Kafelki pod prysznicem wciąż jeszcze obrastały w kałuże po Danielu, gdy Lian rozebrał się, złożył ubrania w kostkę, rozeźlił się na siebie - bo przecież i tak wylądowały w koszu na pranie - po czym odkręcił wodę i z kilkusekundowym zawahaniem wreszcie wszedł pod deszczownicę.
Z zamkniętymi oczami i czołem wspartym o nagrzewający się od temperatury kamień stał przez parę minut nieruchomo ociekając i pozwalając, by ciepło przeniknęło w głąb jego ciała. Za każdym razem było tak samo.
Nie pamiętał kiedy to się zaczęło, czy chłód zamieszkiwał każdą komórkę od samego początku czy był przypadkowym nabytkiem, jakiego nie potrafił się pozbyć podobnie jak terapeuta nie umiał przekonać go do wyrzucenia niektórych rodzinnych pamiątek. Wiedział, że zimno odnajdzie go kwadrans do góra godziny od wyjścia spod prysznica, więc dopóki mógł się pooszukiwać i chociaż na chwilę poczuć rozluźniające mięśnie ciepło, korzystał.
Postanowienie przyszło wraz z głębokim, pełnym oddechem przez uchylone usta, obiema dłońmi sięgnął do włosów, wśród pasm których woda wzbierała i prostowała je tak, że kładły mu się na bladych, przygarbionych ramionach. Zaczesał je z wyuczonym spokojem w tył, przeciągnął po ich długości płasko ręką by sprawdzić, czy gdzieś zaplątały mu się gdzieś uporczywe zaczątki kołtunów, po czym wygospodarował sobie porcję szamponu i rozsuniętymi szeroko palcami zaczął wcierać ją skrupulatnie z zamkniętymi w przyjemności oczami. Na koniec, gdy woda swoją cichą wędrówkę kończyła na jego kostkach i obmywała go z reszty piany, Lian pozwolił sobie jeszcze na moment namakania, ale przypomniawszy sobie, że w pokoju obok miał gościa, który prawdopodobnie już spał - albo może nie spał, tylko płoszył się znów czymś i kłopotał - zakręcił wodę i sięgnął po szorstkawy ręcznik z cienkiego lnu.
Kiedy znów spotkał go za progiem w sypialni Daniel przywitał go swoim dukaniem nad czarką letniej herbaty. Postanowił uprzejmie zaczekać, aż jąkający się dzieciak wyjaśni się sam, pomimo, że najchętniej zaszyłby się już na dole, może niekoniecznie przy pianinie, bo ani wypadało ani nie miał na to siły, ale podsunięta przez wyobraźnię opcja przepchnięcia się przez noc za biurkiem z papierem do origami wydawała mu się kusząca.
一 Nie wiem czy w ogóle zamierzam 一 odparł prosto z mostu, tonem sugerującym jakby była to zupełna oczywistość. 一 Ale to nie twój kłopot, a ja nie mam ochoty go dzisiaj rozpakowywać.
Pierwszy raz w jego głosie pojawiła się również jakaś przebitka irytacji, choć nie była ona ukierunkowana na Moore'a. Niezdrowa relacja ze snem była utrapieniem z jakim potykał się od wielu lat i jak dotąd, pomimo nieocenionej (za to wielokrotnie wycenianej) pomocy specjalistów każdej maści, nie znalazł jeszcze skutecznego rozwiązania i wątpił, by zrobił to niedowidzący, spodziewający się kaca nastolatek.
Kilka kropli ostudzonej wody uciekło mu z niedosuszonych włosów i skapnęło prosto w rynienkę karku i kręgosłupa, aż wzdrygnął się i otarł potylicę trzymanym wciąż w ręku ręcznikiem.
Spojrzeniem powędrował za Danielem odstawiającym herbatę, dopytującym o poprzedni temat i kiedy zobaczył go wreszcie rozbrojonego z okularów, z wyrazem kompletnego zagubienia na twarzy Lian zrozumiał, że Moore jest ślepy jak młode kocię.
Konkluzja była zarówno oczywista jak i z jakiegoś powodu niezwykle zabawna, do tego stopnia, że Mei parsknął krótkim, cichym śmiechem.
一 Potrzebujesz pomocy w dotarciu do łazienki? 一 zapytał pro forma, wykonując już pierwsze kroki w jego stronę. 一 Chodź, upewnię się, że trafisz właściwym końcem szczoteczki.
Tym razem jego dłonie nie znalazły się na ramionach Moore'a, nie chwycił go też za łokieć instynktownie i w jakiś sposób podskórnie czując, że byłoby to niewłaściwe, nie do końca świadom tej małej projekcji swoich własnych doświadczeń. Wziął go za nadgarstek nie czując się dość uprzywilejowanym by sięgnąć niżej i prowadzić go za rękę, w półmroku sypialni i jej wielowymiarowej, uniwersalnej ciszy pozwalającej na nadinterpretacje Lian wolał zachować jakąś namiastkę dystansu.
Uważając na nieco wyższy próg poprowadził go do łazienki znajdując dla niego wcześniej powierzoną szczoteczkę, poczęstował go pastą i po prostu stanął mu za plecami z braku lepszych zajęć. Nie, właściwie to znalazł jedno.
一 Masz kręcone włosy, a traktujesz je jak proste 一 niejako zapowiedział zamiar, zanim jego dłonie (zdecydowanie szybsze niż myśli o tej porze i w tych okolicznościach) znalazły się w niedogniecionych, pozbawionych odżywki włosach. 一 Hmm? Och, wybacz, prawda. Byłoby nieszczęście, gdybyś udławił mi się tu pastą do zębów, jutro porozmawiamy.
I to było tyle, jeżeli chodziło o jego interaktywność. Palce przestały formować mocniejsze skręty, Lian zostawił włosy Daniela w spokoju i poszedł odwiesić ręcznik zanim zupełnie wyzbył się resztek przyzwoitości i zapędził w swojej ciekawości.
一 Zaśniesz bez kołysanki? 一 uszczypnął go jeszcze na dobranoc nie do końca wiedząc co powiedzieć, a nie chciał zostawiać go samego całkiem bez słowa.
Poranek zastał ich tego dnia w różnych miejscach w obrębie tego samego domu.
Lian na modłę wiktoriańskiej zjawy plątał się po kuchni odkąd słońce przypłynęło do nich zza horyzontu kilku dachów barwiąc wszystko na ten ciepły, bursztynowy kolor zarezerwowany tylko dla wczesnych, pozbawionych pośpiechu godzin. Zamiast wskazówki zegara czas odmierzały kolejne krople kawy spływającej do dzbanka w ekspresie przelewowym, w zlewie topiło się kilka jabłek, a na sicie schły jeżyny czekając na jogurt. Z drugiej strony odpoczywało ciasto na gofry, wolał podać je ciepłe, a nie spieszyło mu się ani trochę; grzał się kubkiem bezmlecznej kawy i wyliczał to, co już się obudziło.
Było na tyle wcześnie, że powietrze zdawało się nieruchome, do tego stopnia, że pozostające w ruchu ptaki przelatujące nad drzewami wydawały się surrealistycznie dynamiczne.
Daniel Moore