35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ona była ostatnią osobą, którą mógłby o coś takiego posądzić.
Wpadająca na nią blondynka tamtego wieczoru była dla niego typowa w swojej subtelności, czy też jej braku. Wiedział dobrze, gdy ludzie czegoś od niego potrzebowali i znajdowali coraz to bardziej kreatywne sposoby by zdobyć jego uwagę.
Zachowanie Haze nie pasowało do tego schematu nieważne pod jakim kątem by na nie spoglądał. Wręcz przeciwnie - wydawało się wybitnie przemyślane by go odsunąć. Trzymać na dystans i nie pozwolić się zbliżyć nawet, jeśli coś głęboko w jej spojrzeniu czy w brzmieniu jej głosu zdawało się chcieć mu na to pozwolić.
Wiedział, że stały za tym powody, których nie potrafił wyczytać z jej twarzy. Najłatwiejszym było przyjęcie założenia, że zwyczajnie się go b a ł a. To nie tak, że nie miała żadnego powodu - wchodzenie w jakąkolwiek relację, nawet koleżeńską z mężczyzną jego pokroju prawdopodobnie nie należało do najmądrzejszych rzeczy, jakie mogła zrobić. A Violet nie wyglądała na głupią osobę.
I choć nie potrafił ją rozgryźć, tkwił w pełnym przekonaniu, że nic z tego, co robiła, nie mogło być c e l o w e i właśnie dlatego w reakcji na jej słowa parsknął śmiechem, naturalnym, odruchowym.
I być może właśnie to mogło być jego zgubą.
- Następnym razem postaraj się znaleźć wymówkę bliżej miasta - odrzucił z sarkazmem, wyprowadzając samochód na pierwszą drogę, która od dłuższego czasu przypominała c y w i l i z o w a n ą. - Może w lepszej pogodzie, skoro już planujesz takie działania.
Obrzeża miasta pogrążone były w ciemności. Sygnalizacja świetlna była wyłączona, mrugając żałośnie żółcią i nie oferując żadnego, realnego wsparcia w poruszaniu się po skrzyżowaniach. W oddali, na tle wspinających się ku niebu wieżowców Toronto wciąż gdzieniegdzie niebo wypełniały błyski, ale ich grom nie był w stanie przebić się przez szum silnika i pracującego radia.
Zmarszczył brwi na dźwięk jej słów, usiłując doszukać się w nich sensu, który z początku mu umykał.
- Talentu do znajdowania restauracji? - spytał z początku, bo właśnie w tym kierunku powędrował jego umysł gdy zaproponowała wspólne zjedzenie czegoś. Nie zważał na to, że oboje ociekali wodą i deszczem, i prawdopodobnie nie wyglądali wystarczająco reprezentacyjnie by wpuszczono ich do jakiegoś przybytku - ale z jego możliwościami wiedział, że wpuściliby go do każdego.
Restauracja była w końcu neutralnym gruntem. Czymś, co jak mu się wydawało, Haze by mocno preferowała.
- Potrafisz gotować? - dodał w kolejnym popisie własnej inteligencji, odwracając głowę od drogi na moment, by móc na nią spojrzeć. W półmroku panującym w aucie sporadyczne, mijane przez nich żółte światła awaryjne rozświetlały rysy jej twarzy. Mógłby przysiąc, że nawet w nich, widział blady ślad na jej policzku, od którego zalewała go fala gorąca skuteczniejsza w swoim działaniu niż włączone w samochodzie, podgrzewane fotele.
Wbrew pozorom, jego pytanie było ulokowane w czymś zasadnym - on, na przykład, nie potrafił i teraz, w dorosłym życiu, zdecydowanie częściej jadał w restauracjach bądź na zapleczu Rapture niż we własnym domu, w którym prawdopodobnie nie potrafiłby nawet włączyć płyty indukcyjnej, nie mówiąc o przyrządzeniu czegokolwiek zjadliwego.
Bądź przyrządzeniu czegokolwiek dla k o g o ś.

cook for me
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dobrze. Postaram się następnym razem zepsuć samochód gdzieś pod Rapture — odpowiedziała z rozbawieniem, które nadal brzmiało w jej głosie od poprzedniej zaczepki. — Nie będziesz musiał jechać tak daleko.
Założenie, że mogłoby istnieć jakiekolwiek następnym razem, przyszło jej niepokojąco łatwo. Nie zatrzymała się jednak przy nim, podobnie jak nie zatrzymała się przy naturalnym śmiechu Monroe ani przy tym, jak bardzo chciałaby usłyszeć go ponownie.
Uniosła brew, słysząc jego pierwsze pytanie.
Fakt, propozycja złożona poprzez pytanie mogła pozostawiać nieco przestrzeni do interpretacji. Z jej perspektywy jednak niekoniecznie. Nawet przez chwilę nie rozważała restauracji i miała ku temu co najmniej kilka powodów.
Po pierwsze, była przemoczona. Vincent również, chociaż jemu nawet mokra koszula i włosy pozostawione w nieładzie nie odbierały całkowicie właściwej mu prezencji. Ona natomiast musiała wyglądać jak strach na wróble wyciągnięty prosto z pola. Już samo wysiadanie w takim stanie z luksusowego samochodu, a później zajmowanie miejsca naprzeciwko Vincenta Monroe w restauracji wydawało jej się dostatecznie niezręczne.
Po drugie, posiłek miał być formą podziękowania za pomoc. Zdołała poznać go już na tyle, żeby podejrzewać, że przy rachunku zasada kto zaprasza, ten płaci nie miałaby dla niego większego znaczenia. Zamknąłby temat, zanim zdążyłaby rozpocząć dyskusję.
W efekcie wyszłaby z restauracji z kolejnym zobowiązaniem wobec niego, zamiast zmniejszyć to dotychczasowe choćby o jeden posiłek.
Na następne pytanie uniosła już kącik ust.
Nie. Tak naprawdę liczyłam, że zostawię ci kuchnię i sam mnie czymś zaskoczysz — odpowiedziała z niewielkim rozbawieniem — Potrafię — doprecyzowała, przechylając delikatnie głowę. — Ale nie powiedziałam, że szczególnie dobrze.
Daleko jej było do ludzi, którzy postanawiali sprawdzić swoje umiejętności w programach kulinarnych albo wiązali przyszłość z gastronomią. Lata studiów również nie sprzyjały rozwijaniu podobnych zdolności. Kiedy zaciskało się pasa, posiłek miał przede wszystkim wystarczyć na dłużej, nie wymagać zbyt wielu składników i nadawać się do odgrzania następnego dnia. Smak zajmował miejsce nieco niższe na liście priorytetów.
Dopiero kiedy zaczęła pracować, mogła pozwolić sobie na coś więcej niż gotowanie podporządkowane kosztom oraz wygodzie. Nauczyła się kilku potraw, zaczęła eksperymentować i odkryła, że nawet sprawiało jej to przyjemność — przynajmniej wtedy, gdy efekt nadawał się do jedzenia.
Nie oznaczało to jednak, że potrafiła przygotować wszystko. Istotną kwestią pozostawało więc to, na jaki rodzaj jedzenia miał ochotę i czy mieścił się on w granicach jej dość nierównych umiejętności.
Dlatego muszę wiedzieć, czy masz ochotę na coś konkretnego czy mogę improwizować — wyjaśniła. — Wtedy albo zdążę złamać ci serce jeszcze zanim dojedziemy, albo do samego podania będę mogła udawać, że wiem co robię — zażartowała.
Żart łagodził brzmienie propozycji, ale pod rozbawieniem zaczynała już kiełkować pierwsza, nieprzyjemnie znajoma trema. Nie chodziło nawet o samo gotowanie ani ryzyko kulinarnej porażki. Niepokoiło ją odkrycie, że naprawdę zależało jej na tym, aby przygotowane jedzenie mu smakowało; że za chwilę wpuści go do własnej przestrzeni i pokaże mu kolejny, nieprzygotowany wcześniej fragment siebie. Występowała przed salami pełnymi obcych ludzi, a mimo to perspektywa ugotowania jednego posiłku dla jednego konkretnego mężczyzny nagle wydawała się znacznie bardziej osobista.
Na całe szczęście nie musiała się martwić o porządek w mieszkaniu – tak rzadko w nim bywała z braku czasu przez pracę, że nie było komu zrobić bałaganu. Tym bardziej, że obecnie była jedynym domownikiem
Vincent Monroe
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Był skłonny do kompromisu - jeśli bardzo by jej na tym zależało, może nawet pozwoliłby jej zapłacić. Nie wybrałby jednak żadnej z ekskluzywnych restauracji, zwyczajnie dlatego, że sam rzadko kiedy w nich jadał.
Jego kubki smakowe, uformowane jeszcze w dzieciństwie, w którym nie doskwierał mu nadmiar funduszy, nie były szczególnie dostosowane do potraw, które powinni lubić ludzie j e g o kalibru. Wciąż pamiętał odgrzewane posiłki kupowane w sklepie jednodolarowym za ukradzione drobne i niekoniecznie było to wspomnienie złe.
Smakowały znacznie lepiej niż gorące posiłki podawane w sierocińcu. Może to przez posmak wolności, który towarzyszył każdemu zakupionemu na zewnątrz obiadowi. A może to glutaminian sodu.
- Mógłbym zaskoczyć cię pożarem - odpowiedział zgodnie z prawdą, bo poza odgrzaniem czegoś, co kupił bądź zamówił, nie był w stanie zrobić absolutnie nic innego. W tej kwestii jego umiejętności i nawyki dobrze zespoliły się z obecnym dobrostanem, który pozwalał mu jeść dobrze bez kiwania palcem.
Jej wyjaśnienie zabrzmiało oficjalnie, jakby istotnie najważniejszym w tym wszystkim było to, co miała przygotować - coś, co miało go zaskoczyć, spełniać jakieś standardy formy podania i być smaczne.
Uchylił usta i zamknął je natychmiast, powstrzymując się przed odpowiedzią. Jedyna, jaka przyszła mu do głowy wyraźnie wskazywała, że Violet mogłaby podać mu w kuchni suchary z wodą i byłyby to dla niego pewnie najlepsze suchary, jakie zjadł w swoim życiu, bo podałyby mu je jej ręce.
Nie chciał przecież wyjść na desperata. Nie miał pojęcia, dlaczego więc w ten sposób myślał i miał nadzieję, że w ten sposób się nie zachowywał.
- Nie mogłabyś złamać mi serca, Violet - przyznał wreszcie, po chwili n a m y s ł u, który w jego przypadku należał najwyraźniej do rzadkich zjawisk i wyjątkowo nie tylko w jej towarzystwie.
- Nie mam wysublimowanych kubków smakowych. Zjem cokolwiek przygotujesz, póki będzie ciepłe i nie będzie nazywało się po francusku - kontynuował, odruchowo nie obierając zakrętu w stronę Rapture, zamiast tego kierując się do dzielnicy, w której mieszkała. - Nawet poudaję, że mi smakuje.
Szelmowski uśmiech wpełzł na jego twarz na krótką chwilę, nim zreflektował się, że podświadomie faktycznie zmierzał do jej mieszkania. Mieszkania, w którym przecież wcześniej nie był, choć którego znał lokalizację i wiedział, w jaki sposób wyglądał budynek, oraz że posiadał bardzo irytującego mieszkańca, który trzykrotnie sprawdzał nieznane auta.
- To pewnie zły moment by przyznać, że znam twój adres - westchnął, pół żartem, pół serio, nie wiedząc jednak, czy znów nie stąpa po polu minowym i, gdy auto powoli zatrzymywało się przed wreszcie działającym skrzyżowaniem, oderwał ręce od kierownicy by w obronnym geście je unieść. - Obiecuję, że nic złego z nim nie zamierzałem zrobić.

you could never break my heart
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zapewnienie Vincenta zabrzmiało niemal jak kpina z rzeczywistości, o której istnieniu tylko ona wiedziała.
Nie tylko mogła złamać mu serce – choć istotnym był fakt, że najpierw musiałaby je zdobyć. Planowała zrobić coś, przy czym złamane serce mogło okazać się najmniej dotkliwą z konsekwencji.
Nie pozwoliła jednak, żeby ta myśl wybrzmiała w ciszy pomiędzy nimi.
— Czy jeśli zapytam: skąd ta pewność, to usłyszę w odpowiedzi coś sztampowego w rodzaju: bo nie mam serca? — zapytała z przekorą, przyglądając mu się przez krótką chwilę.
Mogła obrócić jego słowa w żart, zamiast zastanawiać się dlaczego wypowiedział je dopiero po namyśle i czemu zabrzmiały bardziej jak przekonanie niż kolejna zaczepka. Dlaczego nie dopuszczał możliwości, że mogłaby go skrzywdzić, choć przecież powinien wiedzieć lepiej niż większość, że największe zagrożenie nie zawsze przychodzi od strony, z której człowiek się go spodziewał.
Na szczęście kolejne wymagania stawiane przed planowanym posiłkiem pozostawały znacznie prostsze do rozpatrzenia.
— Ciepłe i bez francuskiej nazwy — powtórzyła. — Myślę, że jestem w stanie sprostać podobnym oczekiwaniom.
Uśmiech zdążył osiąść na jej, aby jeszcze przez ułamek sekundy utrzymać się na niej również po jego następnym wyznaniu.
Znał jej adres.
W momencie, w której ciężar tego zdania do niej dotarł jej ciało widocznie się napięło, co mogło mu jeszcze umknąć, zanim zatrzymał samochód na światłach.
Uniesione w następnej chwili, w obronnym geście dłonie oraz półżartobliwe zapewnienie powinny wyglądać niedorzecznie i prawdopodobnie właśnie na taki efekt liczył, zmusiła więc kąciki ust, aby nie opadły, a własne ramiona do rozluźnienia się. Nie zamierzała pokazać mu, jak skutecznie jedno zdanie zdołało zetrzeć z niej wcześniejszą swobodę.
— To raczej kiepski moment, fakt — odezwała się, przenosząc spojrzenie na źródło czerwieni, widoczne przez przednią szybę. — Wiesz, obietnica, że nie zamierzałeś zrobić nic złego, brzmiałaby znacznie bardziej uspokajająco, gdyby nie poprzedzało jej przyznanie się do znajomości adresu kobiety, która nigdy ci go nie podała — zauważyła z fałszywie lekkim tonem.
Nie poprosiła, żeby zawrócił, ani nie cofnęła również zaproszenia, choć tak naprawdę jeszcze nie potrafiła rozstrzygnąć, czy świadczyło to o zaufaniu, czy wyłącznie o tym, jak bardzo chciała zachować pozory, że jego odpowiedź nie mogła już niczego zmienić.
Nie oznaczało to jednak, że jego wyznanie nie rozpędziło jej myśli. Umysł natychmiast podjął desperacką próbę odnalezienia wyjaśnienia, które pozwoliłoby umieścić zdobytą przez niego wiedzę po bezpiecznej stronie rachunku.
W pierwszej kolejności spróbowała ukryć ją pod jego troską; tą samą, która mogła tłumaczyć cały ciąg zdarzeń zapoczątkowanych tamtego dnia, kiedy wyszła z jego apartamentu. Wtedy nie wiedział, dokąd poszła ani czy bezpiecznie dotarła na miejsce, a według jego własnych słów Jessica mogła jej szukać. Być może ustalił adres wyłącznie po to, żeby upewnić się, że nic jej się nie stało. Być może nigdy nie zamierzał go wykorzystać, dopóki sama nie zaprosi go do środka.
To wyjaśnienie miało sens. Mogła się go uchwycić, obudować kolejnymi rozsądnymi argumentami i niemal uwierzyć, że wystarczało.
Nie zmieniało jednak pierwszego, panicznego odruchu jej ciała.
Intencje Vincenta mogły być dobre, lecz jej mieszkanie miało pozostać miejscem, do którego nikt nie potrafił dotrzeć bez jej zgody. Bezpieczną przestrzenią nie dlatego, że chroniły ją dostatecznie grube drzwi albo sprawne zamki, lecz dlatego, że sama decydowała, kto w ogóle pozna prowadzący do niej adres.
— Był jakiś szczególny powód za tą — zawiesiła głos, próbując znaleźć odpowiednio wygodne słowo — ciekawością?
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sztampowa odpowiedź byłaby doskonałą zasłoną za schowaną w półmroku prawdą.
Violet nie należała do jego świata. Jej codzienność nie posiadała nad sobą nieustannie wiszącego widma nadciągającej komplikacji, która z kolei mogła rodzić wyłącznie przemoc. Nawet miejsce takie jak Rapture wydawało jej się obce, co dopiero jego zaplecze. Nie kręciła się w półświatku, nie potrafiła nawet chwycić broni w należyty sposób, czego doświadczył wtedy, w bocznej alejce.
Była c z y s t a. Nieskażona tym wszystkim, co wypełniało jego codzienność i zakradało się do nocy.
To w swoim otoczeniu zwykle spodziewał się ciosu. Widział je w swoich wrogach jak i w obecnych współpracownikach, partnerach biznesowych, powiernikach informacji. Każdą osobę, która pojawiała się w jego życiu trzymał na odpowiednim, wyznaczonym dystansie z góry zakładając, że w pewnym momencie mogą stać się źródłem jego zawodu.
Oraz problemem.
Sęk tkwił w tym, że to życie znał od z a w s z e.
I nawet kobiety, które przewijały się przez jego sypialnię, jeśli były traktowane przez niego poważnie, zawsze w ten czy inny sposób były z nim związane. W tej naiwności w pełni wierzył, że właśnie dlatego najgorsza rzecz, jaką Haze mogłaby zrobić, wciąż pozostawała w strefie do opanowania. Może była jego zdruzgotanym, męskim ego, ale nie mogła być czymś, co skrzywdziłoby go do głębi.
Przecież była wyłącznie kobietą, którą uważał za i n t r y g u j ą c ą.
Wyczuł drobną  zmianę, która przemknęła przez wnętrze samochodu jak własny rodzaj wyładowania elektrycznego, niemający nic wspólnego z pogodą na zewnątrz. Z jego ust wydostało się ciche westchnienie, choć przecież stąpała wokół tego tematu ostrożnie, ubierając swoje słowa w pozornie lekki ton.
- Ci ludzie chcieli cię zabrać, Violet - powiedział krótko, r z e c z o w o, choć znów ta obca mu łagodność wymknęła się w ostatniej chwili, podmieniając słowo z a b i ć. Zestawione z jej imieniem wybrzmiewało niewłaściwie, gryzło go w podświadomości, choć przecież nic takiego się nie wydarzyło. - Śledzili cię z Rapture. Zdobycie twojego adresu nie byłoby dla nich dużym problemem.
Nie pozwolił, by te wspomnienia w jakikolwiek sposób odcisnęły się na jego sylwetce - jego dłonie nadal swobodnie trzymały kierownicę, szczęka pozostała rozluźniona, oczy skupione na drodze przed nimi.
- Uszanowałem twoją decyzję - dodał krótko, choć w żaden sposób nie oddawało to realiów tego w jaki sposób to zrobił i wszystkich, wściekłych dni, które nastąpiły po tym. Nie wytknął jej, że przecież poprosił, a ona zawarła z nim umowę, którą później zerwała. To nie miało znaczenia, od początku przecież drzwi jego apartamentu były otwarte i mogła z nich skorzystać. - Ale nie zamierzałem biernie czekać i liczyć na to, że ludzie Simmonsa zrezygnują z próby wyciągnięcia cię z własnego mieszkania zanim mogłem załatwić ten problem.
Znajomy budynek majaczył na horyzoncie gdy jego własny samochód wsunął się na pobocze, dwa wysokie bloki dalej. Sporadyczne krople deszczu wciąż uderzały w blachę i ich dźwięk zastąpił odgłos pracującego silnika gdy ten został zgaszony.
- Stałem tutaj, przez cztery godziny - wyznał wreszcie, nie dodając, że po tym czasie dostał telefon o zgarnięciu Simmonsa i jego córki, i dopiero mając pewność, że nikt nie przyjdzie jej zagrozić, wrócił do Rapture. - W tym czasie twój sąsiad z białym szczurem zamiast psa dwukrotnie próbował nasłać na mnie policję bo nie jestem stąd. System monitoringu twojego osiedla jest najwyższej klasy.

how's that for feeling safe around me?
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Akurat jego uszanowałem twoją decyzję brzmiało niemal niedorzecznie w zestawieniu ze świadomością, że mimo wszystko ustalił dokąd poszła. Pierwszy odruch kazał jej zakwestionować również te słowa, lecz jej protest zatrzymał się, jeszcze zanim zdążyła go wypowiedzieć. Bo nie zapukał przecież do jej drzwi; nie wtargnął do środka ani nie zażądał, żeby wróciła do jego apartamentu, chociaż wcześniej próbował ją tam zatrzymać dla bezpieczeństwa. Pozwolił jej odejść, a później pozostał na tyle daleko, aby nie miała pojęcia o jego obecności i na tyle blisko, by ją monitorować.
Najwyraźniej ich definicje szanowania cudzych decyzji dość się różniłu; w świecie Monroe wyglądało to mocno inaczej: on pozwalał je podejmować, a następnie samodzielnie zabezpieczał wszystkie konsekwencje, których druga osoba nie potrafiła przewidzieć.
Dbał o nią, chociaż ona chciała postawić granicę. Dbał o nią, bo nie chciał, aby stała się jej krzywda. I należało przyznać, że było to szlachetne z jego strony – jednocześnie bardzo niezrozumiałe z poziomu d l a c z e g o.
Cztery godziny.
Odwróciła głowę i przyjrzała mu się uważniej, jednocześnie starając się nie zdradzić niczego nie tylko słowami, ale i niewerbalnie. Cztery godziny poświęcone pilnowaniu kobiety, która wcześniej opuściła jego apartament bez wyjaśnienia i później przez następne dni nie dała mu żadnego powodu, aby sądził, że jego obecność była mile widziana.
Cztery godziny.
Mogła nadal uważać, że przekroczył granicę, mogła też nie podobać się jej świadomość, że zdobył informacje, których sama nie zdecydowała się mu przekazać. Znacznie trudniej było jej jednak utrzymać gniew, kiedy miała świadomość, że za naruszeniem nie kryła się niezdrowa ciekawość. Zrobił to, ponieważ dostrzegł zagrożenie, którego ona nie zauważyła. Zrobił to d l a n i e j.
Nie potrafiła jednak jednoznacznie określić, co właściwie wywołały w niej wszystkie te informacje. Odczuć było wiele, a każde z nich popychało ją w innym kierunku. Pierwszy odruch niemal krzyczał, żeby otworzyła drzwi samochodu, wysiadła w tej chwili, dotarła do mieszkania i zaryglowała się w nim przed wszystkim, co właśnie usłyszała. Rozsądek znacznie spokojniej przypominał, że perspektywa Vincenta miała sens; że zagrożenie istniało niezależnie od tego, czy wiedziała o jego obecności, a on przez cztery godziny siedział pod jej domem właśnie po to, żeby nie zdołało do niej dotrzeć.
Pomiędzy nimi pozostawało zachwiane poczucie bezpieczeństwa, naruszona autonomia, wdzięczność, nieufność i coś, co skrupulatnie spychała na odległy plan. P otrzebowała czasu, aby sobie to uporządkować.
Na jej obrazie Vincenta Monroe pojawiła się kolejna rysa, lecz nie potrafiła jeszcze zdecydować czy faktycznie go szpeciła.
— Następnym razem po prostu zapukaj — powiedziała ciszej, niż zamierzała. Ton jej głosu pozostał niemal neutralny. Niemal. Ostrożnie odpięła pas. — Oszczędzisz sobie czterech godzin, a mojemu sąsiadowi telefonów na policję. — Chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi. — Chodź, pokażę ci, gdzie znajdują się drzwi, żebyś następnym razem już nie zabłądził — dodała, a w jej głosie wreszcie pojawiło się pojednawcze ciepło.
Wysiadła, a drobny deszcz osiadł na jej twarzy; chłód kontrastujący z ciepłem, do którego zdążyła się już przyzwyczaić, otulił jej ciało, sprawiając że w pierwszym odruchu zadrżała i otoczyła się ramionami.
Drogę do klatki oraz podróż windą na właściwe piętro pokonali w ciszy – nie tylko ze względu na porę, ale również świadomość poczucia obywatelskiego obowiązku jednego z sąsiadów. Po przekręceniu klucza i otworzeniu drzwi własne mieszkanie po raz pierwszy wydało jej się mniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
W porównaniu z apartamentem, do którego ją wtedy przywiózł było niemal klaustrofobiczne. Wąski przedpokój prowadził bezpośrednio do salonu połączonego z kuchnią, w którym niewielka kanapa stała naprzeciwko stolika i regału wypełnionego książkami, dokumentami oraz ramkami wypełnionymi starymi, rodzinnymi fotografiami. Nic luksusowego.
— Raczy pan wybaczyć, ale w tym apartamencie łazienka jest tylko jedna i znajduje się tam — poinformowała z udawaną powagą, wskazując mu jedne z drzwi. Przesunęła wzrok w stronę kuchni, a kącik jej ust drgnął nieznacznie. Ale przynajmniej ta lodówka jest pełna.
W kontraście do tego, za co przepraszał go jeden z pracowników hotelu.

safety starts witihin
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szacunek do cudzej autonomii powinien być świętym prawem, należącym się każdej istocie.
W jego środowisku i metodzie postępowania był czymś opcjonalnym. Czymś, co można było przekroczyć, zignorować, zdeptać byle tylko osiągnąć zamierzany efekt. Nie był gwarantem, a nawet jeśli - jego zakres również był zmienny.
Nie uchodził za człowieka okazującego szacunek bezwarunkowo, wręcz przeciwnie - czasem trudno było wywalczyć go u niego w ogóle. Przywykł do podejmowania decyzji za innych ludzi, z ich aprobatą bądź bez niej.
Haze okazał dużo więcej szacunku niż zrobiłby to komukolwiek innemu w jej położeniu.
Nie zadecydował za nią, nie zamknął jej w apartamencie siłą a gdy wreszcie z niego wyszła - nie pognał za nią. Pozwolił jej wyjść, wsiąść do swojego samochodu i wrócić do mieszkania choć uważał, że podejmowała z ł ą decyzję. Nie tylko złą, ale też głupią - opierającą się na własnym dyskomforcie w chwili obecnej i tym dziwnym, samobójczym przyzwoleniu na to, by wydarzenia toczyły się swoim torem.
Pozwolił jej wierzyć, że podjęła każdą decyzję, jednocześnie trzymając parasol nad spadającymi nad jej głową konsekwencjami tejże decyzji.
Czy nie było to lepsze niż zabranie jej możliwości wyboru? Z pewnością musiało być lepsze niż pozwolenie, by została porwana i skrzywdzona w imię zemsty za rzecz, której nie zrobiła.
W tej kwestii nigdy nie znaleźliby się na wspólnym gruncie.
Podążył za nią, w nienaturalny dla siebie sposób zagryzając zęby wbrew potrzebie obronienia swojej decyzji. Nie wiedział, dlaczego jego próba zadbania o jej bezpieczeństwo stanowiła tak ogromny p r o b l e m.
Nie wiedział, dlaczego tak cholernie obchodziło go to, co o nim myślała i dlaczego był świadom tej rysy, tak jak kącików jej ust drgających ku górze, lecz chwilowo niezdolnych do uniesienia się w sposób, w który robiły to wcześniej.
Ciężar, który wpełzł na jego barki został jednak w samochodzie. Czuł emanującą z niego aurę gdy wyszli na zewnątrz, do burzowego powietrza i chłodnych kropel deszczu nieustannie spadających tu i ówdzie z nieba.
Czuł, jak znika za zamkniętymi drzwiami jej mieszkania.
Pachniało n i ą.
Było małe, kameralne. Obiektywnie rzecz biorąc nie było niczym szczególnym w tej okolicy, ale gdy przystanął w przedpokoju, jego wzrok prześlizgnął się powoli po otaczających ich, czterech ścianach wypełnionych rzeczami należącymi do n i e j.
Strugi wody spływały mu po karku, przypominając o przemoczonych ubraniach i równie mokrych włosach. Dostrzegając w polu swojego widzenia kolejną kroplę tańczącą na samym końcu dłuższego kosmyka włosów, pomknął spojrzeniem w stronę łazienki, o której wspomniała.
- Nie wiem, jak to przeżyję - westchnął z rozbawieniem, podnosząc dłoń by odgarnąć mokre włosy z twarzy. - A czy w tej łazience znajdzie się jeden ręcznik, czy powinienem poprosić o to lokaja?


you're always safe with me, just not the way you want
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Żart Vincenta nie powinien była jej rozluźnić, a jednak zdołała przynajmniej częściowo rozproszyć napięcie, które wniosła ze sobą z samochodu. W jednej chwili przestał być człowiekiem, który bez jej wiedzy ustalił adres i przez cztery godziny obserwował budynek, a ponownie stał się przemoczonym mężczyzną, który znajdował się w jej przedpokoju i domagał obsługi godnej luksusowego apartamentu.
— Lokaj ma dziś wolne — odpowiedziała z udawanym ubolewaniem. — Pokojówka również, więc jeżeli zalejesz mi podłogę, będziesz musiał sam po sobie posprzątać.
Zniknęła na moment we wskazanej łazience, po czym wróciła z dwoma ręcznikami. Jeden zachowała dla siebie, drugi wyciągnęła w jego stronę.
— To najlepsze, co może zaoferować obsługa tego przybytku. Napiwki nie są obowiązkowe, ale będą mile widziane.
Dopiero wtedy, stojąc naprzeciwko niego we własnym mieszkaniu, w pełni dostrzegła, jak bardzo jego obecność zmieniała tę przestrzeń. W apartamencie Vincenta mogła odsunąć się na drugi koniec pomieszczenia i nadal pozostawały pomiędzy nimi metry pustej podłogi.
A tutaj, wydawało się, że nie miała gdzie schować żadnego fragmentu siebie.
Na regale leżały dokumenty związane z poszukiwaniem pracy, obok nich książki, a pomiędzy nimi ustawione były rodzinne fotografie; na jednej stała pomiędzy ojcem a siostrą, jeszcze młodsza i uśmiechnięta w sposób, którego obecnie niemal u siebie nie rozpoznawała.
A Vincent znajdował się zaledwie kilka kroków od podobizny osoby, za którą zamierzała go poświęcić.
— Rozgość się — powiedziała. Choć słowa te brzmiały dość osobliwie w ustach kogoś, kto jeszcze nigdy nie zapraszał go do swojego świata.
Wycofała się do sypialni i zamknęła drzwi. Dopiero po odcięciu się od salonu pozwoliła sobie oprzeć na moment plecy o ich powierzchnię i zaczerpnąć głębszego oddechu.
Vincent Monroe znajdował się w jej mieszkaniu.
I wcale nie dlatego, że potrzebowała schronienia albo nie potrafiła samodzielnie wrócić do domu. Sama go tutaj z a p r o s i ł a. Zaproponowała mu posiłek, podała ręcznik i pozostawiła pośród rzeczy, których nie przygotowała wcześniej na jego obecność. Nie mogła zrzucić odpowiedzialności za żadną z tych decyzji na burzę, awarię samochodu ani jego upór. Bo tym razem to ona otworzyła drzwi – w pełni świadomie.
Przebrała się szybko w suche spodnie oraz luźną koszulkę, a wilgotne włosy odcisnęła delikatnie ręcznikiem. Przez chwilę nawet zastanawiała czy jest coś, co mogłaby dać Monroe na przebranie, co zostało, ale odpędziła tę myśl. Nie tylko dlatego, że gabaryty się absolutnie nie zgadzały – Thomas Haze był raczej sporo niższy – ale przez świadomość, że byłoby to dość niezręczne.
Przeszła do kuchni i otworzyła lodówkę i przez chwilę przyglądała się jej zawartości, próbując złożyć dostępne składniki w coś, co spełniałoby postawione przed nią wymagania. Wyjęła z niej warzywa, mięso oraz sięgnęła do jednej z szuflad po opakowanie makaronu, układając wszystko kolejno na blacie.
— Masz jakieś inne alergie oprócz tej jednej, o której wiem? — Oparła dłonie o krawędź blatu, a w jej spojrzeniu pojawiło się znajome podszycie zaczepki. — Wolałabym nie udowadniać ci już przy pierwszej kolacji, że jednak potrafię zrobić coś jeszcze gorszego niż złamać ci serce.

i got my own back
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego wygląd i obecnie piastowana pozycja stały w bezpośredniej sprzeczności z tym, kim był naprawdę.
Zdawał sobie z tego sprawę. W większości przypadków nie liczyło się to, do czego przywykł, co preferował i w jaki sposób radził sobie wcześniej. Wrażenie elegancji działało jednak na korzyść, pozwalało mu wtopić się w tłum osób, z którymi współpracował na co dzień.
Skłamałby mówiąc, że nie spodobał mu się obecny styl życia. Dążył do niego przez większość swojego życia.
Ale był pewien poziom swobody, który tworzyły w nim wyłącznie środowiska z n a j o m e. Takie, do których przywykł w młodości, w których nie było lokajów, pokojówek i tysiąca udogodnień będących na wyciągnięcie ręki. Mieszkanie Haze właśnie takie było. Posiadało tą jedną rzecz, której nie miał żaden z jego apartamentów - było p r z y t u l n e.
- Kultura napiwków jest najgorszą rzeczą, jaka przyjechała do nas ze Stanów - odrzucił wbrew temu, przyjmując od niej podarunek. Miękki ręcznik z pewnością miał mniejszą ilość włókien czy innych nitek niż to, o co wykłócał się z nim Avis w budżecie pracowniczym Rapture, a jednak wydawał mu się tysiąckrotnie przyjemniejszy w dotyku.
Może dlatego, że podobnie jak wszystko tutaj, nosił na sobie jej zapach.
Odprowadził ją spojrzeniem gdy znikała za drzwiami sypialni. Z pomocą ręcznika mógł osuszyć swoje niesforne włosy, przetrzeć twarz i kark, i z grubsza pozbyć się nadmiaru wody - nie mógł jednak nic zrobić z koszulą, wciąż do cna przemokniętą i przylegającą do jego skóry. Będzie musiała wyschnąć na nim.
W tej chwili było mu to wszystko jedno.
Rozgościł się, przechodząc do salonu i przyglądając się wszystkim, małym przedmiotom ułożonym na półkach. Książkom, które czytała. Zdjęciom, na których błyszczała jej twarz. Znajome spojrzenie ciemnych oczu odwzajemniało jego własne, nawet jeśli w momencie wykonywania fotografii patrzyło wyłącznie w obiektyw aparatu.
Była na nim inna. Jej wyraz twarzy był lżejszy, sylwetka jakby bardziej wyprostowana, podbródek lekko zadarty. Uśmiech pełny, a nie jeden z tych, którymi zwykle odpowiadała, zatrzymany gdzieś pomiędzy szczerą reakcją a odruchową powściągliwością.
Gdy stukot drzwi oznajmił mu jej nadejście, zorientował się, że stał dużo bliżej zdjęć niż powinien, zainteresowany ich zawartością. Odwrócił się, obserwując ją gdy przechodziła do kuchni. Jej luźny ubiór teraz tkwił w jeszcze większym kontraście do jego eleganckiej koszuli, błysku srebrnego łańcuszka wystającego spod czarnego materiału, drogiego zegarka zapiętego na nadgarstku. Wyglądała luźniej, a może wyłącznie chciała sprawiać takie wrażenie.
Widział ją w tym wydaniu po raz pierwszy, a jednak już wiedział, że ją w nim l u b i ł.
- Nikomu jeszcze nie udało się mnie zatruć, choć nie przez brak starań - odrzucił beztrosko, ruszając za nią w stronę kuchennego aneksu lecz zatrzymując się przy naprzeciwległej ścianie. Przerzucił wilgotny ręcznik przez oparcie jednego z krzeseł nim usiadł na drugim, tyłem do blatu, przodem do niej. - Możesz być pierwsza.
Obserwował, jak wyjmowała kolejne rzeczy z lodówki, jak na blacie pojawiała się deska do krojenia i nóż. Prawdopodobnie nie powinien się gapić i na moment jego wzrok zsunął się w dół, zatrzymując na tym nieszczęsnym ostrzu, by zaraz poderwać w górę z powrotem.
- Twoja siostra jest twoją małą kopią - zagadnął, zerkając w stronę ustawionych na półce fotografii. - Została w Stanach?

is this the best topic for small talk?
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odwróciwszy się od lodówki, zatrzymała na nim spojrzenie odrobinę dłużej, niż zamierzała. Mokra koszula przylegała do jego ramion i klatki piersiowej, a niedbale osuszone włosy opadały mu na twarz w sposób znacznie mniej uporządkowany niż zwykle. Nie było mowy już o tylko jednym cholernym kosmyku. I nawet siedząc na niewielkim krześle, sprawiał wrażenie zbyt dużego dla jej kuchni. I zdecydowanie zbyt dobrze wyglądającego jak na przemokniętego mężczyznę.
Dopiero kiedy zdała sobie sprawę z kierunku własnych obserwacji, przeniosła uwagę na wyłożone przed sobą składniki. Odpowiadając na jego beztroską propozycję, zdołałaby jeszcze ukryć chwilowe zainteresowanie pod kolejną zaczepką, lecz pytanie o siostrę zatrzymało ją, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Trzymany przez nią nóż znieruchomiał w połowie ruchu; jego ostrze pozostało zagłębione w jednym z pomidorów, a jej palce na moment zacisnęły się mocniej na rękojeści.
Jego pytanie było przecież kompletnie zwyczajne – a wręcz dokładnie takie, jakie zadawało się po zobaczeniu rodzinnej fotografii w mieszkaniu osoby, o której wciąż wiedziało się niewiele. Monoroe nie mógł zdawać sobie sprawy, że patrzył na czternastoletnią dziewczynę, za którą Violet zamierzała zapłacić jego życiem.
O, ironio. Przez ostatnie kilkanaście minut zdołała niemal uwierzyć w zwyczajność tego wieczoru. Jedno pytanie wystarczyło, żeby tę iluzję rozerwać – na półce znajdował się powód, a w kuchni zaś siedziała cena.
Nie mogła mu powiedzieć, że siostra została w Stanach. Mieszkała tutaj, razem z nią – jej rzeczy znajdowały się w drugim pokoju, a dodatkowa para butów stała przecież w przedpokoju.
W wypolerowanym boku stalowego garnka stojącego na kuchence dostrzegła jego zniekształcone odbicie: szerokie ramiona, ciemną sylwetkę i rozciągnięte na zaokrąglonej powierzchni, niewyraźne rysy twarzy.
Jej trzewia zacisnęły się, lecz nie było w tym odczuciu niczego przyjemnego. Tylko wyrzut wobec samej siebie..
Patrząc na jego odbicie, po raz pierwszy naprawdę zastanowiła się, dlaczego właściwie nie mogłaby powiedzieć mu prawdy.
Zrobił dla niej i tak więcej, niż miała prawo oczekiwać, a przy tym dysponował wszystkim, czego jej brakowało: ludźmi, informacjami, brutalnością, której była świadkiem, oraz pewnie możliwościami, dzięki którym być może zdołałby odzyskać jej siostrę bez dokonywania wymiany. Wystarczyłoby przyznać, że czternastolatka nie wyjechała dobrowolnie, tylko że została uprowadzona, a ludzie, którzy ją przetrzymywali, oczekiwali w zamian właśnie jego.
Potem mogłaby poprosić, żeby pomógł jej jeszcze jeden raz.
Tyle że złożone przez nich groźby były jasne – jeden niewłaściwy krok mógł skazać jej siostrę na coś znacznie gorszego niż sma śmierć, a ona nie wiedziała, czy Monroe zechciałby się zaangażować ani czy potrafiłby zrobić to bez sprowokowania porywaczy. Mógł odmówić; mógł również spróbować i ponieść porażkę.
A kiedy raz poznałby prawdę, straciłaby drugie wyjście. Wiedziałby, że stanowi cenę, i nie pozwoliłby poprowadzić się prosto w ich ręce, co było absolutnie logiczne. Prosząc go w tym momencie o pomoc, pozbyłaby się jedynej karty przetargowej bez żadnej pewności, że otrzyma w zamian siostrę.
Nie potrafiła zaryzykować obu naraz.
— Nie. Mieszka tutaj, ze mną — odpowiedziała po chwili. — Ma czternaście lat, a po śmierci ojca ja jestem jej opiekunem prawnym. Teraz wyjechała na obóz piłkarski.
Wróciła do krojenia pomidorów, po czym zsunęła jeden z nich z deski do miski i sięgnęła po następny, wykorzystując prostotę kolejnych czynności do odzyskania kontroli nad własnym oddechem.
— I nie zachęcaj mnie do zostania pierwszą osobą, której uda się ciebie zatruć — wróciła do wcześniejszego tematu, jakby pytanie o fotografię wcale nie zdołało zachwiać rytmem rozmowy. — Jeszcze uznam to za wyzwanie, a najwyraźniej nie znasz mnie dostatecznie dobrze, żeby ocenić, jak źle reaguję na podobne prowokacje.
Odłożyła nóż i wskazała dłonią jedną z górnych szafek.
— Talerze są tam. Skoro nie potrafisz gotować, możesz przynajmniej sprawiać wrażenie użytecznego. — Słowa te wypowiedziane były z tą charakterystyczną przekorą, z drobnym uśmiechem. Ale ten zniknął, jeszcze zanim faktycznie zdołał się w pełni sformułować. — A jeśli uważasz, że jesteś odważny, to chodź, dam ci potrzymać nóż.

fake it till you make it, i guess
stop the bleeding
anthony bennet
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”