Znowu po prostu mu u w i e r z y ł a.
Bez walki z samą sobą, bez tej ostrożności, która powinna była pojawić się dawno temu. Oderwała głowę od jego klatki piersiowej powoli, niemal niechętnie, jakby to miejsce było jedynym, które dawało jej jeszcze poczucie równowagi, po czym ujęła jego twarz w dłonie. Jej palce przesunęły się po szorstkiej fakturze zarostu, delikatnie kreśląc kształty w uspokajającym geście. Patrzyła mu w oczy i tym razem nie szukała w nich pęknięć, nie doszukiwała się cienia kłamstwa, przyjmowała to co widziała z ufnością.
Nie wiedziała, skąd brała się ta pewność. Rozsądek powinien krzyczeć, przypominać każde jego przemilczenie, każde niedopowiedzenie, każdą ranę, którą jej zostawił. A jednak coś w niej uciszało ten głos. Czuła to w rytmie jego serca, które biło tuż przy jej własnym, mocne i nierówne, zdradzające więcej niż jakiekolwiek słowa. Czuła to w drżeniu jego oddechu, w sposobie, w jaki jego ramiona obejmowały ją mocniej, odrobinę zbyt kurczowo, jakby bał się, że zniknie, jeśli choć na chwilę poluzuje uścisk. Czuła to w jego głosie, w tej subtelnej chropowatości, która pojawiała się tylko wtedy, gdy mówił coś
naprawdę ważnego.
Ufała, że nie mówił tego po to, by ją zatrzymać, by wymusić na niej odpuszczenie. Wiedział przecież, że to nie działało. Że nigdy nie odpuszczała jego - nie wtedy, gdy chodziło o sprawy, nie wtedy, gdy chodziło o uczucia. Jej kompas zawsze wskazywał to, co słuszne, lecz przy nim pojawiała się druga igła, przekrzywiona, uparcie kierująca ją w jego stronę niezależnie od wszystkiego.
Uśmiech pojawił się na jej ustach po raz pierwszy od wielu dni; niepewny na początku, jakby zapomniała, jak się to robi, ale szczery. Sięgał do oczu, rozświetlał je delikatnym blaskiem, jeszcze niepełnym, jeszcze nie takim jak dawniej, lecz wyraźnie obecnym, jak obietnica, że coś w niej wciąż żyje.
- Wiem o tym - wyszeptała cicho, nachylając się bliżej. Jej wargi musnęły jego skroń i zatrzymały się tam na dłużej, zostawiając po sobie ciepło.
- Kocham cię jeszcze mocniej. Nie wyobrażasz sobie, co jestem w stanie dla ciebie zrobić i ile jestem w stanie poświęcić - nie odsunęła się od razu. Pocałunkami wyznaczyła powolną drogę w dół, od skroni ku jego uchu, zatrzymując się przy nim tylko po to, by wyszeptać te słowa jeszcze ciszej, jeszcze bliżej, tak, by nie było w nich miejsca na wątpliwość.
Każde z nich miało wagę obietnicy, nie tej lekkiej i rzucanej bez namysłu, lecz ciężkiej, świadomej, gotowej pociągnąć za sobą konsekwencje.
Nie pozwoliła mu się odsunąć. Trzymała go przy sobie, ciało przy ciele, jedną dłonią zaciskając palce na jego wytatuowanym ramieniu, jakby w obawie, że może zechcieć uciec.
- Rozwiążemy to razem - powiedziała pewnie, z przekonaniem. Kilka godzin wcześniej stali po przeciwnych stronach, rozrywani przez gniew i wszystko, co ich dzieliło. Teraz wystarczyło tak niewiele, by to odsunąć, by zepchnąć w głąb świadomości i skupić się na tym, co naprawdę miało znaczenie.
Czy można było zrezygnować z czegoś takiego bez walki? Czy można było świadomie odwrócić się od uczucia, które wypełniało każdy fragment istnienia?
Wiedziała, że nie.
- Cokolwiek zrobiłeś… będę w stanie to udźwignąć - dodała cicho.
- Ale musisz być ze mną szczery - wierzyła, że jej uczucie było na tyle silne, by przetrwać wszystko, co mogło nadejść. Jeśli tylko odsunęła od siebie gniew, jeśli pozwoliła sobie go zrozumieć, jeśli przymknęła oczy na to, jak wiele przed nią ukrył - była gotowa postawić grubą kreskę i zacząć od nowa.
Myśl o jego braku bolała bardziej niż wszystko inne. Bardziej niż zdrada, bardziej niż kłamstwa. Wizja życia bez jego obecności, bez jego dłoni, bez jego głosu, była czymś, czego nie potrafiła przyjąć.
- Powiedz mi prawdę - jej dłoń wróciła na jego policzek, przytrzymując go w tym spojrzeniu, nie pozwalając uciec ani na moment.
Rhys Madden