27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W pełni zdawała sobie sprawę, jak obrzydliwie brzmiała jej historia z bratem. Szczególnie teraz, kiedy Gaspard w końcu mógł spróbować jak naprawdę kwas w żelku wykrzywiał twarz i był tak nie do zniesienia, że finalnie zajebisty. A cztery takie? Były momentem, kiedy człowiek sam prosił się o śmierć i egzekucję, zapewne przez zakwaszony organizm.
— To co robiłeś z nią za dzieciaka? — spytała praktycznie od razu, kiedy powiedział, że jego siostra by na to nie poszła. Czy Majkę to zaskoczyło? Po części tak, bo jednak chwile z rodzeństwem ona sama w dzieciństwie wspominała wyjątkowo dobrze. Beztrosko wręcz. Były to jedyne momenty, kiedy problemy ich nie doganiały, bo to oni tak szybko biegali po podwórku. A poza tym mieli przecież miecze z patyków, żeby się obronić, nawet gdyby dogoniły.
Uniosła na niego spojrzenie, gdy spytał czy jej nie podobał się dzisiejszy dzień, a jej kąciki ust mimowolnie wspięły się do góry. Nie dużo, delikatnie, ledwo zauważalnie, chociaż Gaspard i tak zdawał się zauważać drobne gesty.
— Mi tak — rzuciła odważnie i wcale nie bała się zajrzeć mu w oczy na dłużej niż powinna. Po pierwsze było to wyjątkowo łatwe, biorąc pod uwagę jak dobrze się w nie patrzyło, a po drugie naprawdę spędziła dobry czas. Jeszcze półtora godziny temu jedyne o czym myślała, to problemy w domu, długi brata i podniesiony czynsz na leczenie matki, a teraz? Teraz jej głównym problemem było to, czy jemu zasmakują kwaśne żelki i batonik Wunderbar. — Chociaż jeśli zaraz mi powiesz, że ten baton to nie twoje smaki, to moja odpowiedź może się zmienić — oczywiście był to żart, obok którego nie była w stanie przejść obojętnie. Nie przy nim, kiedy wszystko było takie swobodne. Może właśnie dlatego też zdecydowała się oddać ich kolejne spotkanie w ręce losu.
— Na los. W Toronto — kiwała głową, kiedy odpowiadała na jego wyrywkowe pytania. — Wtedy jak faktycznie się spotkamy, to już będzie przeznaczenie — oznajmiła. Może było to trochę ckliwe, ale w tamtym momencie przy nich wydawało się to jej odpowiednie. Wszystko co dzisiaj się stało było kwestią przypadku i było super, więc czemu przerywać ten trend? W niego po prostu trzeba było iść. Robić to, co się czuje. Tak jak wtedy, kiedy dała mu czekoladowego pieniążka, a on ją wyśmiał. Normalna sprawa. To ma mi pomóc?
— To nie wiesz, żę monety przynoszą szczęscie? — odpowiedziała pytaniem na pytanie, po czym nachyliła się bliżej. — Tylko musisz na nią nachuchać, żeby działało — a kiedy on tego nie zrobił, Majka na krótki moment ujęła jego dłonie w swoje i dmuchnęła ciepłym powietrzem na jego palce i pieniążka. — Teraz będzie szczęśliwa — odsunęła się i pozwoliła, żeby ją sobie schował, bo przecież teraz był czas na gwiazdę wieczoru w postaci batona i… absolutnie nie zawiodła się, widząc jego reakcje. Smakowało mu. I to w tym wszystkim chyba zrobiło jej dzień najbardziej!
— Nawet nie wiesz, jak się ciesze, że ktoś mógł przy mnie odkryć swoją miłość do Wunderbarów — rzuciła dumnie, wypinając do przodu pierś. Nawet chciała dodać, że poleca się do ogólnie wszystkich pierwszych razów, tak na przyszłość, ale wtedy on podszedł bliżej i sięgnął dłonią do jej policzka. Jego ciepła, gładka skóra na palcu od razu zostawiła po sobie przyjemne mrowienie, a Parker na krótką chwilę stała w bezruchu pozwalając mu działać. Szczególnie kiedy oznajmił, że chodziło o czekoladę.
— Dzięki, co ja bym bez ciebie zrobiła — przewróciła teatralnie oczami, a jednak wcale nie omieszkała, kiedy już zabierał swój palec, musnąć go delikatnie językiem, jakby sama chciała dla siebie zgarnąć tą resztkę czekolady. — Ty jesteś czysty jak łza. No prócz płaszcza i lakierków — bo te to akurat miał ubrudzone z każdej strony.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, zagadać go na kolejny, mniej lub bardziej przyziemny temat, ale wtedy zadzwonił jej telefon, a dokładnie Maddie, pytając, czy Parker mogłaby przyjść wcześniej do klubu. Oczywiście, że się zgodziła, bo to oznaczało więcej dniówki. Dlatego pożegnała nieznajomego krótkim do zobaczenia, ostatni raz spojrzała mu w oczy i pobiegła na przystanek, na który akurat podjechał jej autobus, cicho licząc, że jeszcze kiedyś faktycznie się spotkają.
Galen L. Wyatt
// zt.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”