35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W jednej chwili zmieniło się w s z y s t k o.
A jednocześnie nie zmieniło się nic.
Ten wieczór miał być takim lub innym końcem. Wyczuwali go na horyzoncie oboje, instynktownie wiedząc, że nie było żadnego wylotu do Meksyku a rozstanie przed drzwiami do jej mieszkania miało inny smak by być chwilą rozłąki. On wyczuwał go szybciej - niemal od samego początku ich znajomości towarzyszyło mu to charakterystyczne przeświadczenie, że to wszystko skończy się źle.
Nie było z nim jednak zawsze. Wyłącznie w tych chwilach zwątpienia bądź momentach, w których zatrzymywali się w trakcie nieustannego biegu naprzód. Z początku myślał, że to on ją tym zaraził - tym pesymizmem skrywanym pod powierzchnią i oczekiwaniem na uderzenie, z czasem jednak zaakceptował to, że i ona wyczuwała to w powietrzu.
Powinien odetchnąć gdy zasuwa drzwi kontenera wreszcie się odchyliła, wpuszczając do środka odrobinę świeżego powietrza. Zamiast tego wsunął dłonie do kieszeni kurtki nie chcąc, by dostrzegli jego zaciśnięte pięści i zmusił się do rozluźnienia szczęki, zaciśniętej gdy tylko jego wzrok padł na parszywą mordę Collinsa.
Wysunął się z kontenera czując na swoich plecach wzrok zgromadzonych w nim ludzi.
Osoby, z którą Carbone dokonywał targu już tu nie było. Ktoś za nimi zatrzasnął drzwi metalowego więzienia, jakby któreś z przetrzymywanych w nim osób zamierzało rzucić się do wyjścia, choć w praktyce nikt nie poruszył się ani na krok.
- Dostaniesz Morettiego - warknął w odpowiedzi, nie potrafiąc zdusić w sobie tej niechęci, która malowała się w jego oczach. - Gdy oddasz nam broń i wyjdziemy stąd oboje.
Coś niebezpiecznego przemknęło po twarzy mafioza. Dostrzegł swój pistolet przy jego boku, sięgnął po niego jakby odruchowo, bojąc się, że detektyw postanowi odebrać swoją własność bez jego zgody.
- Nie ufam ci, Madden. To wszystko wali na kilometr - prychnął mężczyzna, zastanawiając się nad tym pomysłem przez dłuższą chwilę. Jego twarz zwróciła się w stronę Margo, głowa przekrzywiła lekko, jakby oglądał eksponat wyłożony w zoo a nie żywą osobę. - Ale może ci się przydać z tą wariatką u boku.
Złośliwy uśmiech przemknął po jego twarzy gdy sięgnął po pistolet, wyciągając go w stronę swojego wiernego psa. Nie zwlekając ani chwili, odebrał od niego broń, nie chcąc dawać mu okazji do rozmyślenia się.
Z nią u boku czuł się bezpieczniej - nawet, jeśli było to wyłącznie złudzenie. Otaczali ich uzbrojeni ludzie, pomiędzy którymi musieli przejść by dostać się do wyjścia.
A musieli się dostać do wyjścia by przeżyć. Oraz by sprowadzić posiłki i wydostać tych ludzi z klatek, do których Carbone ich wpędził.
- Załatwcie to szybko - westchnął znużony, zerkając na swój telefon jakby był w trakcie zwykłego, biznesowego spotkania wewnątrz tego przeklętego magazynu. - Mam towar do przekazania za pół godziny i do tego czasu ma tu was nie być.
Towar we wnętrzu kontenera uderzył o metalową ścianę, jakby odnajdując sens w stłumionych słowach, które musiały dotrzeć do niego ze świata na zewnątrz.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Różnica między nimi polegała na tym, że ona mimo wszystko wierzyła w ich szczęśliwy koniec.
Nawet jeśli od wielu dni przeczuwała, że coś może pójść nie tak, nawet jeśli po drodze pojawiło się więcej upadków niż wzlotów, to i tak uparcie w nich w i e r z y ł a.
Jak miałaby robić to wszystko, gdyby jednocześnie nie widziała ich razem na końcu tej drogi? Jak miała pozwolić, by to uczucie pochłonęło ją bez reszty, stało się centrum jej świata, czymś o co pragnęła walczyć za wszelką cenę, gdyby nie wierzyła, że kiedyś zaprowadzi ich do wspólnej przyszłości?
Tym przede wszystkim się różnili, a przynajmniej tak jej się wydawało. Bo może, gdyby role się odwróciły, gdyby to ona próbowała ochronić jego przed konsekwencjami własnych błędów, zachowywałaby się dokładnie tak samo?
Jej złość nie potrafiła jednak tego zrozumieć. Zaślepiała ją, odbierała zdolność chłodnego myślenia i popychała ku decyzjom, których normalnie n i g d y by nie podjęła. Gniew rozlewał się po całym jej ciele, skierowany już nie tylko w stronę Sergio Carbone'a, patrzącego na nią z tym obrzydliwym uśmiechem, ale również Collinsa - człowieka, z którym przez lata pracowała ramię w ramię, a który okazał się zepsuty do szpiku kości. Wreszcie sięgał także Rhysa. Tylko wobec niego walczył z miłością, rozpaczliwie próbując zająć jej miejsce.
Obserwowała wymianę zdań między przywódcą Ventresci a Maddenem, od początku spodziewając się, że jej broń nie wróci do jej dłoni. Że mimo iż traktowali ją jak niegroźną przeszkodę, to szaleństwo buzujące w jej spojrzeniu budziło w nich coś na kształt ostrożności. N i k t, nawet ona sama, nie potrafił przewidzieć, co zrobiłaby w chwili, gdy zimny metal ponownie zetknąłby się z jej dłonią. - Moja broń - zrobiła krok naprzód, doskonale wiedząc, gdzie się znajduje. Tuż za paskiem Collinsa, którego spojrzenie ani na moment jej nie opuszczało. - Masz trzymać ją przy nodze, Madden. Inaczej skończy w grobie - do jej uszu nie docierały słowa mafioza albo po prostu się od niej odbijały, bo całą swoja uwagę skupiała na mężczyźnie przed nią.
- Pamiętasz, Mercer, jak obiecałem, że pożałujesz? - Collins nie przestawał kłapać dziobem. Zbliżył się, stając tuż przy niej i szepcząc prosto do jej ucha. - Chyba lepszy smak miałoby moje zwycięstwo, gdybyś klęczała przede mną, ale do tego też dotrzemy - pilnował, by Rhys go nie usłyszał, jakby doskonale wiedział, co mogłoby się wydarzyć, gdyby jego słowa dotarły dalej niż tylko do niej. - Będziesz mnie błagać o litość, suko. Tak jak wszystkie te dziwki z magazynu - to wystarczyło.
Nie próbowała tłumić t e g o impulsu. W jednej chwili przyspieszyła krok i wykorzystując moment jego nieuwagi, sięgnęła po s w o j ą broń wsuniętą za jego pasek. Ruch był szybki, niemal instynktowny, gdy odwracała się gwałtownie, unosząc pistolet i celując prosto między jego oczy. - Chyba ty będziesz klęczał pierwszy - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
W jej głowie wszystko zwolniło. Miała wrażenie, że czas zatrzymał się na długie sekundy. Widziała rozszerzające się źrenice Collinsa, uśmiech znikający z jego twarzy i błysk paniki, który po raz pierwszy przebił się przez jego bezczelność.
Mężczyzna zareagował odruchowo, jego dłoń powędrowała do własnej broni, a huk wystrzału odbił się echem pomiędzy kontenerami zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Przeszywający ból rozlał się po jej ciele gwałtownie, zmuszając nogi do ugięcia się pod własnym ciężarem. Świat zachwiał się przed oczami lecz nawet wtedy nie bolało jej to tak bardzo, jak serce pękające wcześniej tego samego dnia.
Być może to był właśnie był jej plan. W jednej sekundzie zniszczyła możliwość spokojnego wypuszczenia Morettiego na wolność. Jeśli nie przekreśliła jej całkowicie, to przynajmniej odsunęła ją w czasie, ściągając na Ventrescę kolejne problemy, których nie dało się już zamieść pod dywan.


Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Byli tak blisko.
Chłód broni w jego dłoni dawał złudne poczucie panowania nad sytuacją - jeden, prosty gest zmieniał całkowicie wydźwięk tego spotkania. Chwilę wcześniej szedł na ich wspólną egzekucję, wychodząc z wnętrza zimnego kontenera pełnego ludzi. Teraz miał wrażenie, że do pewnego stopnia, panował nad sytuacją - nawet jeśli to panowanie upoważniało go do pozbawienia życia jednej osoby nim on straci własne.
Liczyło się to jaka osoba mogła to życie stracić.
Spoglądał w oczy Sergio Carbone'a, walcząc z przemożną chęcią zakończenia tego wszystkiego tu i teraz. Jedno naciśnięcie na spust, jeden huk wystrzału. Jedna sekunda, w której ich los odwróciłby się o sto osiemdziesiąt stopni tak, jak los osób schowanych w kontenerach. Czy był ktoś na miejscu, kto dokonałby tego targu bez niego? Czy strzelanina w dokach nie zwróciłaby uwagi wszystkich innych, nie wezwałaby na miejsce policji?
Czy ich dwa życia były warte dziesiątki osób porwanych i przetrzymywanych wbrew ich woli? Czy powinni wyjść stąd o własnych siłach akceptując to, że wszyscy, którzy patrzyli na nich z nadzieją, zostaną zapakowani na statek? Ich obecność zamaskowana sprzętem czy meblami, przemycona w inne miejsce kraju, ich los na zawsze oznaczony brakiem informacji w aktach, które po paru latach bezskutecznego dochodzenia miały zostać zamknięte.
Czy ich dwójka była tego warta?
- To będzie musiało się kiedyś skończyć, Carbone - odezwał się wreszcie, świadom tego, że Margo tkwiła gdzieś za jego plecami, mierząc się na spojrzenia z Collinsem. - Nic nie trwa wiecznie.
Stali naprzeciw siebie w ten obrzydliwy sposób przypominający równość, jakby i oni byli partnerami biznesowymi, jakby broń w jego rękach wyrównywała ich układ sił. Ale nawet broń nie była w stanie pozbawić go jego największej słabości, tkwiącej w tym bagnie wraz z nim - nawet, jeśli on wszedł do niego samotnie.
- Na twoje szczęście, nadal bywasz przydatny - odrzucił beznamiętnie mężczyzna, choć w jego oczach pojawiła się świadomość - ta świadomość, którą detektyw zarażał od samego początku wszystkich w swoim życiu. Świadomość tego, że koniec tkwił gdzieś na horyzoncie, nieuchwytny, lecz dostrzegalny kątem oka. - Potrzebuję Morettiego. Wydostań go, a masz moje słowo, że z mojej ręki nic wam się nie stanie.
Ile znaczyło słowo przestępcy?
Carbone szafował nim niejednokrotnie. Na swój własny, chory sposób uważał się za osobę honorową, choć tego zdania o nim Madden nie podzielał. Mimo tego, skinął głową, rozumiejąc, że w ich obecnym układzie sił, miało swoją wartość. Liczyło się dla niego wyłącznie wyjście na zewnątrz, zabranie Margo z tego pieprzonego miejsca, gdzieś, gdzie mógł p o m y ś l e ć nad tym, co zrobi następne, co stanie się z tymi ludźmi i czy mogli zrobić cokolwiek, by to powstrzymać.
Potok jego myśli przerwał huk.
Do pewnego stopnia wiedział, że nie nastąpił od razu. Z tyłu głowy słyszał jakieś szepty, słyszał wycedzone przez kobietę słowa i szamotaninę, która wynikła. Ale to wszystko było zbyt szybkie, potrwało zaledwie ułamek sekundy, w czasie trwania którego zdążył się tylko odwrócić.
Odwrócić by dostrzec dziwnie napięte ciało Mercer, zastygnięte przed wyciągniętą w jej stronę bronią.
Jedno naciśnięcie na spust, jeden huk wystrzału.
I wszystko mogło się zakończyć.
Nie zarejestrował nawet paniki, która zakradła się do jego umysłu. Jego ciało zareagowało odruchowo, pchnięte wyrzutem adrenaliny buzującej w krwi, prowadzone naprzód latami doświadczenia i zarazem napędzane desperacją, która rozdarła strzępy jego serca na pół. Z jego gardła wydostało się jej imię, na wpół wypowiedziane, na wpół wykrzyczane gdy rzucił się w jej stronę, chwytając jej opadające ciało ramieniem, nie pozwalając jej osunąć się na ziemię.
Drugie zaś wyrwało się w górę.
Drugie chwyciło mocniej za broń, odbezpieczając ją w połowie ruchu, w którym lufa pistoletu zatrzymała się wycelowana prosto w czoło stojącego obok mafioza. Nie dostrzegł zdziwienia na jego twarzy, złości, z którą odwracał wzrok w stronę Collinsa - człowieka, który nie dbał o dane przez niego słowo, ponieważ on żadnej obietnicy nie składał.
- Zginiesz za to. - osąd wyrwał się z jego gardła warkotem, choć kątem oka widział rozszerzającą się czerwień, wędrującą po jej koszulce. - Trzymaj się - kolejne słowo, w kontraście, wybrzmiało prośbą skierowaną do niej.
Tkwił gdzieś po środku.
Pomiędzy desperacją i żalem, trzymając ją w pionie, pozwalając jej oprzeć się o własne ciało, a wściekłością i żądzą zemsty, dzierżącą za niego jego pistolet. Instynkt nakazywał mu nacisnąć na spust. Wymusić na nim zapłatę za to, czego dokonał jego podwładny.
Nie dostrzegał wycelowanych w nich broni ani nawet Collinsa, którego lufa obniżała się nieco - zamiast celować w głowę detektywa, celowała w tkwiącą w jego ramionach kobietę, jakby nawet w tej chwili najbardziej na świecie pragnął dokończyć to, co zaczął i było to dla niego ważniejsze niż obrona własnego herszta.
- Naciśniesz na spust i zginiecie oboje - wycedził mężczyzna zimno, niezrażony wycelowaną w niego lufą, perspektywą śmierci zadanej przez rozszalałego detektywa. - Traci dużo krwi. Na twoim miejscu bym się pośpieszył.
Jego serce miotało się w klatce piersiowej jak rozjuszone zwierzę. Na jedną chwilę zawahał się, w tej egoistycznej potrzebie zakończenia tego raz na zawsze. W następnej zaś dostrzegł to, co tkwiło wokół nich.
Collins wystrzelił z własnej woli, wbrew temu, co polecił im zrobić Carbone. Wciąż potrzebował Morettiego. Wciąż był skłonny puścić ich wolno.
Ale Madden musiał schować swoją broń.
Odwrócił głowę od drugiego mężczyzny, przenosząc ją na bladą twarz przy sobie. Jedno uderzenie serca wystarczyło mu by zabezpieczył pistolet, w drugim wetknął go niedbale w pasek spodni. W trzecim chwycił kobietę, unosząc ją na swoich rękach.
W czwartym odwrócił się, ruszając do wyjścia z tego labiryntu, zostawiając za sobą Carbone'a, Collinsa i każdą osobę, która tego wieczora miała zniknąć z Toronto i nigdy więcej nie zobaczyć wolności na własne oczy.
Bo j e j życie było warte tysiąc innych.
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To był właśnie ten moment, którego bała się od chwili, gdy wyjechała z parkingu pod swoim domem, nie spoglądając we wsteczne lusterko.
T e n sam, który od wielu godzin podsuwała jej wyobraźnia, nie pozwalając uwierzyć ani w Meksyk, ani we wszystkie wspólne wschody słońca, ani w obietnice składane z taką pewnością, jakby naprawdę wierzył, że będzie mu dane ich dotrzymać. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie gorsza od każdej wizji, którą wcześniej zdążyła stworzyć.
Najgorszy zaś był widok j e g o twarzy.
Spojrzała prosto na Rhysa i pierwszy raz od dnia, w którym pojawił się w jej życiu, zobaczyła na jego twarzy coś, czego nigdy wcześniej nie potrafił przed nią odsłonić. Nie złość, nie chłodną kalkulację, nie tę irytującą pewność siebie, za którą najpierw go znienawidziła, a później pokochała. To był s t r a c h. Prawdziwy, niczym nieosłonięty, pozbawiony wszystkich masek, za którymi chował się przez tyle miesięcy. Tak ogromny, że odebrał jej więcej sił niż kula, która przed chwilą przeszyła jej ciało.
Znowu zrobił dokładnie to samo. Po raz kolejny wybierał , mając na wyciągnięcie ręki tych skurwieli. Mogąc zabić Collinsa bez mrugnięcia okiem, prawdopodobnie bez żadnych konsekwencji.
Wybierał j ą. Nie Morettiego, nie tych ludzi zamkniętych w kontenerze, nie plan, który budował od miesięcy. Nie własną wolność i nawet nie swoje życie. Wybrał ją, jakby naprawdę nic poza nią nie miało znaczenia.
Serce ścisnęło się boleśnie, tak mocno, że rana postrzałowa wydawała się jedynie niewiele znaczącym dodatkiem do wszystkiego, co rozgrywało się w jej wnętrzu. Przecież właśnie o to walczyła z nim od samego rana. Błagała go, żeby przestał decydować za nich oboje. Żeby przestał budować przyszłość, w której jego mogło zabraknąć, żeby choć raz pozwolił jej ponieść dokładnie taki sam ciężar jak on. Tymczasem wystarczyła j e d n a sekunda, by po raz kolejny udowodnił jej, że kiedy przychodziło do wyboru między całym światem a nią, nigdy się nie wahał.
Poczuła jego ramię wsuwające się pod jej ciało zanim nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Była świadoma jak mocno ją obejmował, jakby bał się, że jeśli choć odrobinę poluzuje uścisk, rozsypie się pomiędzy jego palcami. Mimowolnie zacisnęła dłoń na materiale jego kurtki, próbując zatrzymać go przy sobie, choć jednocześnie wiedziała, że nie powinna tego robić. - Nie, nie, nie - wyszeptała z trudem, czując jak każdy oddech rozdziera ją od środka. - Nie możesz. Nie zostawiaj tych ludzi - przed oczami stanęła jej kobieta tuląca dziecko, chłopiec skulony pod ścianą kontenera i wszystkie spojrzenia, które jeszcze chwilę wcześniej wbijały się w nich z nadzieją.
To o n i powinni teraz wyjść.
Ta myśl wracała do niej uparcie, zagłuszając nawet ból rozlewający się po całym ciele. Dopiero teraz zaczynała go odczuwać naprawdę. Każdy oddech stawał się płytszy od poprzedniego, pod powiekami wirował obraz magazynu, kontenerów i ludzi, których zostawiali za sobą. Czuła ciepło własnej krwi przesiąkającej ubranie, ciężar powiek i zawroty głowy, które odbierały jej ostrość widzenia, ale mimo wszystko jedynym o czym potrafiła myśleć byli o n i.
Gdzieś równocześnie zaczął rozgaszczać się w niej strach. Ten przed k o ń c e m. Nie bólem, który wciąż skutecznie zagłuszała adrenalina, ale świadomością, że to wszystko naprawdę mogło się właśnie skończyć. Drżała jej broda, oddech rwał się niespokojnie, a pod powiekami zbierały się łzy, niemające nic wspólnego z raną.
Bała się tylko jednego. Że jeśli zamknie teraz oczy, właśnie tak skończy się również ten rozdział. Że ostatnim, co po sobie zostawi będą słowa pełne nienawiści. Te, w których życzyła mu cierpienia do końca życia. Te, w których powiedziała, że wolałaby umrzeć niż go kochać.
Kłamała każdym pojedynczym słowem. Tak samo, jak on przez długie miesiące kłamał jej. Gładko, bez zawahania, pozwalając emocjom mówić za siebie. Miała tylko nadzieję, że znał ją już na tyle dobrze, by nie uwierzyć ani w jedno z nich. - Nie pozwól im na to. Błagam, zrób to dla mnie - wyszeptała cicho, pozwalając leniwie opadać powiekom.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W tej jednej, jedynej chwili między nimi kłamstwo byłoby lekarstwem na każdą udrękę.
Powinien przytaknąć, słysząc desperackie błagania wydobywające się z jej rannego serca. Powiedzieć coś, co mogłoby uspokoić jej zmysły, pozwolić jej skupić się na tym, co było naprawdę istotne - każdym następnym oddechu, przytomności, która nagle stała się czymś, o co trzeba było walczyć.
Powinien powiedzieć, że po nich wróci.
Że gdy tylko ona znajdzie się w bezpieczeństwie szpitala, własnoręcznie poprowadzi operację uwalniania wszystkich więzionych przez Ventrescę nieszczęśników. Że wcale nie było zbyt późno dla nich, wciąż mieli czas do dobicia targu przez Carbone'a, wciąż mogli wszystkich uwolnić - musiał tylko zadbać o jej bezpieczeństwo. Wszystko mogło być osiągalne w tym świecie pełnym iluzji, który tworzył wokół nich od samego, pieprzonego początku.
Ale nagle stracił do niego przekonanie.
Nagle kłamstwa, które zwykle przychodziły mu z łatwością teraz nie wydostawały się na zewnątrz, pozostając jedynie pomysłami w jego chaotycznych myślach. Nie potrafił jej nimi karmić gdy czuł dłoń zaciskającą się na jego kurtce. Nie wtedy, gdy plama czerwieni na jej koszulce rozrastała się, materiał nasączony szkarłatem stawał coraz ciemniejszy. Nie gdy słyszał jak każde, wypowiadane przez nią słowo staje się coraz słabsze, z coraz większym trudem opuszcza jej usta.
- Nie zrobię tego. - ciche, pełne skupienia słowa padły gdzieś w połowie drogi, gdzieś po którymś jej zaprzeczeniu, gdy te zaczęły przekształcać się w trudną do zrozumienia kakofonię dźwięków. - Nigdy tego nie zrobię.
Widział już koniec - ścianę magazynu, w której schowano wyjście na zewnątrz. Zignorował mężczyzn tkwiących w okolicy, którym powiedziano o wychodzącym, tak samo jak zignorował błysk karabinów w ich dłoniach.
Jak mógł myśleć, że opuści to miejsce żywy?
- Nie zasypiaj - warknął, nie wiedząc, czy faktycznie jej ciało robiło się bardziej bezwładne w jego dłoniach, czy tylko to ta czerwień, ten szkarłat wypełniający coraz większe pole jego widzenia podsuwał mu inne wrażenia. Czuł, że słabła, ale nie mogła słabnąć, nie mogła tutaj umrzeć, musiała ż y ć. - Zostań ze mną, do cholery.
Miał ochotę nią potrząsnąć, w ten absurdalny, egoistyczny sposób, jakby to jej decyzją było powolne poddawanie się nadciągającej ciemności. Jego ramiona jedynie mocniej przycisnęły ją do siebie, żałując, że nie miał trzeciej ręki, którą mógłby uciskać jej ranę, żałując, że nie było tu kogokolwiek innego, kto mógłby to zrobić za niego.
Była tylko ona, z wolna znikająca na jego oczach - i to brak błysku, który zawsze był obecny w jej własnych, przerażał go najbardziej.
- Mówiłem ci - szepnął, dostrzegając smukły kształt zaparkowanego w oddali samochodu i przeklinając się w duchu za to, że zaparkował tak daleko. Jak niby miałby do niego uciec, gdyby coś poszło nie tak? Czy miała rację, posądzając go o to, że świadomie poszedł na śmierć? - Mówiłem ci, kim jestem.
Pragnął tych wszystkich emocji, które kazał jej wyciszyć wewnątrz zimnego kontenera. Pragnął poczuć na sobie ciepło jej złości teraz, gdy ciało w jego ramionach zdawało się stygnąć. Chciał usłyszeć jej krzyk, mniejszy lub większy przytyk, chciał, by miała siłę unieść rękę i uderzyć go w policzek, a nie tylko kurczowo zaciskać ją na materiale jego kurtki.
- Oni wszyscy mogą spłonąć. - wyrwane z jego ust słowa rozbrzmiały na pustym parkingu gdy dopadał do drzwi pasażerskich - tych, których trzasku łaknął tego jak niczego innego na świecie. - Liczysz się tylko ty.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z każdym kolejnym krokiem było gorzej.
Ból przestawał być ostry. Zamiast niego pojawiło się dziwne odrętwienie rozlewające się po całym ciele, odbierające jej siły kawałek po kawałku. Dopiero wtedy, jakby ocknięta resztką rozsądku, opuściła wzrok. Powoli przyłożyła dłoń do własnego brzucha, instynktownie próbując zatrzymać krwawienie. Zacisnęła palce na materiale przesiąkniętej koszulki najmocniej, jak tylko potrafiła, wierząc przez krótką chwilę, że to wystarczy.
Krew bez najmniejszego problemu przeciskała się pomiędzy jej palcami, lepka, gęsta i ciemna, spływając po wnętrzu dłoni, nadgarstku i dalej, barwiąc jej dżinsy, jego kurtkę i wszystko, czego zdołała dotknąć.
Dopiero teraz naprawdę do niej dotarło. Collins n a c i s n ą ł na spust. Naprawdę próbował odebrać jej życie. To ona miała być tą, która odbierze jego ostatni oddech. Tymczasem jednym nieprzemyślanym gestem odebrał jej w s z y s t k o. Nie tylko życie, które powoli uchodziło z jej ciała. Odebrał jej wszystkie obiecane przez Rhysa wschody słońca. Dom, który mieli kiedyś znaleźć gdzieś na obrzeżach miasta. Psa śpiącego u ich stóp. Leniwe niedziele na kanapie, kawę wypijaną o świcie na tarasie. Pocałunki kradzione pomiędzy kolejnymi sprawami. Seks w kuchni, gdy wracaliby późno z pracy. Wieczory kończące się dobrą albo złą whisky. W s z y s t k o.
Przymknęła powieki tylko na sekundę lecz przez szum rozlewający się w głowie przebił się jego głos. Otworzyła oczy z wysiłkiem, odnajdując jego twarz. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie - przerażenie odznaczało się w jego rysach, w sposobie w jaki zaciskał szczękę i przyspieszał kroku, jakby samą siłą woli mógł dotrzeć do samochodu szybciej. Nie pamiętała chwili, w której ostrożnie ułożył ją na siedzeniu. Dopiero kiedy próbowała poprawić swoją pozycję, przeszył ją ból tak silny, że mimowolnie syknęła.
- Mówiłeś - wyszeptała cicho, z trudem odnajdując własny głos. Kąciki jej ust drgnęły, próbując ułożyć się w uśmiech, ale i to było zbyt cięzkie. - Jesteś nieznośny - nie miała siły na zamartwianie się tym, co zostawili za sobą w brudnym magazynie, wszystkie myśli rozpadały się zanim zdążyły przybrać konkretny kształt. Dopiero teraz rozumiała ludzi, których sama tyle razy błagała, by nie zamykali oczu. To zmęczenie było tak ogromne, że jedynym czego naprawdę pragnęła było po prostu zasnąć.
Samochód ruszył gwałtownie, a ona nie zwracała uwagi na prędkość. Nie słyszała klaksonów, nie czuła ostrych zakrętów - wydawało jej się, że stoją w miejscu. Powoli odsunęła dłoń od własnego brzucha. Nieświadomie wyciągnęła ją w jego stronę, dokładnie tak jak robiła to setki razy wcześniej. Jej zakrwawione palce odnalazły jego dłoń, brudząc ją niemal natychmiast. - Jutro będziemy w Meksyku.
Kolejne obrazy mieszały się ze sobą - migające światła, czyjeś krzyki, metalowe drzwi rozsuwające się z hukiem i ludzie wybiegający im naprzeciw. Ktoś odciągał Rhysa, ktoś inny przejmował ją z jego ramion, a ona dopiero wtedy spanikowała. Gwałtownie pokręciła głową, choć nawet ten ruch wywołał przeszywający ból. - Nie - wyciągnęła rękę przed siebie, rozpaczliwie próbując jeszcze raz dosięgnąć jego dłoni. - Musimy być razem. Musisz iść ze mną - jej broda zadrżała, oczy wypełniły się łzami, a palce zacisnęły się tylko na pustym powietrzu.
Łóżko ruszyło, a ona nie odrywała od niego spojrzenia aż do chwili, w której ciężkie drzwi sali operacyjnej zamknęły się pomiędzy nimi. Jeszcze przez ułamek sekundy widziała jego sylwetkę po drugiej stronie, a potem wszystko zniknęło.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pamiętał pierwszy raz gdy weszła do jego samochodu, a on przestrzegł ją, by uważała z tą kawą - na wypadek, gdyby miała ją rozlać na tapicerkę, co pewnie nawet chciała zrobić z czystej złośliwości. Jego czarny dodge urósł do rozmiarów jakiejś świętości gdy Margo zaczęła go wykorzystywać jak narzędzie do podnoszenia mu ciśnienia, teraz jednak stracił na wszelkim znaczeniu.
Liczyło się tylko to, czy był w stanie dowieźć go do szpitala na czas.
Na czerni tapicerki niemal nie było widać krwi.
Dostrzegł ją na swojej dłoni, gdy kobieca ręka sięgnęła do jego nadgarstka. Chyba to przerażało go w tym najbardziej - to, jak nienawiść i złość ulatywały z jej ciała, zabierając za sobą całą esencję jej osoby. Jeszcze chwilę temu wydzierała się na niego wewnątrz kontenera, uderzała rękami w jego pierś i cedziła nienawistne słowa, wieszcząc, że nigdy nie wybaczy mu tego co zrobił.
A teraz sięgała do niego zakrwawioną dłonią gdy samochód mknął naprzód, a on obracał w głowie trasę przez miasto do najbliższego szpitala.
- Nie będziemy w żadnym Meksyku - warknął, może zbyt ostro, niż powinien. Miał wrażenie, że zaczynała się poddawać, teraz, w jego samochodzie, zapadając się w siedzeniu i zapominając o ranie w swoim brzuchu.
Chwycił jej dłoń, unosząc ją do swoich ust by musnąć nimi jej palce nim odstawił ją w bok. Splótł ich palce ze sobą, prowadząc jedną dłonią, drugą trzymając na gorącym, śliskim od krwi materiale jej koszulki.
- Nie śpij, Margo. - krótkie polecenie przecięło warkot silnika, choć to nie umieraj przechodziło mu przez myśl jako pierwsze. Nie zamierzał tego werbalizować, nie zamierzał w ogóle dopuszczać do siebie możliwości, że to była realna opcja. - Jeśli coś ci się stanie, twój ojciec mnie zamorduje - dodał, uśmiechając się bez wesołości na jedno uderzenie serca.
Jakby teraz się nie stało.
Jakby nie zajechał właśnie pod wejście do szpitala, zatrzymując samochód z piskiem opon. Jakby nie trzasnął drzwiami z całej siły, tak, jak robiła to ona, wyciągając ją ze środka. Jakby wkraczając do szpitala nie przywołał personelu roszczeniowym, egoistycznym krzykiem, nakazującym im oderwanie się od swoich innych obowiązków i pacjentów, którzy być może również wymagali w tej chwili pomocy.
Jakby nie błysnął odznaką, informując ich wszystkich, że była policjantką - więc powinni zająć się nią w pierwszej kolejności.
- Jestem tuż za tobą - skłamał, głosem łamiącym się od emocji na widok jej nieprzytomnego spojrzenia i dłoni wciąż, niestrudzenie sięgającej w jego kierunku, nawet gdy ciało nie miało już siły na nic innego. - Zaraz się zobaczymy.
Kolejne kłamstwo, którego być może nawet nie usłyszała.
Wisiało wokół niego gdy tkwił na środku korytarza, z dłońmi i ubraniem brudnymi od krwi. Drżało w powietrzu gdy uwalonymi szkarłatem palcami wyciągnął wibrujący telefon, odczytując przypominającą wiadomość od mafioza.
I nawet pomimo niej, nie potrafił ruszyć się z miejsca. Jego stopy wrosły w podłogę gdy patrzył na zamknięte drzwi, za którymi zniknęła - nie poruszyły się gdy ktoś z personelu zaoferował mu szklankę wody i nie drgnęły gdy ktoś głośno zapytał go, czy nie chciałby usiąść.
Nie drgnęły, póki zza drzwi nie wyszedł odziany w kitel mężczyzna by skinieniem głowy przekazać mu, że było okej.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedziała ile czasu minęło. Może kilka minut, a może kilka godzin.
Może czas zwyczajnie przestał istnieć.
Pomiędzy pierwszym cięciem skalpela a ostatnim szwem nie było szpitala. Nie było zimnej sali operacyjnej, ostrego światła ani pochylających się nad nią ludzi. Miała wrażenie, że wcale nie zasnęła, jakby wszystko nadal trwało, tylko rzeczywistość niepostrzeżenie zmieniła kształt. Mokry beton portu ustąpił miejsca ciepłemu piaskowi. Ciężkie, duszne powietrze zastąpiła morska bryza, a zapach krwi rozpłynął się w słonym wietrze. Szła powoli brzegiem oceanu, zostawiając za sobą ślady stóp natychmiast zabierane przez kolejne fale. Gdzieś niedaleko stał niewielki dom z tarasem wychodzącym na wodę.
I c h dom. Ten, który budowali od miesięcy w rozmowach, żartach i obietnicach. Tam nie było Ventresci, nie było Carbone'a, ani nawet Collinsa. Nie było krwi, wystrzałów i ludzi zamkniętych w kontenerach. Byli tylko oni, ich przyszłość i wszystkie kolejne wschody słońca. Szukała go wzrokiem, czując, że jest bardzo blisko. Za każdym razem, gdy wydawało jej się, że dostrzega jego sylwetkę - obraz rozpływał się jak odbicie na wodzie, a ona nie potrafiła zrobić tych kilku ostatnich kroków.
Potem wszystko zaczęło się rozpadać. Najpierw zniknął szum fal, później ciepło słońca. Zapach morza zastąpił zapach środków dezynfekcyjnych, drażniący nozdrza. Piasek pod stopami zniknął, ustępując miejsca chłodowi, aż wreszcie pojawił się ból. Tępy, ciężki i rozlewający się po całym brzuchu przy każdej najmniejszej próbie oddechu. Dopiero wtedy otworzyła oczy.
Ostre światło zmusiło ją do ich natychmiastowego zmrużenia. Wszystko było białe nawet cisza miała ten sam kolor. Pamiętała wszystko, o nic nie musiała pytać. Pamiętała magazyn, Collinsa łapiącego za broń, huk wystrzału i ciepłe ramiona Rhysa. Pamiętała każdy szczegół z brutalną dokładnością. Dlatego pierwszym czego zaczęła szukać był o n.
- Gdzie jest Rhys? - odezwała się ochryple zanim ktokolwiek zdążył się do niej odezwać. Lekarz stojący przy łóżku sprawdzał parametry i świeżo zszytą ranę. - Proszę się nie ruszać. Operacja przebiegła pomyślnie. Wszystko wskazuje na to, że... - mówił, ale ona na to nie pozwalała. - Gdzie jest Rhys? - przerwała, jakby żadne inne słowo nie miało już znaczenia.
Czuła działanie leków, powieki ciążyły jej niemiłosiernie, język był ciężki, a myśli rozpływały się równie łatwo jak ten sen o plaży. Mimo to spróbowała się podnieść, jednak ból przeszył jej brzuch natychmiast, zmuszając ją do krótkiego syknięcia. - Proszę się położyć - lekarz nie należał do najbardziej cierpliwych ludzi. - Potrzebuję telefonu - wyszeptała uparcie. - Muszę zadzwonić - pielęgniarka delikatnie przytrzymała jej ramię, nie pozwalając wykonać kolejnej próby. - Pani detektyw - tym razem spróbowała ona, ale to także nie podziałało.
- Gdzie on, kurwa, jest? - warknęła słabo, ale z wyraźnie narastającą paniką. Bała się, że o s z a l a ł. Że jego umysł zalała żądza zemsty, która pchała go przed siebie na oślep, nie bacząc w ogóle na konsekwencje. Że posunął się za daleko.
Że z n o w u zostawił ją samą.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedział ile czasu minęło. Może kilka godzin, a może kilka pieprzonych dni.
Może czas zwyczajnie przestał istnieć.
Nienawidził rzeczy, którymi musiał się zająć i jednocześnie był im wdzięczny za odwrócenie uwagi, jakie oferowały. Z jednej strony pragnął tkwić teraz pod drzwiami sali operacyjnej, dalej z dłońmi zbroczonymi j e j krwią. Z drugiej, wiedział, że to wszystko musiało mieć jakieś wytłumaczenie - że nie mogła zostać postrzelona przypadkiem, a jednocześnie Ventresca nie mogła trafić do ich akt.
Ani jego, ani Margo nie mogło być w tamtym magazynie, dlatego tym zajął się w pierwszej kolejności - robiąc to, w czym był najlepszy. Kłamiąc, wypełniając dokumentację, która nie powinna istnieć, prosząc o drobne przysługi. Wszystko, byle tylko nie została obciążona winą, której nie powinna ponosić.
Bo w ogóle nie powinno jej tam być.
Z jednej strony pragnął wrócić do tamtego magazynu - wtedy, gdy z wściekłością wymieniał papiery Morettiego na broń, która wypadła jej z dłoni w chwili bycia postrzelonym przez Collinsa. Z drugiej, pragnął tkwić w środku swojego samochodu i spoglądać na ciemne plamy, których nierówne krawędzie odznaczały się od gładkiej, czarnej tapicerki.
Zastanawiał się, kiedy powinien się ich pozbyć. Czy powinien od razu je wyprać? Czy powinien samemu wrócić do mieszkania, przemyć ręce, przemyć twarz, którą musnęły jej zakrwawione dłonie?
Jakaś absurdalna, niemająca nic wspólnego z logiką myśl powstrzymywała go przed tym. Ta sama, która nie chciała tracić jej małego kawałka na wypadek, gdyby jego telefon miał zadzwonić ze złą wiadomością. Chciał jej krwi w swoim samochodzie, chciał ją na swoim ciele, chciał każdy, najdrobniejszy ślad jej egzystencji zachować i nie przechodziło mu przez myśl, by miał zniknąć w odpływie umywalki.
Spoglądał na brązowe plamy na jego skórze, ożywające czerwienią pod wodą z kranu. Jego samochód nadal pozostał nietknięty, jego mieszkanie puste - łazienka w szpitalu była kompromisem. Na wszelki wypadek, nie, kiedy się obudzi, nie mógł przecież tak wyglądać, nie mógł stanowić przypomnienia tego wszystkiego, co się stało.
Ale stanowił.
Swoimi rozrzuconymi włosami, zmęczoną twarzą, zgaszonym spojrzeniem. Drobinkami krwi, które wystawały spod jego zapiętej kurtki - pod którą z kolei chowało się ubranie od niej przesiąknięte. Dłońmi, które drżały lekko gdy tkwił w poczekalni, zajmując swoje myśli przyszłością.
W jego przyszłości nie było piasku, po którym poruszały się jej bose stopy.
Nie potrafił jej stworzyć w swojej wyobraźni póki nie miał pewności, że mogła istnieć. Skupił się na tym wszystkim, czego m ó g ł dokonać. Na twarzy Collinsa wykrzywionej w strachu gdy to przed nią pojawia się lufa broni. Na pustym spojrzeniu pewnego siebie gangstera, zamordowanego na zapleczu Mimmo's.
Tkwił w Mimmo's, byle nie tkwić na szpitalnym korytarzu.
Gdy jego telefon zadzwonił po raz dziesiąty, przygotował się na odrzucenie połączenia - od szefa, do którego zgłosił jej urlop, od kolegów pytających kiedy będą mogli ją odwiedzić, od tego jednego, niefortunnego agenta ubezpieczeniowego, który wybrał zły moment i spotkał się z jego wściekłością.
Ale dostrzegł na ekranie znajome nazwisko.
Znów drżącymi dłońmi odebrał od jej ojca, wychodząc do korytarza obok wiedząc, że nie czekała go łatwa rozmowa. Historyczny lament jej matki przecinał się z rzeczowymi, konkretnymi pytaniami jej męża w kakofonii dźwięków, która odbijała się od jego skostniałego serca, zmuszając go do wypowiadania lakonicznych odpowiedzi.
Nie wiedział, ile czasu minęło - znów, teraz, gdy wrócił do korytarza.
Ale w y c z u ł jej obecność.
Tak, jakby wcześniej jej nie było - jakby jej nieprzytomne ciało nie było w stanie poruszyć tej linii pomiędzy nimi, lecz teraz, gdy się obudziła, wyczuł zmianę w powietrzu. Instynkt nakazał mu przyśpieszyć, jeszcze nim usłyszał zamieszanie panujące w pomieszczeniu, nim usłyszał jej w ś c i e k ł e słowa.
- Jestem - wyrzucił pośpiesznie, wkraczając do wnętrza pomieszczenia, do którego prawdopodobnie nie wolno mu było wyjść. - Jestem tu.
- Detektywie Madden, to nie jest przestrzeń na... - lekarz wysunął się naprzeciw, pragnąc zapewnić pacjentce spokój, bądź dokończyć to, do czego przekazania jej był zobligowany.
Nie mógł dbać o to mniej.
Bo gdy tylko dostrzegł jej szarą, zmęczoną twarz, jej zburzone włosy i przestraszone spojrzenie, ruszył w jej stronę nie zważając na zagradzającego mu drogę mężczyznę. Nie zważając na jego osiągnięcia, na to, że powinien być mu wdzięczny, a zamiast tego odepchnął go lekko w bok, nie pozwalając się zatrzymać.
- Jestem - szepnął, docierając do jej łóżka, pochylając się nad nim po to, by kucnąć, by zaraz uklęknąć obok, byle tylko móc sięgnąć po jej dłoń i ucałować jej wierzch nie unosząc jej w górę, jakby ten prosty gest mógł jej teraz zaszkodzić.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Żaden ból nie był w stanie równać się z tym, który ogarniał ją na samą myśl, że mogło go nie być.
Nawet otumaniony silnymi lekami umysł podsuwał jej obrazy, których nie potrafiła powstrzymać. Jeden za drugim. W każdym z nich Rhys zostawał tam, w dokach. W każdym z nich odwracał się jeszcze raz w stronę Carbone'a, naciskał na spust albo ktoś inny naciskał go pierwszy. W każdym z nich upadał na mokry beton dokładnie tak, jak chwilę wcześniej upadła ona. W każdym z nich odbierał innym to, co próbowali odebrać jej, płacąc za to własnym życiem. Im mocniej próbowała wyrzucić te obrazy z głowy, tym natarczywiej wracały, zmuszając jej serce do coraz szybszej, nierównej pracy.
Każdy ruch wywoływał ból. Każdy głębszy oddech kończył się cichym syknięciem, a najmniejsza próba uniesienia się sprawiała, że rana pulsowała nieprzyjemnie pod opatrunkami. Nie potrafiła jednak skupić się na własnym ciele. To wszystko było niczym w porównaniu z bólem rozrywającym jej serce.
Nie było go obok. Nie w i d z i a ł a go.
Nie czuła tej obecności, która przez ostatnie miesiące stała się dla niej czymś tak naturalnym, że nigdy nawet się nad tym nie zastanawiała. Zawsze wiedziała, gdzie był. Nie musiała go szukać. Instynkt podpowiadał jej, w którą stronę spojrzeć, wyłapywała go spośród tłumu ludzi zanim jeszcze zdążył się odezwać. Czuła go, nawet kiedy stali po przeciwnych stronach pokoju. Teraz rozglądała się gorączkowo we wszystkich kierunkach i po raz pierwszy od bardzo dawna nie potrafiła go odnaleźć.
Nie docierały do niej słowa lekarza. Nie reagowała na uspokajające gesty pielęgniarki. Równie dobrze mogli powiedzieć jej, że operacja się nie udała, że straciła zbyt dużo krwi albo że wszystko, co wydarzyło się wcześniej było jedynie snem. N i c z tego nie miałoby znaczenia. Obchodził ją tylko on.
Zapominała o magazynie, Carbonie, Collinsie. O wszystkich nienawistnych słowach, które wypowiedziała do niego w gniewie. Zapominała o każdej kłótni i każdym wyrzucie sumienia. Pragnęła tylko, żeby w r ó c i ł. Chciała jeszcze raz zobaczyć jego twarz, usta wykrzywiające się w tym irytującym, pełnym ironii uśmiechu. Jego spojrzenie, którym karcił ją za każdą głupotę jaką zrobiła. Jeszcze raz poczuć jego dłoń na swojej, pocałować go tak, jakby nic poza nimi nie istniało. Jeszcze raz wrócić do wszystkich chwil, które wspólnie przeżyli, nawet do tej ostatniej, tej najgorszej, w której nie zdążyła powiedzieć mu, że go kocha.
Dopiero wtedy jego głos przebił się ponad wszystko - polecenia lekarza, uspokajający ton pielęgniarki, piknięcia aparatury, która nagle wyraźnie przyspieszyła rytm jej serca. Ignorując przeszywający ból, uniosła głowę, napinając osłabione mięśnie tylko po to, żeby go zobaczyć. W jednej chwili z jej myśli zniknęło wszystko to, co jeszcze kilka godzin wcześniej wydawało się końcem ich świata.
Łzy napłynęły jej do oczu tak szybko, że nie zdążyła ich powstrzymać. Jedna po drugiej spływały po bladych policzkach, kiedy obserwowała jak klęka przy jej łóżku. Dopiero gdy poczuła ciepło jego dłoni i delikatny pocałunek złożony na jej skórze, napięcie, które ściskało ją od chwili przebudzenia, zaczęło powoli ustępować. - Jesteś - powtórzyła cicho, z trudem łapiąc oddech pomiędzy kolejnymi łzami. Nie potrafiła przestać płakać. - Śniła mi się ciepła plaża i nasz dom - nie zwracała uwagi na lekarza, który nadal próbował przekazać informacje dotyczące operacji. Nawet kiedy zniecierpliwiony zaczął mówić już wyłącznie do Rhysa, ona nie przestawała.
- Byliśmy tam razem - wyszeptała, mocniej zaciskając palce na jego dłoni. Przez chwilę tylko mu się przyglądała, dopiero dostrzegając zmęczenie malujące się na jego twarzy. - Wyglądasz okropnie - powiedziała z cieniem uśmiechu. Powoli wysunęła dłoń z jego uścisku i uniosła ją ku jego twarzy. Palce z czułością wsunęły się pomiędzy splątane kosmyki włosów, próbując ułożyć je tak, jak robiła to już tyle razy wcześniej.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”