-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Nie boli mnie głowa. Miło z twojej strony, ale nic mi nie jest. 一 I tym razem również nie skłamał, więc mógł z czystym sumieniem wrócić do zeskrobywania osadu z dna garnka. Tym samym zdało mu się, że jasno zakomunikował zamknięcie niewygodnego tematu i przez dłuższy moment jedynym co wkradało się pomiędzy interwały ciszy było poszczękiwanie naczyń w zlewie oraz szum wody w kranie.
Potwierdził właśnie, sam przed sobą i w ciszy, że znacznie prościej było mu być tym, który pomoc oferuje, a nie odwrotnie. Poza tym wierzył, że czas w którym naprawdę jej potrzebował minął bezpowrotnie.
Obraz mglił mu się i dwoił, a chociaż siedział prosto obramowany ciężkim ramieniem obiecującym stabilność, grunt rozpadał mu się pod nogami. Nie dosłownie, ale w pijanym wyobrażeniu piętnastolatka, który nigdy wcześniej nie miał alkoholu w ustach, świat wydawał się iluzoryczny i kruchy. Pod czujną kuratelą Sereny, jego agentki i osobistego stróża nieodstępującego go niemal na krok czuł się bezpieczny.
Wiedział, że jeżeli przypadkiem przestałby trzymać się przewidzianego planu wieczora, Marlow skoryguje błąd.
Gdyby nie było to wyłącznie dla jego dobra - na litość boską, na pewno wiedziała ile mógł wypić, żeby było w sam raz - przecież dałaby mu mniej.
Powiedziała, że będzie jej za to wdzięczny.
Biorąc pod uwagę to, jak wyglądała reszta zamkniętej imprezy wieńczącej sezon Fashion Week w Londynie, był.
Daniel nie zasługiwał na ten fałszywy coup de grâce. Nie powinien być zostawiony sam na kanapie w obcym mieszkaniu, a jego bezpieczeństwo nie mogło być zawierzane przypadkowi. Nie prosił o to, był sam, był przerażony i podatny na każdy możliwy atak, więc Lian nie miał prawa go tam zostawiać. Stare, przeterminowane pragnienie by ktoś zwrócił uwagę, wziął go za rękę i wyprowadził już dawno temu przekuł w inicjatywę. Na każdej imprezie na jakiej pojawiał się sporadycznie Lian debatował godzinami nad jednym piwem, słuchał jednym uchem, ale głównie obserwował. Szukał.
Usłyszał stuknięcie, zbulwersowane chrząknięcie przesuniętego stołu, więc parsknął krótko ni to śmiechem ni z niedowierzaniem, ale głowy nie odwrócił. Słyszał jak Daniel wędruje boso po drewnianej, gładkiej od świeżego cyklinowania podłodze, więc wiedział czego mniej więcej się spodziewać. Niezdarność była jedną z tych rzeczy.
一 No proszę. Ktoś tu jest fanem klasyki japońskiej animacji? 一 zacmokał w czymś, co można by było odebrać jako pochwałę gdyby nie to, że Mei odrobinę nadpsuł ją jakimś z lekka złośliwym zaciągnięciem. 一 Urocze? Myślisz? 一 Na chwilę przestał produkować pianę i podniósł prawe przedramię na wysokość swoich zmrużonych oczu, zupełnie jakby widział je po raz pierwszy w życiu. Przechylił oceniająco głowę w bok, dał sobie jeszcze parę sekund - i strącił wodę spływającą mu z powrotem od łokcia po czubki palców prosto na twarz przyglądającego mu się Moore'a.
I tym razem uśmiechnął się całkiem szczerze, blado bo blado i jakoś tak nikle, że jakby wcale, ale jednak.
一 Tylko na przedramionach 一 poinformował, wracając do zalewania detergentem ostatniej zabłąkanej salaterki (tej po pierożkach), a widząc, że przy osuszaniu pojawił się nieoczekiwany zastój - na dodatek przy łyżce, pożal się boże - spojrzał znacząco na dłonie Daniela wycierające bez końca ten sam sztuciec. Nic nie powiedział, dał mu okazję by zreflektował się sam. 一 I właściwie to nie zauważyłem, podczas kilku sesji po prostu słuchałem Liszta. Długo jeszcze będziesz maltretował tę łyżkę?
Właśnie zdążył opłukać miseczkę, swoje dłonie i zakręcić wodę. Sięgnął po drugi ręcznik przewieszony przez podłużny wieszak na froncie jednej z szafek i wytarł niespiesznie ręce, cierpliwie czekając aż Daniel skończy pastwić się nad jego zastawą stołową.
一 Więc... oglądałeś Mononoke? Spirited Away? Ponyo?
Ostatnie wybrał celowo. Pasowało mu o wiele bardziej do kogoś, kto był w stanie tak entuzjastycznie rzucać się na każdy przejaw uprzejmości, a szczęśliwie dla niego, Lian stosował odpowiednio dopasowaną taryfę ulgową.
Po wytarciu salaterki Mei już tylko zaoferował mu suchy ręcznik i zostawił go pod zlewem by zorganizować imbryk wraz z jedną czarką na szylkretowej desce. Była co prawda wykonana z laki, ale jej stylistyka do złudzenia kojarzyła się z pancerzykiem żółwi i Lian szczególnie ją lubił, na co wskazywało drobne nadłamanie w jednym z rogów.
一 Opowiesz mi po drodze, hmm? Nie zostawaj za bardzo w tyle, nie dam gwarancji, że nic cię nie zeżre jak odwrócę wzrok.
Czasami człowiek potrzebował motywacji, życie odrobiny fantazji i nawet, jeżeli brzmiał przy tym niepoważnie, uznał, że nie zaszkodzi podgonić Moore'a po schodach by nie ociągał się zanadto i nie zgubił w którymś z pokoi. W ten sposób zatoczyli niejako małą pętlę gdy Lian wprowadził go do już obeznanej sypialni, gdzie w miejscu samotnej, zapomnianej filiżanki znalazła się cętkowana, bursztynowa taca ze świeżą herbatą.
一 Potrzebujesz czegoś ode mnie?
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Zwłaszcza te małe kuleczki - podrzucił pomocnie, w razie jakby potrzebował naprowadzenia na to, co dokładnie było jego zdaniem urocze. Im dłużej Lian patrzył na swoją uniesioną rękę, tym bardziej Daniel sam łagodnie nachylał się w jego stronę i szybko okazało się to fundamentalnym błędem. Niespodziewany deszczyk skomentował chichotem i odchyleniem się w tył, chociaż było już za późno na ucieczkę. - Hej! - wyrzucił z siebie między falami śmiechu, podnosząc ramię by otrzeć rękawem bluzy mokry policzek. - Teraz będę widział w kropki - poskarżył się, jako że jego okulary także oberwały podczas wodnego ataku, chociaż roześmiany uśmiech sięgający oczu sugerował, że wcale nie miał mu tego za złe. Zwłaszcza, że dał radę wyłapać moment, w którym kąciki ust Liana powędrowały w górę i na sam ten widok jego serce wesoło zabiło i zaczęło wygrywać skoczny rytm.
Spuścił wzrok na trzymaną łyżkę, gdy jego uwaga została ściągnięta z powrotem na ziemię, i przez chwilę patrzył na nią, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Odchrząknął, pochylając głowę by skryć zawstydzony rumieniec i odłożył ją na blat obok reszty wysuszonych naczyń.
- Upewniam się, że b-będziesz mógł się w niej przeglądać - wymamrotał w próbie zażartowania z sytuacji, sięgając po czekający w kolejce garnek i przyspieszył z robotą na tyle, na tyle potrafił bez wypuszczenia naczyń z rąk przy chwili nieuwagi. - Co to liszt? - odbił temat w coś mniej dotyczącego jego samego i wyjątkowo słabych zdolności dzielenia uwagi między zleconym zadaniem a funkcjonowaniem w pobliżu Liana. Dokończył robotę sprawnie, łapiąc w ostatniej chwili wyślizgującą mu się z palców salaterkę, wytarł ręce i podążył za mężczyzną z powrotem na górę.
- Huh? - mruknął z podszyciem niespodziewanego lęku na wspomnienie o czymś mogącym zagrażać mu po drodze, automatycznie czując mrowienie na karku i zyskując wrażenie, jakby poruszanie nogami zbyt wolno miało skutkować złapaniem go za kostkę. - Nie rób mi tak - jęknął z niezadowoleniem, zerkając nieufnie przez ramię, podczas posłusznie przyspieszonego wspinania się po schodach, w pewnym momencie nawet wyprzedzając gospodarza, a zwolnił dopiero gdy potrzebował nakierowania na odpowiedni pokój. Rozmowa o filmach studia Ghibli nagle wydawała mu jeszcze bardziej kusząca.
- Spirited Away, tak, właśnie. To oglądałem... z kilka lat temu. Teraz niedawno to o tym... tym... facecie ptaku i chodzącym domu? - podrzucił, ponownie borykając się z trudną kwestią przywoływania imion bohaterów i tytułów filmów. Czy raczej klasyków japońskiej animacji jak najwidoczniej wolał określać to Lian. Zawsze sprawiało mu to problemy - o ile uwielbiał fantastyczne historie, zarówno w formie papierowej, jak i na ekranie, większość zbyt konkretnych szczegółów znikała w czarnej dziurze z możliwością sporadycznego wyłowienia ich z powrotem w niespodziewanych momentach. Nie był tylko do końca pewny na ile było to w jego naturze, a na ile jego wypadek miał dalszy wpływ na jego pamięć, i prawdę powiedziawszy nie chciał wiedzieć.
Wkraczając do jego sypialni po raz drugi, tym razem w celu faktycznego snu, zawahał się w progu. Oferta pójścia na kanapę ponownie zaczęła pchać mu się na język i przełknął ją ostrożnie w założeniu, że Lian być może zwyczajnie nie uznawał dzielenia łóżka za coś specjalnego. On sam także nie - kiedy kwestia dotyczyła jego bliskich znajomych, rodziny czy psa - jednak nie był w stanie zachować całkowitego spokoju w sytuacji, gdy miał do czynienia z praktycznie obcym człowiekiem i do tego tym konkretnym, o którym kiedyś, raz, być może zdarzyło mu się śnić w zatrważająco podobnym scenariuszu.
- Nie? - odparł bardziej pytaniem niż twierdząco, wybity z rytmu tym, że mężczyzna nie wyglądał za bardzo jak ktoś szykujący się do położenia spać. Szybciej jak ktoś gotowy położyć spać jego i opuścić pokój. Daniel przefrunął wzrokiem po nim, oraz po pokoju, ostatecznie stawiając parę kroków w głąb pomieszczenia. Może podczas tych kilku godzin da radę nie spłonąć żywcem. - Po-ponoć śpię jak za-za-zabity, spróbuję ci nie przeszkadzać - zapewnił w końcu, akceptując opcję dzielenia łóżka, nawet jeśli fakt, że Lian dalej stał w koszuli i nie był w trakcie kompletowania piżamy, wydawał mu się podejrzany. Opcja z kanapą wciąż była dla niego aktualna. Już i tak zawdzięczał mu spokojny powrót do domu (obok), pomoc z przetrwaniem najgorszych efektów alkoholu, ciepły posiłek i ubrania na zmianę, nie wyobrażał sobie do tego wszystkiego wykopywać go z łóżka. Przysiadł na brzegu materaca, po tej stronie, gdzie Lian odstawił herbatę, przypominając sobie o szczoteczce czekającej na niego w łazience, ale najpierw potrzebował dogadać tę naglącą kwestię noclegową.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Większość jego wyjazdów kończyła się przywiezieniem przynajmniej jednej rzeczy, w większości użytkowej, ponieważ Mei wyznawał zasadę współmierności praktyczności z wyglądem i nie lubił gdy coś wyłącznie leżało na półce zbierając kurz.
Słysząc pytanie, na które - bardziej niż pewne - większość pianistów i melomanów zareagowałaby histerycznie, począwszy od ataku apopleksji, afektowanym oburzeniu poprzez obowiązkowe wytknięcie pytającemu braku ogłady i elementarnych braków, na drwinach mających na celu poprawić samopoczucie udzielającego reprymendy, Lian wymruczał ciche hmm, głównie dlatego, że nigdy nie musiał nikomu tłumaczyć Liszta i nie wiedział od czego zacząć.
一 Ferenc Liszt 一 zaczął od nakreślenia, cierpliwie i dość monotonnie z uwagi na niedospanie, za to bez cienia drwiny. 一 Nazywany Paganinim fortepianu, ja osobiście uważam, że był po prostu czuły na muzykę i doskonale obserwował świat. Kompozytor, pianista, właściwie to człowiek wielu talentów, aktywista i w przeciwieństwie do Brahmsa, za którym nawiasem mówiąc nie przepadam, patrzył na utwór przez pryzmat intuicji, a nie decorum. Minus jest taki, że przez większość życia płacił za talent nerwicą i jak niemal każdy artysta rzadko kiedy był szczęśliwy. Podejrzewam, że co najwyżej przy pianinie.
Bardzo szczerze wątpił by istniał sposób na transkrypcję muzyki w przekładzie na opis przez słowa, dlatego zamiast zasypywać Daniela snującego się po schodach terminologią z jakiej zapewne niczego by nie wyniósł, Lian wolał zarysować mu obraz człowieka i jego sposób patrzenia na muzykę.
一 Wytykało mu się, zwłaszcza w późniejszym okresie, że spoczął na laurach i jego twórczość była niejednolita pod względem jakości 一 ostatnie słowo Mei wyartykułował z tak wyraźną pogardą, że można to było uznać za jakiś jego osobisty manifest. 一 Jakby cały życiowy dorobek artystyczny można było utrzymać na stale wysokim poziomie albo mierzyć tak subiektywną jednostką. Oczywiście, że miał lepsze i gorsze kompozycje, tak samo jak w życiu miał lepsze i gorsze momenty, a jednak, pomimo tej nieprzewidywalności wciąż go gramy.
Lian skrzywił się przy tej konkluzji cierpko; sam był zdania, że nie pomimo, a przede wszystkim dlatego.
Kolejne kroki zbliżały ich do końca schodów i sypialni, taca w rękach Liana raz tylko drgnęła, gdy sięgał do włącznika by zapalić światło na korytarzu.
一 Lubię interpretować Liszta, bo jak już przebrnie się przez technicznie morderczą kompozycję niektórych utworów, trzeba mieć jeszcze doświadczenie. Nie takie przy pianinie, poza nim 一 doprecyzował, nie do końca pewny, czy Daniel nadal słucha jego wywodu czy tylko go chłonie. 一 bo nie wystarczy grać Liszta, trzeba go odkleić od autora i ubrać w siebie. Być może dlatego tylko Horowitz wpadł mi w ucho, jeżeli chodzi o moich preferowanych... och, zaczekaj. Proszę.
Włączył w sypialni światło, uznał również że temat równie dobrze mógł już dobiec końca, skoro zapędził się w dywagacje na temat odtwórstwa. To zwykle był temat rzeka i kwestia sporna, a ponieważ chciał by Moore jednak przespał choć parę godzin, a przy tym nie przygniótł go ciężar jego monologu, postanowił odbić w stronę wcześniejszej kwestii, znacznie lżejszej i przyjaźniejszej na krótko przed snem.
一 Masz na myśli Ruchomy Zamek Hauru? 一 zagadnął, gdy Daniel utknął w progu. Lian posłał mu zatem pytające spojrzenie nie rozumiejąc - brakowało mu domyślności o tej godzinie - aż wreszcie skojarzył i w jego oczach pojawiło się coś na kształt rozbawienia przeplecionego z doznaniem olśnienia.
No tak, to mogło przecież tak wyglądać.
一 Nie zamierzam się kłaść, masz całe łóżko dla siebie 一 poinformował go z wciąż obecną weselszą nutą w głosie, kiedy już pojął naturę jego ostrożności. 一 Możesz nawet zamknąć drzwi na klucz, nie zrobi mi to różnicy. Daj mi tylko parę minut na prysznic i następnym razem zobaczymy się rano, może być?
Musiało być, zapytał wyłącznie z czystej kurtuazji i oczekiwał potwierdzenia by uprzejmości stało się zadość. Poprawił w międzyczasie poduszkę, wyrobił ją jak drożdżowe ciasto w rękach, zamaszyście strzepnął kołdrę i wygładził ją dłońmi gdy wydawała z siebie ostatni oddech prostując się na materacu.
一 Jesteś wyjątkowo bezkolizyjny, nie wiem w jaki sposób miałbyś mi przeszkadzać 一 zauważył rzeczowo, podejmując kolejną małą potyczkę z próbą ze strony Moore'a stania się czymś mniejszym niż był. Nie mógł powiedzieć, że tej potrzeby nie rozumiał, znał ją wręcz zbyt dobrze wraz z wszelkimi jej dopełnieniami, nie chciał jednak by Daniel pielęgnował ją w jego obecności. Nie musiał, a chociaż wiedział, że wykorzenienie z człowieka czegoś, co stało się na pewnym etapie życia pasożytniczą drugą naturą, odruchem tak bliskim jak oddech czy mrugnięcie powieką, było zadaniem na więcej niż jedno podejście, nie zamierzał przymykać oka gdy dostrzegał objawy.
Zostawił wreszcie ciemno-zieloną poszewkę, jaką wyrównywał na szwach od dłuższego czasu i wierząc, że sprawa noclegu została wyklarowana, Lian zajrzał na moment do garderoby, z której wyszedł z naręczem nieco cieńszych spodni niż te, którymi podzielił się z Danielem i zwykłym t-shirtem; oba komplety łączył rzecz jasna kolor i przywiązanie gospodarza do naturalnych materiałów.
一 Pięć minut i mnie nie ma 一 zaanonsował w drodze do łazienki, oferując tym samym Danielowi odrobinę czasu na przegryzienie się z wnioskami i podjęcie jedynej słusznej decyzji. Drzwi kliknęły za nim sucho, wkrótce rozległ się monotonny szum wody i zdawałoby się, że całym dom odetchnął nagle wszystkimi pokojami z senną, cichą ulgą, jakby ukołysanie dwóch pozostających zbyt długo na nogach domowników było jego tajemnym celem.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Biorąc polecenie "zaczekaj" bardzo dosłownie, zostawił swoje zebrane komentarze na później, wyczekując kontynuacji, której się jednak nie doczekał. Zamiast tego wrócił temat animacji studia Ghibli, co zostawiło Daniela z nowym niedosytem dotyczącym kompozytorów, pianistów i ich utworów, czyli kwestii dotychczas daleko poza jego kręgiem zainteresowań. Może dlatego, że nikt nigdy nie opowiadał mu o nich w ten sposób. Ani tym głosem.
- Ta-tak, dokładnie, Hauru - potwierdził na uprzejme przypomnienie imienia sprawiającego mu największe trudności, chociaż nie łudził się, że lada moment ponownie wyfrunie mu z głowy niczym upierzony, tytułowy bohater filmu. I chociaż jeszcze chwilę temu utknął w korytarzu właśnie przez niepewną kwestię potencjalnego dzielenia łóżka, zapewnienie Liana wcale nie uciszyło jego dyskomfortu. Zamiast odpowiedzieć, zmarszczył czoło, zawieszony między dwiema kwestiami zdającymi się gryźć go na równi, a których rozwiązania wzajemnie się wykluczały - akceptacja jego łóżka pozwalała uspokoić panikę związaną ze spaniem z nim na jednym materacu, jednak poczucie winy za wykorzystywanie jego gościnności nieubłaganie gniotło go do ziemi. Istniała jedna opcja, pozbywająca się wszystkich jego problemów, i była nią kanapa w salonie, jednak tę rozmowę już przeprowadzili i szczerze wątpił, by odpowiedź miała ulec zmianie. Kwestię bezkolizyjności przyjął z kolei jako ironię, ze względu na wielokrotne demonstracje z użyciem mebli i nawet własnych nóg, że wszelakie kolizje trzymały się go lepiej niż on własnych okularów.
Skorzystał z chwili samotności by wytrzeć szkła z drobnych kropli wody o materiał bluzy, zwracając uwagę na niespodziewany brak smug, do których był przyzwyczajony po czyszczeniu okularów ubraniami. Przy okazji napił się także zostawionej przez Mei'a herbaty i przemyślał męczące go kwestie. Trzymając ciepłą czarkę w czubkach palców obu dłoni, wystających spod przydługich rękawów, mielił w głowie problemy i ich potencjalne rozwiązania, a gdy drzwi łazienki ponownie stanęły otworem, na moment ponownie stracił język w gębie. Lian w luźnych ubraniach, świeżo po prysznicu, o dziwo peszył go jeszcze bardziej niż ten w koszulach i eleganckich płaszczach. Uciekł wzrokiem do drgającej tafli wiśniowej herbaty, by być w stanie w ogóle uformować jakiekolwiek słowa.
- Nie chcę cię.... Nie musisz... O...okay, moment. Chcia-chciałem tylko... - wciągnął powietrze i wypuści je nosem z frustracją, próbując przypomnieć sobie do jakich wniosków tak właściwie dotarł. - Naprawdę doceniam, że chcesz odstąpić mi swoje łóżko, a-ale nie jest to konieczne. W sensie... Nie wiem gdzie sam zamierzasz spać i ma-mam nadzieję, że nie na kanapie, bo to byłaby porządna hipokryzja - wytknął, zerkając na niego ze swoją wersją stanowczości, czyli trochę jak naprawdę uparty, miniaturowy królik. - Ale jakbyś jednak wolał tutaj to droga wolna. Nie będę się zamykać i nie mam ni-nic przeciwko - przyznał zgodnie z prawdą, jako że wszystkie jego potencjalne argumenty na "nie" tańczyły wkoło słabo skrywanego zauroczenia. A wychodziło na to, że to był w stanie przełknąć łatwiej niż wrażenie, że jest dla kogoś utrudnieniem.
- A i nie... Nie dokończyłeś mówić o swoich... uh, preferowanych pianistach..? Ho... Horowitz, tak? - przypomniał mu, jako że bynajmniej nie zapomniał o ich wcześniejszej rozmowie i cierpliwe czekanie wyraźnie nie doprowadziło do jej kontynuacji. Przeczesał palcami loki nachodząc na czoło, poprawiając te dopiero dosychające, by ułożyły się w dobrym miejscu zanim przygniecie je do poduszki. - Możemy rano, jak wolisz. Ty-tylko wtedy pewnie będziesz musiał mi przypomnieć - ostrzegł, znając swoją pamięć aż za dobrze, zwłaszcza gdy czuł jak powieki już ciągną mu w dół. Kiedy wyrzucił z siebie wszystko, co planował powiedzieć, nerwy ponownie zaczynały z niego schodzić, pozwalając by zmęczenie, ciągnące się za nim od mikrodrzemki przy stole kuchennym, znowu zaczęło go doganiać. - I chciałem w sumie... Co do Liszta, jak masz jakieś ulubione u-utwory do polecenia to chętnie przesłucham - dodał jeszcze, dopiero teraz dostatecznie usatysfakcjonowany z wcześniejszej rozmowy o kompozytorach by na razie przestać drążyć temat. Opróżnił naczynie z herbaty, odstawił je z powrotem na tacę i za chwilę odłożył na nią także złożone okulary, czego szybko pożałował. Od kiedy pamiętał zdejmował je przed pójściem do łazienki by ogarnąć się do snu, jednak zwykle odbywało się to w jego własnym domu, po którym był w stanie poruszać się z zamkniętymi oczami. Tutaj? Nie był do końca pewny ile kroków dzieliło go od drzwi łazienki i niedługo miał sprawdzić to w praktyce.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Z zamkniętymi oczami i czołem wspartym o nagrzewający się od temperatury kamień stał przez parę minut nieruchomo ociekając i pozwalając, by ciepło przeniknęło w głąb jego ciała. Za każdym razem było tak samo.
Nie pamiętał kiedy to się zaczęło, czy chłód zamieszkiwał każdą komórkę od samego początku czy był przypadkowym nabytkiem, jakiego nie potrafił się pozbyć podobnie jak terapeuta nie umiał przekonać go do wyrzucenia niektórych rodzinnych pamiątek. Wiedział, że zimno odnajdzie go kwadrans do góra godziny od wyjścia spod prysznica, więc dopóki mógł się pooszukiwać i chociaż na chwilę poczuć rozluźniające mięśnie ciepło, korzystał.
Postanowienie przyszło wraz z głębokim, pełnym oddechem przez uchylone usta, obiema dłońmi sięgnął do włosów, wśród pasm których woda wzbierała i prostowała je tak, że kładły mu się na bladych, przygarbionych ramionach. Zaczesał je z wyuczonym spokojem w tył, przeciągnął po ich długości płasko ręką by sprawdzić, czy gdzieś zaplątały mu się gdzieś uporczywe zaczątki kołtunów, po czym wygospodarował sobie porcję szamponu i rozsuniętymi szeroko palcami zaczął wcierać ją skrupulatnie z zamkniętymi w przyjemności oczami. Na koniec, gdy woda swoją cichą wędrówkę kończyła na jego kostkach i obmywała go z reszty piany, Lian pozwolił sobie jeszcze na moment namakania, ale przypomniawszy sobie, że w pokoju obok miał gościa, który prawdopodobnie już spał - albo może nie spał, tylko płoszył się znów czymś i kłopotał - zakręcił wodę i sięgnął po szorstkawy ręcznik z cienkiego lnu.
Kiedy znów spotkał go za progiem w sypialni Daniel przywitał go swoim dukaniem nad czarką letniej herbaty. Postanowił uprzejmie zaczekać, aż jąkający się dzieciak wyjaśni się sam, pomimo, że najchętniej zaszyłby się już na dole, może niekoniecznie przy pianinie, bo ani wypadało ani nie miał na to siły, ale podsunięta przez wyobraźnię opcja przepchnięcia się przez noc za biurkiem z papierem do origami wydawała mu się kusząca.
一 Nie wiem czy w ogóle zamierzam 一 odparł prosto z mostu, tonem sugerującym jakby była to zupełna oczywistość. 一 Ale to nie twój kłopot, a ja nie mam ochoty go dzisiaj rozpakowywać.
Pierwszy raz w jego głosie pojawiła się również jakaś przebitka irytacji, choć nie była ona ukierunkowana na Moore'a. Niezdrowa relacja ze snem była utrapieniem z jakim potykał się od wielu lat i jak dotąd, pomimo nieocenionej (za to wielokrotnie wycenianej) pomocy specjalistów każdej maści, nie znalazł jeszcze skutecznego rozwiązania i wątpił, by zrobił to niedowidzący, spodziewający się kaca nastolatek.
Kilka kropli ostudzonej wody uciekło mu z niedosuszonych włosów i skapnęło prosto w rynienkę karku i kręgosłupa, aż wzdrygnął się i otarł potylicę trzymanym wciąż w ręku ręcznikiem.
Spojrzeniem powędrował za Danielem odstawiającym herbatę, dopytującym o poprzedni temat i kiedy zobaczył go wreszcie rozbrojonego z okularów, z wyrazem kompletnego zagubienia na twarzy Lian zrozumiał, że Moore jest ślepy jak młode kocię.
Konkluzja była zarówno oczywista jak i z jakiegoś powodu niezwykle zabawna, do tego stopnia, że Mei parsknął krótkim, cichym śmiechem.
一 Potrzebujesz pomocy w dotarciu do łazienki? 一 zapytał pro forma, wykonując już pierwsze kroki w jego stronę. 一 Chodź, upewnię się, że trafisz właściwym końcem szczoteczki.
Tym razem jego dłonie nie znalazły się na ramionach Moore'a, nie chwycił go też za łokieć instynktownie i w jakiś sposób podskórnie czując, że byłoby to niewłaściwe, nie do końca świadom tej małej projekcji swoich własnych doświadczeń. Wziął go za nadgarstek nie czując się dość uprzywilejowanym by sięgnąć niżej i prowadzić go za rękę, w półmroku sypialni i jej wielowymiarowej, uniwersalnej ciszy pozwalającej na nadinterpretacje Lian wolał zachować jakąś namiastkę dystansu.
Uważając na nieco wyższy próg poprowadził go do łazienki znajdując dla niego wcześniej powierzoną szczoteczkę, poczęstował go pastą i po prostu stanął mu za plecami z braku lepszych zajęć. Nie, właściwie to znalazł jedno.
一 Masz kręcone włosy, a traktujesz je jak proste 一 niejako zapowiedział zamiar, zanim jego dłonie (zdecydowanie szybsze niż myśli o tej porze i w tych okolicznościach) znalazły się w niedogniecionych, pozbawionych odżywki włosach. 一 Hmm? Och, wybacz, prawda. Byłoby nieszczęście, gdybyś udławił mi się tu pastą do zębów, jutro porozmawiamy.
I to było tyle, jeżeli chodziło o jego interaktywność. Palce przestały formować mocniejsze skręty, Lian zostawił włosy Daniela w spokoju i poszedł odwiesić ręcznik zanim zupełnie wyzbył się resztek przyzwoitości i zapędził w swojej ciekawości.
一 Zaśniesz bez kołysanki? 一 uszczypnął go jeszcze na dobranoc nie do końca wiedząc co powiedzieć, a nie chciał zostawiać go samego całkiem bez słowa.
Poranek zastał ich tego dnia w różnych miejscach w obrębie tego samego domu.
Lian na modłę wiktoriańskiej zjawy plątał się po kuchni odkąd słońce przypłynęło do nich zza horyzontu kilku dachów barwiąc wszystko na ten ciepły, bursztynowy kolor zarezerwowany tylko dla wczesnych, pozbawionych pośpiechu godzin. Zamiast wskazówki zegara czas odmierzały kolejne krople kawy spływającej do dzbanka w ekspresie przelewowym, w zlewie topiło się kilka jabłek, a na sicie schły jeżyny czekając na jogurt. Z drugiej strony odpoczywało ciasto na gofry, wolał podać je ciepłe, a nie spieszyło mu się ani trochę; grzał się kubkiem bezmlecznej kawy i wyliczał to, co już się obudziło.
Było na tyle wcześnie, że powietrze zdawało się nieruchome, do tego stopnia, że pozostające w ruchu ptaki przelatujące nad drzewami wydawały się surrealistycznie dynamiczne.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie jestem aż tak ślepy - zdążył cicho zaprotestować, nawet jeśli właściwie to owszem, był, a niezdolność wyłapywania ostrych krańców nawet, gdy usilnie mrużył oczy, dorzucała do zestawu wyjątkową zdolność znajdywania futryn twarzą, a mebli piszczelem. Przyzwyczajony do bycia prowadzonym przez mężczyznę na tyle, by bez oporów zaakceptować swój los, ale niedostatecznie by przestać się rumienić, wylądował przed umywalką ze szczoteczką w ręku. Rzucił okiem na ich odbicie w lustrze - zamazane i niewyraźne, złożone bardziej z charakterystycznych plam kolorów, niż kształtów - na to jak Mei przerastał go o głowę, przez co usilnie musiał powstrzymywać się przed nagłą, intensywną chęcią odchylenia się w tył by oprzeć się o jego klatkę piersiową. Zbeształ się mentalnie, szorując w jednym miejscu trochę dłużej w chwili rozproszenia i, owszem, prawie zadławił się zebraną w ustach pianą, gdy z zaskoczenia otrzymał komentarz dotyczący swoich włosów, a później poczuł palce przeczesujące niesforne kosmyki. Wkoło szczoteczki mruknął jedynie coś niezrozumiałego, ale pytającego, na znak, że różnica między pielęgnacją różnych typów włosów nie była dla niego do końca jasna. Z sercem próbującym wyskoczyć mu gardłem dokończył mycie zębów, próbując nie okazać swojego zawodu, gdy ten ponownie się od niego odsunął, chociaż odzyskał dzięki temu zdolność normalnego oddychania. Pochylił się nad zlewem i poza wypłukaniem resztek pasty, dwukrotnie ochlapał sobie twarz zimną wodą w próbie doprowadzenia się do porządku. Wyklepując wilgoć z twarzy miękkim ręcznikiem, przewrócił oczami na pytanie.
- Jak nie to uznam to za ofertę i przyjdę cię znaleźć - obiecał, pozwalając sobie na łagodny uśmiech podczas ostrożnej drogi z powrotem do łóżka. Ta poszła dużo łatwiej, pościel praktycznie wołała jego imię. - Dobranoc, Lian. I... dziękuję - podrzucił jeszcze w ramach podsumowania wszystkiego, co ten dla niego zrobił, a części nawet nie był do końca świadomy. W ciemności zwinął się w kulkę pod kołdrą na brzegu łóżka i odpadł w kilka sekund po zamknięciu oczu.
Straszliwy, bezlitosny zamach na jego życie przywitał go z pierwszym uchyleniem powiek. Wpadające przez okno, to samo z którego byłby w stanie zobaczyć swój pokój, promienie słońca lądowały mu na twarzy, gdy leżąc na skos na rozległym materacu próbował pojąć w jakim miejscu w czasie i przestrzeni się w tym momencie znajdował. Zarzucił na oczy przedramię, w próbie odcięcia niemile widzianej jasności ze swojego pola widzenia, tylko by wylądować na przyspieszającej z każdą chwilą karuzeli. Za każdym razem, gdy wmawiał sobie, że świat zaczyna się stabilizować, odczuwał narastające mdłości zmuszające go do ponownej próby otwarcia oczu, tylko by powtórzyć cały cykl od nowa.
Z cierpiętniczym westchnieniem zakrył twarz obiema dłońmi, odliczył do trzech i zebrał się w sobie, by przewrócić się na bok i uciec ze snopu światła słonecznego. Gdy ten problem był z głowy, zaczął kolejno odczuwać każdy kolejny - język suchy jak wiór, mrowienie w całym ciele przemieszane z faktem, że było mu zdecydowanie zbyt ciepło i włosy przyklejały mu się do spoconego czoła jak po zajęciach wychowania fizycznego, z których nie udało mu się wymigać, agresywne pulsowanie w czaszce, włącznie z nosem i lewym policzkiem, przez które miał ochotę sięgnąć po znajome pudełeczko z lekami w poszukiwaniu ratunku. Z oczami szczypiącymi od zmęczenia, jakby wcale nie przespał dobrych kilku godzin, zebrał się do siadu, po kolejnym motywacyjnym odliczaniu i trzech głębokich wdechach, i to szybko okazało się najgorszym pomysłem, na jaki mógł wpaść. Narastający dyskomfort, fala lepkiego zimna i ścisk w przełyku stanowiły dostateczne ostrzeżenie, by instynktownie zerwał się z miejsca w stronę łazienki. Chociaż przezornie odrzucił na bok kołdrę, która zakrywała go do pasa, nie dociągnął jej do końca i zamiast wystawić nogę poza łóżko, zaplątał się kostką w materiał i stoczył się na podłogę sypialni ze spektakularnym łoskotem. Obił oba łokcie, kolano i własną wiarę w siebie, jednak nie miał czasu na zawijanie się z żałości w pościel, którą pociągnął za sobą na parter. Z dłonią przyciśniętą do ust i zamazanym światem wirującym przed oczami dopadł do łazienki, zahaczając ramieniem o framugę drzwi, zawisł na kolanach nad muszlą i wyspowiadał się ze wszystkich grzechów poprzedniej nocy.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Moore'a znalazł po rozwleczonej kołdrze, niby-pępowinie łączącej go wciąż w jakiś niewyraźny sposób z łóżkiem (do którego, Lian był przekonany, pragnął wrócić), w stanie dokładnie takim jak przewidywał. Był uczepiony muszli i klęczał pokutniczo przed namacalnym dowodem niezawinionych grzechów, blady na twarzy, z kropelkami potu krąglącymi mu się na skroniach i włosami, z których część płasko przykleiła mu się do policzków, a część sterczała buńczucznie tam gdzie miała ochotę.
Lian odetchnął wreszcie i wykręcił się bokiem, sięgnął po szklankę ukrytą za lustrem nad umywalką i napełnił ją dla Daniela wodą.
一 Lepiej opróżnić żołądek, zaufaj mi 一 doradził uprzejmie przyciszonym głosem, by nie zwabić Moore'owi potężniejszego bólu głowy. 一 I pić, jak najwięcej pić.
Szklankę postawił mu zaraz obok prawego kolana, a szarpnięty potrzebą znalezienia sobie zajęć praktycznych, przeszedł się jeszcze po świeży ręcznik. Ten wkrótce został napojony wodą i wyciśnięty, by nie zalać Danielowi dokumentnie karku gdy sprezentował mu odrobinę chłodu. Jednym jego skrajem Lian pomału zaczął mozolny proces ocierania mu twarzy, bez jednego choćby grymasu czy jakiejkolwiek zmiany w spojrzeniu skupionym tylko i wyłącznie na odnajdywaniu miejsc, w jakich Moore mógłby potrzebować interwencji. Cierpliwie ocierał pot, ślinę i to, czego Daniel nie doczyścił do końca papierem, a zauważywszy w pewnym momencie, że sklejone (wszystkim po trochu) loki drażnią go pchając się do oczu i ust, Mei na chwilę zniknął mu z pola widzenia, nie daleko, bo znów tylko przy zlewie.
一 Zwiążę ci włosy 一 oznajmił rzeczowo, wyłącznie informacyjnie, jakby kwestia nie podlegała dyskusji. Może również po to, by płochy z natury Daniel nie przeraził się jego obecnością i kłopotliwie trudnym do określenia powodem dla jakiego jego palce znów znalazły mu się we włosach. Sięgając dłonią do czoła płasko przesiedlił pomniejsze loczki, uporządkował oporniejsze sprężynki i zebrał je wszystkie w króciutki, pulchny węzeł z tyłu głowy opasany jedwabną gumką. 一 Będzie wygodniej.
Lian nie wyglądał jakby spieszył się gdziekolwiek, ani jakby w ogóle miał zamiar zostawiać go w łazience sam na sam z pierwszą w życiu Moore'a potyczką z kacem. Nie pchał się już z rękami i pozwolił mu uporać się z tym, co ewentualnie mogło jeszcze zalegać mu na żołądku po swojemu, choć najchętniej sięgnąłby palcami do tego karbowanego paseczka kręgów widocznych ponad szerokim obrąbkiem bluzy albo oparł o siebie gwarantując stabilną obwolutę w postaci ramienia.
Pamiętał swojego pierwszego kaca więc wiedział, że nic z tego wspomnienia nie powinno powtórzyć się w tym wypadku, o ile chciał przeprowadzić Daniela przez nowe doświadczenie bez ryzyka zakorzenienia w nim traumy.
一 Na moje oko najgorsze za tobą 一 skłamał gładko, czując, że pocieszenie oraz podbudowanie go po pierwszym etapie pasma cierpień było w tym momencie na miejscu. 一 Żołądek zwykle reaguje pierwszy i dobrze, przynajmniej wyrzuciłeś to, co jeszcze mogło ci zaszkodzić. Na ból głowy mam swoje metody, myślę, że do południa powinniśmy doprowadzić cię do lepszego stanu.
Nie idealnego, nie wyjściowego, ale akceptowalnego.
Cichość mieszkania działała w tym wypadku na korzyść Daniela, litościwie tłumiąc dźwięki z zewnątrz i nie dokładając własnych. Gdy Lian prowadził go owiniętego w nieco lżejszy koc po schodach, trzymając asekuracyjnie za łokieć bo miał zasadne powody by nie ufać jego zdolnościom motorycznym, żaden stopień nie zajęczał pod ich stopami jakby przeczuwając, że nie jest to chwila na skargi.
Uchylone uprzednio okno okazało się dobrą inwestycją w komfort, parter był chłodniejszy i powietrze zdawało się rzadsze niż piętro wyżej. Lian usadził Daniela pieczołowicie na krześle z obszernym oparciem nie chcąc ryzykować, że ten przeleje się bokiem gdy tylko zostanie spuszczony z oka. W żeliwnym imbryku o kolorze cmentarnej szarości parzyły się te wspomniane metody na ból głowy, pachnąc cierpko i intensywnie nawet pomimo domknięcia pokrywką.
一 Co dokucza ci najbar... kurwa.
Urwane zdanie tłumaczyło potknięcie w postaci uciekającej mu z rąk czarki, którą wyłącznie cudem i niespotykaną uprzejmością losu Lian zdążył złapać zanim rozmieniła się na drobne i zdołałaby wywołać silniejszy ból głowy po stronie Daniela.
Żołądek ściśnięty nagle w supeł po szybkiej reakcji rozluźnił się, choć nie do końca; on również dziś pokutował, płacąc cenę w refleksie za kolejną nieprzespaną noc, mimo, że przysięgałby, że koło piątej udało mu się zapaść w coś na wzór półletargu na niecałe dwie godziny.
Z ustami zawężonymi do wąskiego bladego paska podstawił mu pechową czarkę pod nos; w pierwszym odruchu po imbryk sięgnął prawą ręką, ale w połowie drogi zauważył jak bardzo mu się trzęsła, porównał z lewą i polał mu tą drugą.
一 Pinelia, imbir, głożyna i złotnica. Powinno pomóc, pij powoli.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dotyk mokrego ręcznika na karku wzdrygnął nim z zaskoczenia i Daniel odwrócił głowę by spojrzeć pytająco na mężczyznę, aktualnie przypominającego mu bardziej anioła niż człowieka z krwi i kości. Poddał się jego dłoniom, prostując się, tym razem powoli, by ułatwić mu dostęp do swojej twarzy, jednocześnie nie spuszczając wzroku z jego własnej. Po części dlatego, że była najlepszym widokiem jakiego doświadczył tego dnia, po części przez fakt, że każdy ruch gałek ocznych stanowił zagrożenie w postaci ruletki między falą mdłości a nasileniem bólu głowy. Spojrzał na kafelki dopiero, kiedy ten zdecydował się zająć jego włosami.
- Dzięki - wymamrotał, sięgając po podstawioną szklankę wody i biorąc kilka zachłannych łyków po dokładnym przepłukaniu jamy ustnej. Błąd, kolejny, jako że płyn momentalnie podrażnił jego żołądek i gwałtownie wrócił do kanalizacji. Żałośnie pociągając nosem i przecierając usta papierem, po odstawieniu nieszczęsnej szklanki z powrotem na podłogę, Daniel słuchał zapewnień o potencjalnej poprawie swojego stanu. Naprawdę chciał uwierzyć mu na słowo.
- A która jest... Która godzina? - dopytał, ledwo wyciskając z siebie słowa i dopiero na wspomnienie o południu zdając sobie sprawę, że ani razu nie spojrzał na zegarek od wstania z łóżka. Nie był nawet do końca pewny gdzie poprzedniej nocy zostawił swój telefon. Z pomocą Mei'a ostrożnie zebrał się do pionu, kiedy przez dłuższy moment jego żołądek postanowił okazać mu litość, a później po schodach na dół, z okularami upchniętymi do kieszeni bluzy - kiedy spróbował je założyć, wszystko było zbyt wyraźne i agresywne, co tylko pogarszało jego stan. Otulony miękką otoczką mętnych mebli i ścian, usiadł na krześle i podciągnął na siedzenie nogi, by zawinąć się w kulkę z zaoferowanego koca i oprzeć czoło na kolanach. Potrzebował chwili na uspokojenie zarówno bólu jak i lekkich zawrotów głowy po szalenie długiej podróży z piętra, kontrolnie wyglądając ze swojej skorupy dopiero, kiedy usłyszał przekleństwo. Jakby podświadomie spodziewał się, że jest ono wymierzone w niego, rozluźnił się dopiero gdy nie usłyszał żadnego zarzutu ani kontynuacji wiązanki, z przymrużonymi oczami próbując zorientować się co dokładnie robił w tej chwili Lian. Kiedy ten znalazł się dość blisko, by dał radę zauważyć naczynie w jego dłoni, wyplątał dłonie z materiału by odebrać od mężczyzny herbatę.
- Nie wiem czy... - zawahał się, spoglądając na czarkę, później na Liana, a ostatecznie znacząco zerkając w stronę schodów, jako że nie mógł obiecać czy to także nie przewróci mu żołądka do góry nogami. - Okay, spróbuję - zgodził się jednak i ciekawsko powąchał wywar zanim spróbował zamoczyć w nim wargi. Dał sobie kilkanaście spiętych sekund oczekiwania na reakcję organizmu, a kiedy nie poczuł znajomego sygnału by szykować się do biegu odważył się z kolejnym łykiem. Ciepło rozlało się przyjemnie po jego zmaltretowanym gardle, uspokajając trochę drgawki, które sam nie wiedział kiedy zaczęły wstrząsać jego ciałem.
- Mógłbyś... Umm, mam w kurtce, w... chyba prawej kieszeni przy kluczach, takie małe pudełko z lekami. Mógłbyś mi je przy-przynieść? - poprosił, widząc tę sytuację jako jedną z tych wymagających silniejszego kalibru. Im dłużej miał otwarte oczy, tym bardziej protestowała lewa strona jego głowy, a nawet po ich zamknięciu szybko zaczynał odczuwać aż zbyt znajome pulsowanie. Wolał zgnieść to w zarodku zanim całkowicie go poskłada.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Wiedział, że imbir pomoże na mdłości, a głożyna przynajmniej po części zrekompensuje paskudny smak pozostałych dwóch, ale do pełni szczęścia potrzebowali jeszcze sprawnie działającego żołądka i wiary w siebie, a Danielowi aktualnie brakowało obu.
一 Dochodzi ósma 一 poinformował ogólnikowo i na oko, choć nie minął się z prawdą; do pełnej godziny brakowało kurczących się dziesięciu minut. 一 A ty nie musisz się spieszyć. Ze śniadaniem przy kacu jest jak z przeszczepem, albo się przyjmie, albo... cóż.
Wymownie spojrzał w stronę wysokiego stropu i uśmiechnął się pod nosem, wierząc, że sugestia nie wymagała wyjaśnień. W jogurcie właśnie wylądowała garść jeżyn, kleks syropu malinowego i chia, na której Lian zakończył swoje fantazje.
Z trudem wydukana, ledwo dosłyszana prośba złapała go gdy dolewał sobie kawy i zastanawiał się, czy Daniel podoła gofrom czy wymagał więcej czasu na taki wysiłek.
一 Jasne.
Rzucił mu jeszcze jedno kontrolne spojrzenie, jakby oceniał czy Moore poradzi sobie przez te kilkanaście sekund bez jego asysty czy nie, po czym postawił mu przed nosem salaterkę z jogurtem i poszedł przeszukać mu kurtkę. Chyba prawa kieszeń okazała się lewą, z niej dopiero wyłuskał pojemniczek w animowane postacie z bajki Disneya, co skwitował lekkim drgnięciem kącików ust i po koncercie zasuwanych po jego rewizji zamków wrócił do kuchni zastanawiając się o jakich lekach właściwie w tym momencie rozmawiali.
一 Na pewno możesz to łączyć z alkoholem? Mogę dać ci aspirynę 一 zaoferował ostrożnie, nie wiedząc w jakim stopniu Daniel jest świadom ewentualnych korelacji skoro pierwszy raz mierzył się z kacem. Wolał nie tłumaczyć się później jego rodzicom, gdyby miks medykamentów zazębił się z wczorajszym drinkiem i wywołał nieprzewidziane efekty.
Przyklejony z powrotem do swojego kubka z kawą Lian postanowił poobserwować z boku, wciąż z lekka sceptycznie, ale bez komentarza. Nie wiedział nawet czy w tym momencie Moore wydłubywał z przegródki w pudełeczku coś na ból głowy czy coś zupełnie innego, o czym on nie miał pojęcia.
Niechętnym spojrzeniem obrzucił raz jeszcze te terkoczące tabletki; na krótki moment przypomniały mu się czasy spędzane w klinikach, gdzie podobny dźwięk podskakujących w plastikowym kubeczku pigułek anonsował śniadanie i kolację. Efekt był prawie żaden, czasami jedynym na co mógł liczyć były skutki uboczne. Pamiętał jak zaglądali mu w zęby niedowierzając, że karmił się tymi niebotycznie drogimi cukierkami i nie czuł różnicy.
Zamieszał stanowczo w swojej salaterce z jogurtem, utopił w nim kilka jeżyn i zagapił się na plamki w postaci nasionek chia; czasami tracił wątek, czuł, jak miękka obręcz zaciska mu się wokół głowy i wytłumia na kilka sekund resztę świata, tak, jakby miał lada chwila zasnąć na siedząco, ale ostatecznie rozmijał się ze snem na milimetry.
一 Na co to wszystko? 一 podpytał jednak, kiedy po kilkuminutowej walce prowadzonej nad jogurtem zdecydował, że jednak chciał wiedzieć i ochota nie przejdzie mu tak szybko jak mu się wydawało. Nieufnie łypnął podbarwionymi szarością oczami w kierunku frapującego go, kolorowego pudełeczka z tajemniczą zawartością i zamrugał, gdy poczuł piasek pod powiekami. Niemal sześćdziesiąt godzin pozbawionych pełnowymiarowego snu wystawiało mu właśnie rachunek. 一 Nie musisz tłumaczyć jeśli nie chcesz, zastanawiałem się po prostu czy to twój stały zestaw. Brzmi jakbyś nosił tam pół apteki.
Z drugiej strony efekt mógł być równie dobrze osiągnięty wypakowaniem całego blistra tego samego leku przeciwbólowego, Lian jakkolwiek z góry założył większą różnorodność.
Za oknem rozległ się donośne, znajome ćwierkotanie chmary wróbli goszczącej pod kaliną, więc jego wzrok przeskoczył ponad głową Daniela i przez chwilę Lian skupił lekko rozcieńczone zmęczeniem spojrzenie w wesołej gromadce zabierającej się za kąpiel w piachu. Wtedy przypomniało mu się coś, co obiecał Moore'owi zeszłego wieczora i mrugnął przytomniej, tak, jakby kolejna okazja do aktywności ożywiła go jak małe espresso.
Łyżeczka wylądowała w pustej salaterce, a Mei potykając się o taboret wstał zza stołu, przeszedł się do schowanej za domykanym na nacisk dłoni panelem spiżarki i po drodze zgarnął jeszcze blaszany kubek.
一 Podjedz chociaż trochę, to pójdziemy nakarmić te karpie 一 zagadnął gdy zanurzał naczynie w pstrokatych kuleczkach rybiej paszy. Trzymał ją w drewnianej skrzynce i jutowym worku, tak, żeby zapach nie przeszedł na jego pieczołowicie doglądane zioła schnące na sznurku nad jego głową.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Dziękuję, jesteś aniołem - wymamrotał, odkręcając buteleczkę, za drugą próbą przez nieszczęsne zabezpieczenie przed dziećmi, i wystukując sobie na dłoń jeden wesoły, różowy trójkącik. Słysząc pytanie Liana zmarszczył czoło, chociaż była to bardziej reakcja na próbę wpakowania z powrotem do pudełka reszty tabletek, które sypnęły mu się razem z tą wybraną, tuż przy twarzy by faktycznie je widzieć. - Hmm? A, tak tak, mogę - zapewnił na wpół skupiony na rozmowie, na wpół na dokręcaniu wieczka. Odstawił pudełko, po tym jak prawie wrzucił je prosto w jogurt, między miskę śniadaniową a czarkę z herbatą, którą za chwilę ponownie ostrożnie podniósł. - Znam tę ulotkę na pamięć. Tylko nie powinienem po nich prowadzić, czyli chyba będę zmuszony wracać pieszo - posłał mu blady, słaby uśmiech w zestawie ze swoim żarcikiem, po czym przełknął pigułkę wraz z łykiem naparu. Jego chwilowa pewność siebie zachwiała się w tym samym momencie co lek zmieniający zdanie w połowie drogi przez jego gardło. Trochę panicznie przełknął ślinę, przechodzący przez jego ciało, zimny dreszcz zapowiadał powrót silnych mdłości na dyskomfort w przełyku, a dopiero następny, ratunkowy haust herbaty dał radę przepchnąć tabletkę dalej. Kiedy następny raz spojrzał na Liana, po głębokim, uspokajającym wdechu, i pomasowaniu sobie skroni, ponownie zdawał się być o kilka odcieni bledszy niż naturalnie.
- Och, um... - zaczął, spuszczając wzrok z powrotem na blat stołu, o który opierał czubki palców wystające spod naciągniętych na dłonie rękawów. Nie miał szczególnych oporów przed opowiadaniem o sobie, w tej chwili nie był tylko do końca pewny jak zacząć i jak wiele Mei tak właściwie chciał wiedzieć. - Nie, to... To tylko Imitrex, na migreny - wyjaśnił i potrząsnął opakowaniem tuż nad blatem stołu, jakby sam dźwięk miał przedstawić mu jego zawartość. - Mam je od... od kiedy pamiętam, więc powiedzmy, że... że stałe, tak, ale ty-tylko jak zaczyna mnie łapać. Tak bardziej - przyznał i zostawił swoje leki w spokoju, zamiast tego obejmując palcami łyżkę w misce jogurtu. Złapanie jej było pierwszym krokiem i nie wyglądał jakby zrywał się do postawienia następnego. - Czasem mam spokój na kilka dni. Alkohol pewnie... no, nie pomógł - pomimo zmieszania luźno wzruszył ramionami i, po wychyleniu się bliżej, by lepiej zobaczyć zawartość, ostrożnie zakręcił łyżką w misce, starając się przypadkowo nie uderzyć w jej brzeg. Wolał unikać zbędnych hałasów, póki młotek w jego głowie nie przegra powolnej walki z magicznymi proszkami.
Podążył spojrzeniem za nagle wstającym od stołu mężczyzną, niespodziewanie mniej stabilnym niż pamiętał go w nocy, a jego sylwetka dość szybko zlała się z resztą wyposażenia kuchni i Daniel mógł wyłącznie na słuch próbować zorientować się, co ten tak właściwie robił. I wychodziło na to, że słuch mu starczył - przypomnienie oferty z wieczora coś w nim przestawiło. Usiadł trochę prościej, przyciągnął miskę bliżej i dał się zachęcić do pierwszej, nieufnej próby podniesienia łyżeczki do ust. Jego ciało dalej mrowiło go jakby coś obcego zagnieździło mu się pod skórą, łagodne mdłości towarzyszyły mu nawet jak łykał samo powietrze, a drżenie dłoni dało radę strącić nabraną jeżynę z powrotem do miski, ale naprawdę chciał zobaczyć te karpie.
- Jasne, daj mi z... kilka minut - poprosił, ambitnie zakładając, że się w tym czasie wyrobi. Podobnie jak z herbatą przeszedł przez proces przełykania, czekania i powtórki, dając radę powolnie przebrnąć przez połowę miski zanim otrzymał o ciała sygnał, że trochę się zagalopował. Wpatrując się w przestrzeń oddychał powoli, jednak nie za głęboko, jedną dłonią ściskając fragment koca, którym był owinięty, drugą trzymając pustą łyżeczkę w zawieszeniu między naczyniem a twarzą. Zryw dyskomfortu zaczął go puszczać, powoli, nie dość szybko by był w stanie mu w pełni zaufać, ale dość by ponownie dał radę się ruszyć. Oparł sztuciec płasko na średnicy miseczki i wziął jeszcze dwa oddechy zanim spróbował się odezwać. - Chy-chyba świeże powietrze dobrze mi zrobi - zadecydował, opuszczając nogi z krzesła i sięgając do kieszeni bluzy by wydobyć swoje okulary. Założył je z zamkniętymi oczami, a gdy ponownie uniósł powieki, pozostawił je lekko zmrużone dla własnego komfortu. Pierwszy raz tego dnia na spokojnie rozejrzał się wkoło siebie, po wystawionych przed sobą naczyniach, po tym jak wyglądało wnętrze kuchni za dnia, gdy promienie słoneczne wpadały przez okna i tańczyły na drewnie, na koniec docierając do samego gospodarza. I jego cieni pod oczami, które zdawały się ciemniejsze niż w nocy, chociaż to także mogła być gra świateł. Nieszczególnie ufał swojej pamięci.
- A ty... ty czujesz się dzisiaj okay? - dopytał po odważnym podniesieniu się do pionu, przytrzymując pod szyją krańce koca jak pelerynę. Małymi kroczkami zostawiał za sobą żałosny stan, w jakim się obudził, a przynajmniej tak mu się wydawało, a im dalej od tej granicy się znajdował, tym więcej rzeczy sobie uświadamiał - na przykład fakt, że jeszcze ani razu nie dopytał o jego samopoczucie, zbyt skupiony na swoim własnym.
Lian Mei