26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   – Może jedno i drugie? – mruknął, odkładając oblizany nóż na ubrudzony talerz. Nie był osobą, która była zdolna do postawienia jakichkolwiek diagnoz. Potrafił jednak dobrze obserwować i przewidywać, co zrobią ludzie, z którymi wchodził w relacje. Wykorzystywał to jednak po to, y łatwiej się do nich zbliżyć i grać na nich. Nie było to łatwe zadanie i umiejętności tej trzeba się było uczyć długo, jednak Alfie miał już prawie ośmioletnie doświadczenie w tym. I trzeba było przyznać, że chociaż brakowało mu inteligencji i sprytu, to na pewno znał się na ludziach.
   – Dobrze panie stanowczy – zaśmiał się, słysząc jego polecenie. No, wiedział, że nie miało ono większego efektu, bo bez względu na to, jak bardzo spieszyłoby się Edwardowi to i tak czekałby na niego. Nie wiedział, dlaczego mężczyzna był taki potulny, być może było to wynikiem jego angielskiego wychowania i ogłady. Edward czekał jednak na niego, podczas gdy on odłożył na bok resztki jajek i dopił swoja herbatę, którą to – w przeciwieństwie do mężczyzny, wolał pić na zimno. Nie był Brytyjczykiem, więc nie czuł się z tym źle.
   – Chodźmy, chodźmy – powiedział wstając od stołu. Zgarnął ze sobą jeszcze jednego rogalika, którego bez łamania czy krojenia na pół, zamoczył lekko w konfiturach. – Dziękuję bardzo, jedzenie pyszne – powiedział do Marty, na którą spojrzał przelotnie, po czym pobiegł w kierunku sypialni Edwarda, z której wziął swoje rzeczy i przebrał buty z klapek na jakieś trampki, które znalazł.
   – Jakoś sobie z tym poradzę – rzucił w jego stronę, przeglądając się jeszcze w lustrze, które było przy wyjściu. Nie prezentował się najlepiej, a przynajmniej nie tak, jak chciałby wyglądać wychodząc do ludzi, no ale był z Edwardem, więc w sumie nie musiał się już dla nikogo stroić. Uśmiechnął się szeroko, zanim wyszli z posiadłości.
   Niemal od razu uderzył go gorąc rozgrzanego muru i podjazdu. W takich chwilach żałował, że nie mieszkał w jakiejś wsi, żeby jedyne co widział, po wyjściu z domu była zieleń trawy i jakaś wyjeżdżona dróżka, która robiła za podjazd. Taka, niemalże idylliczna sceneria bardzo mu odpowiadała.
   Przywitał się z Richardem lekkim skinięciem głowy. Nie odezwał się jednak, bo wydawało mu się, że takie small talki nikomu nie był potrzebne i że chyba lepiej będzie, jeśli to Edward zacznie jakąś rozmowę. Czuł się tutaj pewnie, ale nie chciał by ktokolwiek poza Edwardem, uznał go za aroganckiego.

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward odpowiedział Richardowi tym samym krótkim skinieniem głowy, jakim witał go od lat. Nie pamiętał nawet chwili, w której kierowca pojawił się w domu po raz pierwszy. W jego wspomnieniach był od zawsze. Zupełnie jak stare dęby przy podjeździe albo zegar w holu wybijający kolejne kwadranse. Czas odcisnął na nim ślady wyłącznie tam, gdzie wypadało. W krótkich, starannie zaczesanych włosach dominowała już szarość, przy skroniach przechodząca niemal w srebro. Twarz przecinały płytkie zmarszczki, które nie odbierały mu elegancji, a jedynie dodawały spokoju. Był wysoki, szczupły, o prostych plecach człowieka, który przez całe życie uważał, że dobra postawa jest wyrazem szacunku wobec innych. Szary garnitur leżał na nim bez zarzutu, biały kołnierzyk pozostawał nieskazitelny mimo ciepłego poranka, a bordowy krawat związany był z precyzją niemal wojskową. Richard należał do ludzi, którzy nie rzucali się w oczy. Dopiero ich nieobecność uświadamiała, jak wiele porządku wnosili do świata.
Bez słowa otworzył tylne drzwi Bentleya. Edward gestem zaprosił Alfiego, pozwalając mu zająć miejsce jako pierwszemu. Sam usiadł obok dopiero chwilę później, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. W kabinie natychmiast zapanowała przyjemna cisza. Głuche odgłosy ogrodu i śpiew ptaków zostały za grubymi szybami, zastąpione ledwie słyszalnym pomrukiem pracującego silnika.
Wnętrze samochodu pachniało miękką skórą Connolly, cedrowym drewnem i odrobiną pszczelego wosku. Nie było w nim nic nowego ani przesadnie błyszczącego. Orzechowe forniry przez lata nabrały głębi, a jasnokremowa skóra siedzeń nosiła delikatne ślady użytkowania, których Edward nigdy nie pozwalał odnawiać. Uważał, że dobrze wykonane rzeczy powinny się starzeć, nie udawać nowych. Na składanym stoliku pomiędzy siedzeniami leżał poranny numer The Times, para cienkich skórzanych rękawiczek oraz niewielki flakonik wody kolońskiej Santa Maria Novella, którego zapach ledwie wyczuwalnie mieszał się z aromatem wnętrza.
Richard płynnie wrzucił bieg. Bentley ruszył niemal bezszelestnie, powoli tocząc się wysypanym żwirem podjazdem. Kamienie cicho zachrzęściły pod kołami, zanim samochód minął kutą bramę. Za nią Toronto budziło się już na dobre. Coraz więcej samochodów wypełniało szerokie aleje, rowerzyści przecinali kolejne skrzyżowania, a kawiarniane ogródki zaczynały zapełniać się ludźmi z papierowymi kubkami kawy w dłoniach. Edward oparł przedramię o drzwi i spojrzał przez okno.
- Dokąd najpierw? - zapytał spokojnie, nie odrywając wzroku od przesuwających się za szybą starych klonów.
- Bielinzna czy kosmetyki? Wypadałoby ustalić kolejność rzeczy naprawdę istotnych. - zaśmiał się pod nosem. Wręcz zachichotał. Wkrótce wyjechali z bocznej ulicy na główne drogi, w stronę centrum miasta.

Zt x 2

Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”