Miał niepełną świadomość swojej
niskiej pełzającej samooceny.
Przez lata żył w przekonaniu, że czegoś mu brakowało - nie wiedział tylko czego dokładnie, ale musiało to być coś ważnego, skoro prędzej czy później przestawał być wystarczający i zostawał sam, zdany na siebie i łut szczęścia. A może było odwrotnie, i w jego przypadku nie chodziło o zbyt mało a właśnie zbyt dużo?
Prościej było skupić się na szczelinach pomiędzy - jedną rodziną a drugą, trzecią i kolejną, na życiu w ciągłym ruchu, tak, by jedyną rzeczą o jakiej był w stanie myśleć stało się wyłącznie przetrwanie, na przerwach mierzonych w urlopach tych pechowców, do których domów włamywał się wędrując i jeżdżąc autostopem wzdłuż wybrzeża.
Dopiero później pojawiła się Estella, Diego i Sacramento, gdzie mimo najszczerszych chęci i tak miesiącami czuł się jak złodziej, który wszedł oknem i nie powinien zanadto przyzwyczajać się do stabilności. Był etap oswajania, choć innego niż to, które przeprowadzał z nim Gauthier, był okres pęknięć i prób łatania ich czymkolwiek. Do Toronto przyjechał w stanie niekruszącym się, ale też nie zaleczonym, po drodze dochodząc do wniosku, że nie miał pojęcia jak posklejać się do końca.
Dylan pomógł mu zauważyć inne braki, ubytki, jakie dotąd nie sprawiały problemu, a on sam właściwie nie był ich świadom.
Pozwolił mu przekonać się do zostawienia włosów w spokoju, ale cofnął je sobie na kark, sięgnął do barków i rozmasował je przez bluzę, jakby coś go zapiekło. Niemal przeoczył przez to pocałunek, tak niepewny i delikatny, że mógłby kwestionować jego istnienie.
Głowy jednak nie podniósł. Życzył sobie być w tym momencie tchórzem, i tak powiedział zbyt wiele.
A potem drgnął cały tym razem nie z niedotykalstwa, a po prostu z zaskoczenia gdy dłoń Dylana na chwilę spoczęła w bezruchu między jego spiętymi łopatkami. Odetchnął głęboko w pościel, raz, drugi, trzeci, odruchowo wyciągając intuicyjne, wyuczone techniki by się uziemić.
Pozwolił mu mówić swobodnie, ciągiem, nie wzdrygał się więcej w trakcie powolnej wędrówki jego ręki wzdłuż kręgosłupa, ale milczał uparcie nie chcąc gasić entuzjazmu Gauthiera swoim pesymizmem. Nie wierzył mu nie dlatego, że mu nie ufał. Po prostu nie posiadał jego perspektywy.
Z błędnej spirali goryczy wyrwała go dopiero niejasna propozycja nakreślona bardzo ogólnikowo; wtedy Milo nareszcie wciągnął ręce pod siebie i dźwignął się na przedramionach, z odciśniętym hafcikiem koronki na poszewce, do której przyciskał policzek.
一 To znaczy? 一 Zmarszczył brwi pytająco, wędrując badawczym spojrzeniem po jego twarzy, tak, jakby to z niej miał zamiar wyczytać coś więcej i... właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że tak n a p r a w d ę to nigdy nie widział go w pełni z bliska, poza ich chaotycznym, spontanicznym półzbliżeniu w ciemnej kuchni i tych urywków w codzienności, podczas których Gauthier przebiegał po domu piekląc się na niedosuszoną koszulę. Nie był świadom, że ktoś, kto na co dzień i w jego osobistym przekonaniu był wręcz uosobieniem naiwnego optymizmu i energii, kto rwał się jako pierwszy do podnoszenia potrzebujących na duchu charytatywnie (czego Rivera nie rozumiał ani trochę, ale altruizm nigdy nie leżał w jego naturze) i praktycznie nigdy nie narzekał mógł tak dobrze kamuflować własne tajemnice. Czymkolwiek były, Milo jak dotąd był wyjątkowo krótkowzroczny. 一 Chcę zobaczyć. Jeżeli mi pokażesz, to ja też pokażę ci swoje.
Wydało mu się to sprawiedliwą wymianą, równowagą, by nikt nie był nikomu dłużny ryzyka zaufania na kreskę.
Zmiana tematu wybiła go nieco z rytmu, ale nie wywiała mu z głowy nagłej chęci zbadania sprawy na wskroś, nawet, jeżeli miałby go własnoręcznie obrać z ubrań i obejrzeć cal po calu pod lampą.
一 Hmm. Dobry. Dobry, to po prostu głupia reakcja mojego organizmu, na przykład... pamiętasz wtedy w kuchni? 一 Podniósł się do siadu, z głębszym, wypuszczonym nosem odetchnięciem pełną piersią i spojrzeniem, które przez chwilę błądziło po wzorzystej pościeli gdy rozprostowywał materiał dłońmi, zanim jego wzrok zatrzymał się wreszcie na wysokości oczu Dylana. 一 Prawie rozwyłem ci się w bluzę, było blisko.
To był ten krótki moment, kiedy był szalenie blisko końca i chował twarz wciskając mu ją w bark, na szczęście dla jego własnej godności finisz nadszedł żenująco szybko i nie musiał tłumaczyć się z dodatkowych niespodzianek. Nie wspominając o tym, że Gauthier, jak go znał, dostałby chyba zapaści widząc go w takim stanie bez wcześniejszej instrukcji obsługi i informacji dopisywanych drobnym druczkiem.
Z dobrym możemy popracować.
Milo uśmiechnął się blado i wrócił z powrotem do leżenia plackiem, zmieniając pozycję kolejny raz, bo nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Dylan jakkolwiek rozwiązał ten problem za niego, wyciskając na nim zdezorientowane, zniecierpliwione westchnienie gdy jego ciężar wypchnął mu powietrze z płuc.
一 Nie wiem, coś w stylu... bezpieczne słowo? 一 rzucił na próbę, bo na ten moment takie rozwiązanie wydawało mu się najprostsze i jako pierwsze przyszło mu do głowy. 一 Bo jeżeli tak, to ustalam, że będzie to Linux. Raczej wątpliwe, żebym w takiej sytuacji myślał o systemach operacyjnych, chociaż... nie, raczej nie.
Z trudem wyciągnął spod siebie ręce, póki co jeszcze bez wyraźnej chęci zrzucenia Gauthiera ze swoich pleców. Miał inne plany, a kwestia osobliwych reakcji jego ciała nie zajmowała go w tym momencie na tyle, by zapomniał o priorytecie krążącym mu po głowie jak niedający się obejść proces w tle.
一 Pokażesz mi teraz? 一 zapytał z celowym akcentem położonym na ostatnie słowo, próbując zignorować łaskocząco ślizgający mu się po szyi i karku oddech, przez który jak na zawołanie obsypał się gęsią skórką. Było o tyle prościej, o ile Dylan pachniał ich domowym proszkiem do prania, a właściwie to płatkami mydlanymi, na które Milo upierał się jak wściekły argumentując, że od innych dostawał wysypki.
Nie był natomiast pewny czy to, co właśnie odczuwał w związku z poruszonym tematem było ukuciem wstydu czy złości wobec samego siebie na myśl, że choć w praktyce i wedle wszelakiej logiki jaką zwykł się przecież kierować nie mógł wiedzieć, tak zapieklił się, że mógł coś przeoczyć. Może gdyby poświęcał mu więcej czasu w ogóle nie odbywaliby teraz tej rozmowy?
一 Proszę?
Dylan Gauthier