomysł jak się z nim dogadać…
Zajrzał raz jeszcze do samochodu, z którego szop niezadowolonym pomrukiem oznajmił właśnie, że o żadnym
dogadywaniu się nie było mowy. Przyszedł się tu przecież najeść, a jeżeli tym upierdliwym ludziom to nie pasowało, to… mogli poszukać sobie innego samochodu. Oraz karmy, bo ta na pewno nie należała już do psów.
Elsa Eriksen