-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z wdzięcznością powitał dolewkę wina, bo podczas tej rozmowy również dość szybko wypił to, co dostał wcześniej od męża i gdy teraz zobaczył czerwony płyn ponownie w swoim kieliszku, uświadomił sobie, jak bardzo mu go brakowało w tym momencie. Upił łyk i odstawił szkło na stół, patrząc na Salvatierrę.
- Myślę, że skoro do tego doszedłeś, to powinieneś mu to powiedzieć. Niekoniecznie dokładnie w tym momencie, ale powinieneś powiedzieć - powiedział po chwili zduszonym głosem. Z pewnym zaskoczeniem odkrył, że gardło mu się ścisnęło od emocji współodczuwanych z Argentyńczykiem - I... sądzę, że jeśli będziesz miał jeszcze do niego pretensje, o cokolwiek, to mu o tym mów. Tylko - mów, a nie złość się na niego i ironizuj. Kiedy wyszedłeś, on wyglądał na zaskoczonego i nie wiedzącego, o co ci chodzi. Zresztą to powiedział. Komunikuj jasno, co cię boli, byle bez złości, bo jeśli nie będziecie ze sobą spokojnie rozmawiać, to nie może z tego wyniknąć nic dobrego. Rozwiązujcie problemy wspólnie, bez walki, tylko współpracując. Obu wam na sobie bardzo zależy, nie zniszczcie tego sobie swoim wybuchowym temperamentem.
Spojrzał w stronę tarasu, gdzie Tiago stał teraz z pochylona głową, paląc chyba już drugiego papierosa. Sergio przesunął dłoń z ramienia męża na jego kark i zaczął go delikatnie masować. Miał wrażenie, że powoli atmosfera się oczyszcza, że ta rozmowa dużo dała przede wszystkim Alvaro, ale zapewne im wszystkim trzem. Może kiedy Tiago wróci wreszcie do środka, to będzie się dało faktycznie miło spędzić resztę wieczoru - właściwie wiele tu zależało przede wszystkim właśnie od de la Serny, od tego czy zdołał się uspokoić na tym tarasie i od tego, ile tak naprawdę słyszał z tej rozmowy.
Sergio odetchnął i zabrał się w końcu za jedzenie, bo do tej pory, w całym tym zamieszaniu, miał ściśnięty żołądek, ale gdy zdawało się, że wszystko idzie ku lepszemu zapragnął w końcu spróbować tego, co "ten dupek" dla nich ugotował. Musiał przyznać, że faktycznie było pyszne - facet miał przynajmniej jedną dobrą cechę.
No, dobrze, Sergio doskonale wiedział, że miał ich więcej. Właściwie teraz, po tym wszystkim, co powiedział Salvatierra, Martinez był mniej cięty na Kocura, a bardziej mu współczuł.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Szybko pożałował swojego wybuchu - domyślał się, z czego on wynikał, czyli z chęci chronienia młodszego brata przed całym złem tego świata, najwyraźniej łącznie z jego przyjacielem. On również chętnie sięgnął po wypełniony winem kieliszek, wciąż nie przeszkadzając im w rozmowie i wciąż pozwalając, by Salvatierra opowiedział o wszystkim, co leżało mu na sercu.
To był jeden z takich momentów, w których Salazar był naprawdę dumny z Sergio; uważał, że dobrze sobie poradził, dając Alvaro wsparcie, którego ten teraz potrzebował, a jednocześnie nie zachowując się jak typowy psycholog - co w sumie mogłoby spłoszyć ich przyjaciela, bo nie każdy człowiek jest gotowy na to, żeby przyjąć pomoc, nawet jeśli jej potrzebuje. Sergio prowadził rozmowę w taki sposób, w jaki rozmawia się z przyjacielem, którego chce się zrozumieć, a nie z pacjentem/klientem, któremu odlicza się czas do wyjścia z gabinetu.
Przymknął na chwilę oczy, gdy poczuł dłoń męża na karku, po czym otworzył oczy i popatrzył na niego z iskierkami miłości i delikatnym uśmiechem na ustach, kładąc mu głowę na ramieniu; nie przeszkadzała mu w tym obecność Alvaro, bo ten też był gejem, to po pierwsze, po drugie - najwyraźniej był w związku z jego bratem, a po trzecie... no, wszyscy znali się chyba na tyle długo i na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że w tym gronie raczej nie należało spodziewać się rozbitego nosa w "podziękowaniu" za to, że rozsiewa się gejozę po świecie, prawda?
- Przepraszam cię, Alvaro, wiesz, że wcale tak nie myślę - odezwał się po chwili, podnosząc głowę z ramienia ukochanego i kładąc dłoń na środku blatu, w taki sposób, żeby Salvatierra miał możliwość odwzajemnić gest, jeśli tylko będzie chciał. Ku uldze Salazara - najwyraźniej miał, bo chwilę później inżynier przykrył jego dłoń swoją własną dłonią, ściskając ją krótko, ale dość mocno.
- A ty, mój profesorku - zwrócił się po chwili do męża; nazywał go tak czasami właściwie odkąd Sergio zaczął nosić okulary, lata temu. - Dziękuję ci za bycie głosem rozsądku. - pogłaskał go czule po policzku i również sięgnął po sztućce i talerz, praktycznie w tym samym czasie, w którym za jedzenie zabrał się wreszcie ALvaro.
Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra Sergio Martinez
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie chciał umierać, bał się tego, ale jednocześnie w tym momencie wiedział, że to już długo nie potrwa, że tylko będzie słabł (chyba, że ta fantastyczna terapia zadziała - tylko po co?); ale teraz też nie chciał już dłużej żyć.
Stał, gapiąc się w niebo, w odległe światła miasta, w światło latarni wokół którego zbierały się pierwsze w tym roku owady i żegnał się z tym wszystkim, powoli dojrzewając do tego, żeby po prostu zniknąć w odpowiednim momencie, tak, żeby przynajmniej tym nie sprawić nikomu kłopotu.
Przemknęło mu przez głowę, że takie myśli oznaczają użalanie się nad sobą, że nie ma prawa tak myśleć, nie ma prawa odczuwać tego bólu, ale z drugiej strony dosłownie nie widział dla siebie jakiejkolwiek przyszłości i jej sensu, skoro był takim wrzodem na tyłku i skoro nie umiał nawet utrzymać związku z kimś, kto kochał go od lat, a chwilę po wejściu wreszcie w związek jednak miał go wyżej uszu. I owszem, słyszał to, co mówił Alvaro - że go kocha, że mu zależy; ale to łamało Santiago jeszcze bardziej, bo czuł, że na to nie zasługuje, skoro jednocześnie tak bardzo wyprowadza Salvatierrę z równowagi swoją osobowością.
Po chwili odwrócił lekko głowę w stronę salonu, gdy usłyszał, że być może to jego maskowanie tak bardzo zaczęło denerwować Alvaro, bo wcześniej Tiago udawał, że nie żyje - i to było dla Kocura jak olśnienie. Tak, może o to chodziło, skoro Alvaro sam to powiedział. Czyli tak naprawdę sedno nie tkwiło w samym ukrywaniu uczuć i emocji jako takim, tylko w strachu, co może się za nimi kryć, skoro już raz nikt nie zauważył u niego myśli samobójczych i tego, że jest chory.
Łzy stanęły mu w oczach, kiedy usłyszał, jak Alvaro mówi, że Tiago chciałby, żeby chłopak zapamiętał go takim, jakim był kiedyś, żeby pamiętał tę studniówkę i żeby nie miał nigdy przed oczami widoku tego, jak Kocur upada. Tak, tego chciał, ale już nie cofnie tego widoku sprzed oczu Palermo. I tak bardzo chciałby wrócić teraz do tamtych czasów, do tej studniówki, do momentu, jak wszedł do sali ubrany w swój najlepszy smoking, jak zatańczył z tym dzieciakiem, jak cała sala się na nich gapiła...
Odetchnął głęboko kilka razy, starając się powstrzymać te łzy, które na szczęście nie były na tyle silne, żeby móc wypłynąć z jego oczu - może więc kiedy wróci do salonu, nikt nawet nie zauważy śladu po nich. Chociaż nie był tego wcale taki pewien, bo gardło też ścisnęło mu się kilka razy na tyle mocno, że nie mógł złapać tchu przez jakiś czas. Wreszcie jednak rzucił niedopałek do popielniczki, przetarł twarz dłońmi, znów odetchnął i wrócił do środka. Usiadł ciężko obok Alvaro i napił się wina, mając nadzieję, że jego oczy nie są zaczerwienione i wilgotne (były). Nie bardzo wiedział, co powiedzieć, obawiał się również na kogokolwiek spojrzeć. Nie był pewien, czy jeśli teraz spróbuje zmienić temat, to znów nie zrobi czegoś, co kogoś innego może rozwścieczyć, więc siedział, patrząc w wino w swoim obracanym w palcach kieliszku, odchylony na oparcie krzesła, z jedną ręką zarzuconą poza nie.
- Chciałbym móc nie wyrzucać z siebie wszystkiego - zaczął wreszcie ochrypłym głosem, wciąż nie podnosząc wzroku z kieliszka - Mogę? Jest to dla mnie trudne, nie chcę okazywać słabości i teraz, kiedy to mówię, czuję, że już i tak dostatecznie ją okazuję.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez