Do Santiago docierała ta rozmowa - nie w całości, nie wszystko zdołał usłyszeć, zwłaszcza kiedy ktoś ściszał głos, ale najważniejsze elementy słyszał i rzeczywiście to co mówił Alvaro, powoli go trochę uspokoiło. Nie całkiem - ale przypuszczał, że do całkowitego uspokojenia tak czy inaczej będzie potrzebował rozmowy z Salvatierrą. Jemu jednak też w kilku momentach pękło serce, kiedy słyszał to wszystko. Wiedział, że Alvaro na nim zależy, że go kocha, jednak rzeczywiście zaczął mieć wątpliwości co do tego, czy to jest miłość
do niego, czy do takiego Tiago, jakiego Alvaro chciał widzieć, skoro dwa razy zrobił mu awanturę o ukrywanie emocji i zaczęło się to po ich wejściu w związek - Santiago zastanawiał się, czy przypadkiem nie chodziło o to, że teraz młody daje sobie prawo do tego, żeby go zmienić, ulepić na swoją modłę, że będzie go trenował do bycia dobrym mężem, jakiego sobie chłopak wymarzył. I w coś takiego zdecydowanie nie chciał się pakować - bo był skłonny starać się dla niego zmienić, zresztą próbował to robić; ale nie za wszelką cenę i nie nagle. Nie był w stanie zmienić się nagle i zacząć okazywać wszystkich swoich uczuć i słabości; jak również - nie był w stanie okazywać ich każdemu. Kiedy wyszedł na papierosa, poważnie zastanawiał się nad rozmową o rozstaniu, jeśli to by miało tak wyglądać. Zdawał sobie sprawę z tego, że obaj by to bardzo źle przeżyli, ale jednocześnie nie miał sił na tego typu walki. Zaczynał już sądzić, że faktycznie zupełnie nie nadaje się do jakichkolwiek związków - nawet tych, które zdawały się być na z góry wygranej pozycji, bo przecież miłość trwała latami, a nawet dziesięcioleciami. Nawet tu szybko okazało się, że jednak się nie nadaje, że jest
za bardzo sobą i to jest nie do zniesienia. Wściekłość powoli przerodziła się w nim w rozpacz, przyszły mu do głowy myśli o tym, żeby po prostu definitywnie zakończyć to wszystko i nie sprawiać nikomu więcej kłopotu swoją osobą. Zaczął żałować, że nie zrobił tego wcześniej, zanim ktokolwiek dowiedział się o jego dalszej egzystencji - pluł sobie w brodę, że nie miał do tego siły wcześniej i musiał po raz kolejny namieszać w życiu ludzi, których kochał po prostu samym tym, że istniał.
Nie chciał umierać, bał się tego, ale jednocześnie w tym momencie wiedział, że to już długo nie potrwa, że tylko będzie słabł (chyba, że ta fantastyczna terapia zadziała - tylko po co?); ale teraz też nie chciał już dłużej żyć.
Stał, gapiąc się w niebo, w odległe światła miasta, w światło latarni wokół którego zbierały się pierwsze w tym roku owady i żegnał się z tym wszystkim, powoli dojrzewając do tego, żeby po prostu zniknąć w odpowiednim momencie, tak, żeby przynajmniej tym nie sprawić nikomu kłopotu.
Przemknęło mu przez głowę, że takie myśli oznaczają użalanie się nad sobą, że nie ma prawa tak myśleć, nie ma prawa odczuwać tego bólu, ale z drugiej strony dosłownie nie widział dla siebie jakiejkolwiek przyszłości i jej sensu, skoro był takim wrzodem na tyłku i skoro nie umiał nawet utrzymać związku z kimś, kto kochał go od lat, a chwilę po wejściu wreszcie w związek jednak miał go wyżej uszu. I owszem, słyszał to, co mówił Alvaro - że go kocha, że mu zależy; ale to łamało Santiago jeszcze bardziej, bo czuł, że na to nie zasługuje, skoro jednocześnie tak bardzo wyprowadza Salvatierrę z równowagi swoją osobowością.
Po chwili odwrócił lekko głowę w stronę salonu, gdy usłyszał, że być może to jego maskowanie tak bardzo zaczęło denerwować Alvaro, bo wcześniej Tiago udawał, że nie żyje - i to było dla Kocura jak olśnienie. Tak, może o to chodziło, skoro Alvaro sam to powiedział. Czyli tak naprawdę sedno nie tkwiło w samym ukrywaniu uczuć i emocji jako takim, tylko w strachu, co może się za nimi kryć, skoro już raz nikt nie zauważył u niego myśli samobójczych i tego, że jest chory.
Łzy stanęły mu w oczach, kiedy usłyszał, jak Alvaro mówi, że Tiago chciałby, żeby chłopak zapamiętał go takim, jakim był kiedyś, żeby pamiętał tę studniówkę i żeby nie miał nigdy przed oczami widoku tego, jak Kocur upada. Tak, tego chciał, ale już nie cofnie tego widoku sprzed oczu Palermo. I tak bardzo chciałby wrócić teraz do tamtych czasów, do tej studniówki, do momentu, jak wszedł do sali ubrany w swój najlepszy smoking, jak zatańczył z tym dzieciakiem, jak cała sala się na nich gapiła...
Odetchnął głęboko kilka razy, starając się powstrzymać te łzy, które na szczęście nie były na tyle silne, żeby móc wypłynąć z jego oczu - może więc kiedy wróci do salonu, nikt nawet nie zauważy śladu po nich. Chociaż nie był tego wcale taki pewien, bo gardło też ścisnęło mu się kilka razy na tyle mocno, że nie mógł złapać tchu przez jakiś czas. Wreszcie jednak rzucił niedopałek do popielniczki, przetarł twarz dłońmi, znów odetchnął i wrócił do środka. Usiadł ciężko obok Alvaro i napił się wina, mając nadzieję, że jego oczy nie są zaczerwienione i wilgotne (były). Nie bardzo wiedział, co powiedzieć, obawiał się również na kogokolwiek spojrzeć. Nie był pewien, czy jeśli teraz spróbuje zmienić temat, to znów nie zrobi czegoś, co kogoś innego może rozwścieczyć, więc siedział, patrząc w wino w swoim obracanym w palcach kieliszku, odchylony na oparcie krzesła, z jedną ręką zarzuconą poza nie.
-
Chciałbym móc nie wyrzucać z siebie wszystkiego - zaczął wreszcie ochrypłym głosem, wciąż nie podnosząc wzroku z kieliszka -
Mogę? Jest to dla mnie trudne, nie chcę okazywać słabości i teraz, kiedy to mówię, czuję, że już i tak dostatecznie ją okazuję.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez