-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Gdy wspomniał więc o chęci odkupienia od Russo słynnego dramatu, stwierdziła, że nie było chyba potrzeby zmniejszania ich całkiem ładnego zbioru książek, bo przecież jak już dotrą do jakiegokolwiek — w końcu nie mogła już mieć pewności, że uda im się dotrzeć do Mediolanu — miasta to z pewnością znajdą ten tytuł w jakiejkolwiek księgarni. A może nawet będą mieli szczęście trafić do antykwariatu i tam wygrzebać jakiejś starsze, a więc robiące jeszcze większe wraże, wydanie.
Może to było tylko jakiejś głupie dożynkowe święto, ale chciała się trochę wystroić. Chyba dla własnego dobrego samopoczucia — delikatnych makijaż oczu, ale za to mocne usta, do tego włosy splecione na wzór bajkowej Elsy, bo Sofia nalegała, aby właśnie tak się uczesała. Nawet pożyczyła jej swoją czerwoną gumkę z podobizną tej słynnej, disneyowej królowej!
No i może właśnie dlatego zrobiła taką furorę przy dziewczynkach? Podczas kiedy ich matki piły wino, plotkowały i zajadały się przeróżnymi przekąskami z pomidora, ona plotła warkocze, robiła kucyki i inne koczki, biorąc za zapłatę rozpromienione uśmiechy i pełne ekscytacji piski. I tyle jej naprawdę wystarczyło.
Ze swojego miejsca pod drzewem dobrze widziała Dantego. Nie miała aż tyle wolnego czasu, aby patrzeć i liczyć, ile podobnych kubeczków z bimbrem zdołał wypić, ale chyba też ją to nie interesowało, a przynajmniej już. W końcu ustalili wcześniej, że był dorosły i mógł sobie robić co chciał i z kim chciał. Można by jednak zauważyć, że na jego nieszczęście, Włosi mieli manierę dosyć głośnego gadania, tak jakby dźwięk gitary akustycznej oddalonej od nich o dobre pięćdziesiąt metrów stanowił dla nich ogromną konkurencję i musieli ją przekrzyczeć. Także słyszała wszystko. Dosłownie wszystko, a zwłaszcza tą pieprzoną Beatrice.
I tego było już za wiele. Niby głupie stwierdzenie, zwykłe nawiązanie do włoskiej kultury, a przede wszystkim literatury, ale Else dotknęło na tyle mocno, że oddech znacznie przyspieszył, a dłonie, które przez ostatnie godziny zajmowały się dziecięcymi włosami, zaczęły lekko drżeć.
Tego było już chyba po prostu za dużo. Pogłaskała małą dziewczynkę, której fryzurkę właśnie skończyła, po głowie, po czym wstała i po prostu zaczęła iść. Gdziekolwiek. Przed siebie. Byle jak najdalej. Z rozbieganymi po wszystkich możliwych stronach myślami nie rejestrowała nawet, w którą stronę, kiedy skręciła. Jeśli Dante ją zdążył zauważyć i nawoływać, nie reagowała. W głowie słyszała tylko to pieprzone imię. Pieprzone imię pieprzonej modelki, z którą Dante spędził cały wieczór i noc, nie myśląc o żadnych konsekwencjach. Bo najważniejsze było się nachlać i naćpać.
Pieprzona Beatrice.
Jeszcze ją poznał we Florencji!
Dotarła do maleńkiego stawu czy tam jeziora i usiadła na samym końcu tego niepewnego konstrukcyjnie pomostu, mocząc w tafli wody swoje stopy, z których chwilę wcześniej ściągnęła sandały.
Musiała się uspokoić, ale jak miała to zrobić, kiedy wszystko szło nie tak, kiedy ktoś nazywał ją innym imieniem, a on nawet nie potrafił wykrztusić z siebie tego poprawnego? Nagle zapomniał jak w żartobliwy sposób można było zmienić ton rozmowy? Tak jakby wyleciało mu z głowy jej imię, a w jego miejsce wskoczyło to należące do innej kobiet, a jedyne co ten jego przechlany mózg pamiętał to tyle, że ona na pewno nie była nią.
Od wczoraj nie potrafiła poradzić sobie z absolutnie niczym. Nie wiedziała nawet, czy nadal miała pracę. To chyba właśnie bolało ją najbardziej, kiedy przestawała myśleć o wszystkim innym. Ta okropna, paraliżująca niepewność. Czy po tym wszystkim, co się wydarzyło, wciąż mogła z bezczelną chęcią jechać do Mediolanu? Czy ktoś jeszcze na nią czekał? Czy jej miejsce nadal tam było? Czy może Dolore juz dawno znalazł nową fryzjerkę, a ona nawet nie miała odwagi zapytać czy sprawdzić maila?
Zresztą jak mogła mówić o jakiejkolwiek podróży do Mediolanu skoro nawet nie potrafiła tam dojechać bez problemów? Bo to co mogło pójść źle to oczywiście, że poszło! Elsa, królowa zamieszania potrafiła spieprzyć wszystko! Nawet adresu nie umiała dobrze wpisać w nawigację! Więc może to i lepiej, że samochód się popsuł? Zrobił jej tak naprawdę przysługę, żeby się nie pogrążała jeszcze bardziej. Bo dlaczego cokolwiek miałoby pójść po jej myśli? Po co?
Elsa zacisnęła mocniej usta, ukrywając buzię w dłoniach, które zaczynały drżeć coraz bardziej.
Wszystko, czego dotknęła, zamieniało się ostatnio w jeden wielki bałagan. Praca — niepewna. Podróż — skopana. Samochód — zepsuty. Dante — pijany, naćpany i najwyraźniej zbyt zajęty wspominaniem swojej ulubionej modelki.
A ona?
Ona nie potrafiła nawet przejść przez to wszystko z podniesioną głową tylko uciekła i naprawdę miała ochotę zniknąć.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zresztą, nawet gdyby rzeczywiście jakaś istniała, obchody święta pomidora – wraz z tymi ostatnimi przygotowaniami do nich – okazały się skutecznym powodem, by jej opowiedzenie przełożyć na kiedy indziej. Lub nigdy, zależnie od tego, czy jeszcze kiedyś miałaby nadarzyć się ku temu okazja.
Szkoda tylko, że jednocześnie całe te obchody cholernego warzywa – lub owocu, bo podobno i taką wersję można byłoby przyjąć – nie stały się także dobrym powodem do tego, by pozytywna atmosfera utrzymała się na dłużej i żeby sprawa z poprzedniego wieczora mogła tak po prostu rozejść się po kościach. A przecież przynajmniej przez jakiś czas wszystko zdawało się zmierzać w całkiem dobrym kierunku – Dante zdążył już niemal zupełnie powrócić do życia i najwyraźniej póki co nie zamierzał zmieniać tego za sprawą podsuniętego mu alkoholu, towarzystwo z kolei najwyraźniej w ciągu tych kilku chwil uznało ich już za swoich, nawet jeśli żadne z nich nie było w stanie porozumiewać się z nikim po włosku, a Elsa… Zerkając co jakiś czas w jej kierunku, musiał chyba dojść do wniosku, że i ona bawiła się całkiem nieźle. A przynajmniej w ten właśnie sposób interpretował widoczny na jej twarzy uśmiech, z jakim zajmowała się tworzeniem kolejnej dziecięcej fryzury, która momentalnie robiła furorę wśród otaczającego ją wianuszka dziewczynek.
I akurat wtedy, w tym najmniej odpowiednim momencie – a istniałby w ogóle jakiś bardziej odpowiedni…? – absolutnie wszystko musiało się koncertowo spieprzyć.
Nie zastanawiał się ani przez moment, zauważając jak jego dziewczyna podnosi się ze swojego miejsca i kieruje się z dala od całej tej pomidorowej imprezy. Dotychczasowemu towarzystwu nie rzucił nawet żadnego słowa wyjaśnienia, pozostawiając im tylko ten nietknięty kubek i natychmiast ruszając za nią.
– Els! Elsa… – oczywiście, że nie zapomniał jej imienia, tak samo jak oczywistym miało być najwyraźniej to, że mimo wszystko nie zamierzała na nie zareagować – nawet jeśli był pewien, że musiała go przecież usłyszeć.
Tylko na chwilę pozwolił sobie, żeby stracić ją z oczu – kiedy jedna z oczekujących na fryzurę dziewczynek zaczepiła go, pytając o coś niezrozumiałego po włosku i kiedy mimowolnie musiał na moment zawiesić na niej spojrzenie. I chociaż pewnie rzucone pod nosem kolejne przekleństwo nie było raczej tą właściwą odpowiedzią na zadane pytanie – ani też odpowiednią, jeśli wzięło się pod uwagę wiek pytającej… – ale tym chyba nie miał aktualnie zamiaru się przejmować. Zresztą, istniała przecież całkiem spora szansa na to, że mała nie znała mimo wszystko tych mniej popularnych angielskich przekleństw i że w związku z tym słowa Dantego pozostały dla niej dokładnie taką samą zagadką, jak dla niego jej wcześniejsze pytanie.
Przez tę krótką przerwę dotarł do zajętego przez Elsę pomostu o tych kilka chwil później, niż mógłby sobie tego życzyć. Widząc ją jednak na końcu drewnianej konstrukcji, nie musiał zastanawiać się ani przez chwilę, zanim zdecydował się podejść bliżej. Może i nie miał pewności, czy tłukące się w piersi serce było wynikiem zbyt pospiesznego kroku, jakim starał się ją dogonić oraz tego, że być może po intensywnie spędzonym wieczorze i nocy, wciąż jeszcze nie doszedł do siebie tak do końca, czy… może jednak większy związek miało to z tym durnym nawiązaniem do Beatrice oraz wynikającą z niego reakcją Elsy. Z całą pewnością wiedział za to, że nie miał zamiaru zostawiać jej samej sobie.
Niezależnie od tego, co miałoby z tego wyniknąć.
Choć akurat ta ostatnia myśl zatrzymała go o tych kilka kroków od dziewczyny, nie dając mu tak po prostu usiąść obok niej.
– Els… Wiesz, że to… – zaczął, podchodząc jeszcze o ten jeden krok bliżej i być może w porę orientując się, że żadne to nic takiego, czy temu podobne stwierdzenia nie były w tym momencie najlepszym, na co mógłby się zdecydować. – Nie musiałaś uciekać, przecież…
Przecież w uciekaniu najlepiej radził sobie on, nie ona.
Ale zdecydowanie nie o to chodziło. Niestety, nawet wymruczana pod nosem, całkiem pasująca do całej tej sytuacji kurwa niespecjalnie temu wszystkiemu pomagała. Nabranie powietrza w płuca, żeby zacząć to raz jeszcze, tym razem jak należy – też nie. Ale skoro już to zrobił, to prawdopodobnie wypadałoby przynajmniej spróbować…
– To tylko jakieś durne nawiązanie, które nawet nie ma nic wspólnego z… – z nami? z tamtą Beatrice? Nie miał pojęcia i tym razem nie miał też pojęcia, jak mógłby w ogóle spróbować zacząć tę wypowiedź kolejny raz, by wreszcie udało się z niej stworzyć coś sensownego. Zamiast więc podejmować jakieś – najpewniej równie nieudane – próby, po prostu podszedł wreszcie do niej, siadając obok i wyciągając rękę, by objąć ją ramieniem. Wciąż jednak z pewną dozą niepewności, poniekąd po prostu spodziewając się, że lada moment każe mu się tak po prostu odsunąć. Albo sama to zrobi.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Bo w tym wszystkim, w tym całym bajzlu, który stworzył się z niewinnego wyjścia na skręta, była całkiem sama. Sama musiała błagać niemal na kolanach, aby siostra jednej z modelek zgodziła się wziąć udział w pokazie tak totalnie na ostatnią chwilę. Sama musiała wymyślić zastępczą fryzurę, której przygotowanie zajęło jej maksymalnie dwanaście minut, a która odzwierciedlałaby cały koncept stroju, który to miała założyć zamiast Beatrice. Sama ich spakowała. Sama ogarnęła wszystkie potrzebne rzeczy, aby Dante przeżył drogę bez większych problemów. Sama też zniosła te walizki, które ważyły łącznie chyba trzy razy więcej od niej samej. Ale sama też spieprzyła drogę do Mediolanu. Jeśli samochód się popsuł z czyjejś winy to na pewno z jej. I naprawdę się starała to wszystko naprawić! Zakładała kolejne maski, pokazując, że to wcale jej nie rusza, że przecież na pewno uda się znaleźć jakieś wyjście… i to działało. Znaleźli nocleg, mechanika… a ona relaksowała się, robiąc to co lubiła najbardziej — zajmując się dziecięcymi włosami — słuchając jak jej małe klientki z ekscytacją chwaliły się nowymi fryzurami zarówno koleżankom jak i rodzicom. Ale to przyrównanie jej do Beatrice, choć naprawdę nie miało nic wspólnego z tamtą modelką, było tą ostatnią cegiełką, która dołożona do tego wszystkiego, co trzymała na swoich barkach, sprawiła, że wszystko inne legło, przygniatając ją boleśnie do chłodnego podłoża.
Myślała, że uda jej się trochę posiedzieć w spokoju, uspokoić, odgonić głupie pomysły, które nawiedzały ją od wczoraj przynajmniej kilka razy w ciągu paru godzin. Ale nie. Znalazł ją.
— Nie uciekam… myślę — burknęła, zaciskając dłonie na swoich włosach. Oczywiście, że uciekała tylko ten głupi staw ją zatrzymał. Przez moment zastanawiała się czy mogłaby go spokojnie przepłynąć wzdłuż, ale najwyraźniej musiała dojść do wniosku, że zmęczenie chyba nie sprzyjało podobnym aktywnościom. — Mówiłam, żebyś mnie zostawił… — dodała po chwili. I cóż… mówiła, ale tylko do siebie i to w swojej głowie. Jednak czy było to aż tak istotne? Powinien przecież umieć czytać w jej myślach. Dlaczego nie potrafił?
Kiedy wspomniał o tym całym durnym porównaniu, oderwała wreszcie dłonie od twarzy i wstała gwałtownie, gdy ten wyciągnął rękę by ją objąć.
Chyba sobie jaja robił.
— Ty myślisz, że to wszystko przez to, że mnie nazwali Beatrice? Masz mnie za jakąś głupią histeryczkę, co to nie zna historii Dantego i jego ukochanej? Tylko dlaczego to musiało paść akurat dzisiaj? Dlaczego, kiedy staram się jakoś układać jeden klocek do drugiego… dlaczego to wszystko musi się faen sypać?! Nie widzisz tego, prawda? Nie widzisz jak… jak ja… próbuję nie utonąć? Jak się naprawdę staram? — Rozejrzała się nerwowo dookoła, nie wiedząc czy w tym momencie sprawdzała, czy nikt nie słyszał ich rozmowy, czy może szukała drogi do dalszej ucieczki. Choćby na boso, w końcu założenie butów zajęłoby zdecydowanie za dużo czasu.
— Zrezygnowałam z kilku marzeń. Dla ciebie! Zapomniałam o pierścionku a obrączce… pogodziłam się z myślą, że jedyne dzieci jakie mogłabym przytulić to będą dzieci moich znajomych… bo wiem, że nie tak wyobrażałeś sobie swoje życie, a ja chcę ciebie w moim! Ale dlaczego… dlaczego Dante postanowiłeś zabrać mi to ostatnie? Przez to, że spędziłeś całą noc z Beatrice… pytałeś jak dojedziemy do Mediolanu… ja przez wasze schadzki nawet nie wiem czy mam po co tam jechać! W Wenecji tak się na mnie wydarł i zagroził, że jak nie ogarnę tej sytuacji to mogę zapomnieć o jakimkolwiek pokazie, chyba że sama sobie go narysuję! Moje jedyne marzenie, które trzyma mnie w pionie może pójść się jebac, a ty mi mówisz, że przejmuję się jakimś przyrównaniem do pieprzonej Beatrice?!
Płakała. Rzadko to robiła. Cały smutek zawsze ukrywała pod uśmiechem numer trzy. Ale maska pękła, a ona nie miała nic czym mogłaby ją posklejać. Chyba że tą kupą gówna, w którą się władowała i nie potrafiła wydostać.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet jeśli ta miałaby oznaczać tyle, że zwyczajnie nie zamierzał zostawiać jej na tym cholernym pomoście samej.
Nie mógł być w żaden sposób zaskoczony, kiedy tak gwałtownie zerwała się na równe nogi, tym samym odsuwając się od niego. Właściwie… zarówno to, jak i jej wybuch, który nastąpił ledwie chwilę później było chyba lepsze od tego, gdyby miała wciąż upierać się przy swoim udawaniu, że byli w stanie przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego i że z całą sytuacją mogła poradzić sobie z tym nienaturalnym spokojem. To akurat mogłoby co najwyżej jeszcze bardziej zagęścić atmosferę wokół nich, a to z kolei… raczej mało prawdopodobne było, żeby okazało się korzystne dla któregokolwiek z nich – czy to z osobna, czy też razem.
– Nie, nie myślę, że to tylko przez to. Po prostu… – wstał, odwracając się w jej stronę i przez moment chyba nawet mając zamiar ponownie zmniejszyć odległość, jaka ich dzieliła. W miejscu zatrzymały go jednak jej kolejne słowa – te same, które w jednej chwili sprawiły, że jakkolwiek chciałby tę swoją wypowiedź zakończyć… musiał dojść do wniosku, że i tak nie miało to najmniejszego sensu.
Bo na to akurat nie był gotowy.
Mógł jakoś wytłumaczyć się z wszystkiego tego, co zadziało się po tym durnym wyjściu na skręta. Mógł przyznać, że – znów… – popisowo coś zjebał i że denerwowała się na niego całkiem słusznie. Mógł nawet – być może całkiem szczerze, przynajmniej jak na ten moment – obiecać, że naprawdę postara się trochę częściej myśleć przed podjęciem kolejnej, fatalnej w skutkach decyzji…
Ale za cholerę nie wiedział, jak mógłby odpowiedzieć jej na to, że rezygnowała ze swoich marzeń. Dla – przez – niego. Przecież nie tego od niej oczekiwał i tym bardziej – w żadnym razie nie wymagał od niej rezygnowania z czegokolwiek. Tego nawet nie mógł od niej wymagać i chyba nic dziwnego, że słysząc to wszystko… czuł się po prostu jak skończony dupek, który zmuszał swoją dziewczynę do tego, żeby całe swoje życie układała pod niego. Podczas gdy on sam uznawał to za całkiem naturalny bieg rzeczy i…
…i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.
A to – paradoksalnie – wcale nie sprawiało, że miałby się z tym czuć jakkolwiek lepiej.
– Poczekaj… co? Jak to wydarł się na ciebie? Przecież nie miałaś z tym wszystkim nic wspólnego, nie możesz odpowiadać za to, że… – jestem idiotą i Beatrice najwyraźniej też. Pewnie mogłoby to być całkiem niezłe uzupełnienie tego urwanego zdania, ale… tego chyba nawet nie musiał mówić na głos. Zwłaszcza, że zamiast tego naprawdę wolałby zapewnić ją, że jakoś to ogarnie i naprawi. Ale tego akurat zrobić nie mógł, doskonale wiedząc, że najpewniej nie istniał żaden dobry sposób, dzięki któremu miałby faktycznie naprawić cokolwiek. – Kurwa... To nawet nie ma sensu. Nie może cię wywalić tylko dlatego, że wyszedłem na imprezę z jakąś cholerną modelką i że przez to nie pojawiła się na pokazie…
Tak samo, jak nie miało kompletnie żadnego sensu to, że – znów! – konsekwencje jego idiotycznych decyzji uderzały w osobę, na której naprawdę mu zależało, a która w żaden sposób nie była przecież odpowiedzialna za to, że najwyraźniej jak dotąd Dante wciąż nie potrafił nauczyć się, że niektóre działania – zwłaszcza te całkowicie durne – faktycznie ciągnęły za sobą konsekwencje. Czasami w dodatku znacznie szersze niż te, których mógłby się spodziewać, gdyby… No właśnie. Gdyby w ogóle zaprzątał sobie głowę czymś tak przyziemnym, jak przejmowanie się tymi całymi konsekwencjami…
Co gorsza, nawet gdyby kwestia tego cholernego pokazu w Mediolanie miała rozwiązać się pozytywnie… wciąż nie zmieniało to faktu, że pozostawało jeszcze wszystko to, co Elsa zawarła na początku swojej wypowiedzi.
Choć może tym wcale nie musiał się już przejmować, bo jeśli rzeczywiście przez swoją głupotę miałby zrujnować to jej jedyne marzenie, które jej pozostawało… Cała reszta mogła już nie mieć znaczenia, bo przecież mogłaby zrealizować je z kimś…
Nie.
Tej możliwości zdecydowanie nie miał zamiaru brać pod uwagę, podchodząc do niej ponownie – dość blisko, by móc chwycić ją za dłoń. Choć przed tym gestem mimo wszystko zawahał się przez moment.
– I… Els, ja naprawdę nie chcę, żebyś przeze mnie rezygnowała z jakichś swoich marzeń… – sięgnął w końcu po jej rękę, na niej zresztą zawieszając na moment spojrzenie, zanim zdecydował się ponownie skupić je na jej oczach. – Nie mam dla ciebie pierścionka, ale przecież wiesz, że mi na tobie zależy i… I chcę, żebyś była szczęśliwa. Ze mną. Bez… rezygnowania z czegoś.
Mógł chyba uznać, że w szczególności końcowa część tego ostatniego zdania wypadła co najmniej dość kulawo, ale… chyba nie powinno to zbytnio zaszkodzić ogólnemu wydźwiękowi. A przynajmniej taką miał nadzieję. Bo może i rzeczywiście nie spieszyło mu się do tego, by wpisywać ich związek w te stanowczo zbyt oficjalne ramy małżeństwa, ale wcale nie zmieniało to faktu, że to właśnie z nią chciał być. Nawet jeśli nie zdarzało mu się zbytnio skupiać na przyszłości – zwłaszcza tej dość odległej – to jednak właśnie ją mógłby widzieć u swojego boku, gdyby kiedykolwiek miał się nad tym zastanowić.
Choć może jak dotąd traktował to jako coś zbyt oczywistego tylko dla niego, skoro okazywało się, że Elsa postrzegała to w nieco odmienny sposób…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nie chciała też jego obietnic. Już raz jej coś obiecał… i nie wypaliło. Nie zamierzała przeżywać tego po raz kolejny.
Naprawdę starała się nie wybuchnąć. Miało obyć się bez krzyków, a przede wszystkim bez płaczu. Nie lubiła swoich łez, bo one jasno wskazywały, że po prostu traciła kontrolę i wszystko wymykało jej się z rąk. Ale tym razem nie potrafiła tego zatrzymać. Gdy poczuła jak widok przed oczami zaczyna jej się rozmazywać od tej słonej osłonki, a policzki robią się coraz bardziej mokre, a wraz znika szyja i dekolt, odwróciła się od niego i tymi drżącymi dłońmi zaczęła szybko się wycierać. Tak jakby chciała czym predzej ukryć wszystkie ślady zbrodni — w tym wypadku jej kompletnej bezsilności.
—Jajco. Może gdyby nikt was nie widział… Ale wszyscy widzieli. Jeszcze wysłała smsa do dziewczyn, że wychodzę z Dante, ale super, trzymajcie kciuki, weee! — Wykrzywiła twarz, próbując przybrać jak najbardziej karykaturalną minę słodkiej idiotki, nie wspominając o tej podróbce głosu samej Beatrice. Dolore miał rację, może powinna zmienić profesję i zatrudnić się w teatrze? — Gdybyś nie był moim chłopakiem to oberwałoby się tylko Beatrice. Ale jesteś, więc dostałam rykoszetem za twoje mądre pomysły! W dniu pokazu… w pieprzony dzień pokazu, godzinę przed jego rozpoczęciem poszedłeś na imprezę z główną modelką! Nie mówię, że miałeś ją za rączkę odprowadzić do Riccardo, ale wystarczyło po prostu nie iść z nią… tak żebym po rozmowie z tobą pomogła wszystkim powiedzieć, że nie ma jej z tobą, zamiast słyszeć jak się podnieca jakąś piosenką i wyciąga cię na parkiet! A tak? Tak to wyszło jak jakiś sabotaż i chęć zniszczenia całego tego eventu! A że ja byłam pod ręką to oberwałam za całokształt, także serdecznie panu dziękuję — Złapała za materiał rozkloszowanego dołu sukienki i z niezwykłą gracją ukłoniła się przed chłopakiem. On miał to szczęście, że zazwyczaj spadał na cztery łapy. Gdy wpakowywał się w jakieś kłopoty, jakoś z nich zawsze wychodził, czy to z pomocą innych osób, czy po prostu biorąc to wszystko na przeczekanie… Ale tutaj nie było rozwiązania. Bo też nie on miał za to wszystko beknąć, a ona. I sama nie wiedziała jak można było naprawić tę sytuację. Chyba pozostało jej jedynie modlić się do wszystkich możliwych bóstw na świecie, żeby Dolore miał dobry dzień. Albo żeby jakaś panna mu się oddała, co również skutkowałoby poprawą humoru, dzięki czemu uznałby, że da już spokój tej głupiej Norweżce i pozwoli dokończyć pracę. W końcu został tylko ostatni pokaz.
Drgnęła niespokojnie, kiedy złapał ją za dłoń, jednak nie wyrwała się. Ten przyjemnie ciepły dotyk zdawał się koić cały jej układ nerwowy, który w tej chwili szalał jak po porządnej ścieżce amfetaminy.
— Nie masz i mi nie dasz. Musisz się precyzyjniej wysławiać. Ale w porządku, pogodziłam się z tym, nie potrzebuję tego. I… wiem? Czy wiem, że ci na mnie zależy? No właśnie czasem się nad tym zastanawiam! Słyszę jak mówisz, że mnie kochasz, widzę jak się o mnie troszczysz, jak szybko reagujesz przy moich napadach paniki… Ale to wszystko jest na konkretny moment! Dante, a co z przyszłością? Na jaki krok jesteś w stanie się zdecydować? Przecież to ja pierwsza powiedziałam, że kocham, ja podjęłam decyzję o tym, że chcę cię w swoim życiu! I zapewniłam ci wszystko w domu, żebyś mógł w nim już zostać z Murphym, a czuję pod żebrami, że sam tego nie wiesz! Masz to swoje mieszkanie, jakbyś zostawiał sobie jakiś plan B na wypadek… no właśnie, na wypadek czego? Jakbyś chciał przenieść gdzieś imprezę z klubu? Jakbyś chciał… co? — Nie rozmawiali nigdy o wspólnym zamieszkaniu, ale Elsa robiła tyle podchodów, żeby ten się wreszcie sam określił! Bo to chyba oczywiste, że ona chciała się przy nim budzić każdego ranka, zasypiać każdego wieczoru. Pół szafy mu oddała! No, może poza kilkoma niskimi półkami, w których trzymała pudła z suszarkami, lokówkami i innymi prostownicami. Łazienkę również podzieliła tak, aby mógł się w niej czuć nie tyle jak gość, ale co prawowity użytkownik. Prała jego bokserki ze swoją bielizną! Czy to nie był wystarczający sygnał, który miał mówić "zamieszkaj w końcu ze mną”?
Patrzyła na ich dłonie i wtedy jej wzrok utkwił a tej przeklętej bransoletce. Dosłownie przeklętej.
— Czuję się jakbym cię trzymała na uwięzi, wiesz? Że czasem sobie odpuszczasz tylko ze względu na mnie, żebym nie marudziła i nie gadała ci nad głową. A to wszystko przez nią. Przez to, że sobie ubzdurałam te sześć lat temu, że dawanie ci takiego prezentu tuż przed twoim wyjazdem to zajebisty pomysł. Może bez niej ułożyłbyś sobie normalnie życie i nie musiał się użerać ze mną..! — I znów zalała się łzami. To były mocne słowa, które z trudem przeszły jej przez gardło, ale naprawdę tak myślała. I to chyba przerażało ją najbardziej. Złapała więc za jego bransoletkę i szybko ją odpięła, a potem wyciągnęła ukrytą w zapięciu blaszkę i podała ją Dantemu.
Kocham. Els <3
Grawerunek wykonany jakby jej charakterem pisma. Bo choć sama go nie wykonała to napisała na karteczce całość i na jej podstawie zostało wykonane zamówienie. I jeszcze ta Els…. Bo tylko on był na tyle leniwą kluchą, żeby skracać czteroliterowe imię.
— Może jak nie będziesz tego miał… może się ode mnie uwolnisz i będziesz żył tak jak zawsze tego chciałeś…
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Bo czemu mielibyśmy się jakoś ukrywać, skoro chciała tylko zapalić…? – rzucił w pierwszej chwili, dodając jednocześnie parę wymruczanych pod nosem przekleństw. Te zresztą mogły być kierowane zarówno do samego siebie, jak i stanowić adekwatny komentarz dla Beatrice i tego jej trzymania kciuków. – No i nadal nie możesz przecież odpowiadać za to, co robię, kiedy… Nawet o niczym nie wiedziałaś! To… Przepraszam. Naprawdę nie miałem pojęcia, że to w ogóle może się jakoś na tobie odbić…
Bo przecież nie powinno. I wciąż nie miało sensu to, że mimo wszystko i tak oberwała za niego, nawet jeśli nie miała z tym wyjściem nic wspólnego i nie można było od niej oczekiwać, że mogłaby każdą chwilę poświęcać na pilnowanie, czy aby przypadkiem jej chłopak nie wpadł na jakiś kolejny durny pomysł. Albo nie postanowił się na jakiś zgodzić, gdyby ten miałby wyjść od kogoś innego. Właściwie… i tak przecież stanowczo zbyt często zajmowała się albo łagodzeniem skutków tychże pomysłów, albo mniej lub bardziej skutecznym wybijaniem mu ich z głowy…
– A co niby mogłoby się zmienić w przyszłości? – nie miał pojęcia, czy to kiełkujące powoli rozdrażnienie dotyczyło tego jej braku pewności co do tego, że miałoby mu na niej zależeć, czy raczej powinno skupiać się na nim samym. Przez to, że najwyraźniej nie potrafił okazać jej tego wystarczająco, by nie musiała mieć w tym względzie żadnych wątpliwości. I tak, zdawał sobie sprawę z tego, że w jakiś sposób musiało się ono odbić w jego głosie, ale… nie sądził, by był w stanie cokolwiek na to poradzić. – Chcę dalej być z tobą, czemu to nie miałoby wystarczyć?
Choć może faktycznie nie wystarczyło. Może powinien wziąć pod uwagę, że rzeczywiście potrzebowała od niego czegoś więcej. Nawet jeśli tym czymś więcej miałoby być coś pozornie tak banalnego jak zrezygnowanie z tego cholernego mieszkania, w którym i tak prawie już nie przebywał, a które wciąż wynajmował, bo… No właśnie – co?
– No i jasne, że pewnie nie potrzebuję tego pieprzonego mieszkania, tylko że… Cholera, Els, przecież nigdy nie wspomniałaś nawet, że… – urwał, przymykając na moment oczy, kiedy dotarło do niego, że tę kwestię może jednak faktycznie mogła pozostawić w sferze dobrze znanego domyśl się. I że nawet nie powinno być zbyt skomplikowanym zadaniem, żeby faktycznie się domyślić… – W porządku, nieważne. Nie potrzebuję tego mieszkania ani jakiegoś planu B, czy innego awaryjnego miejsca na imprezy.
Skapitulował, zdając sobie sprawę, że nie było najmniejszego sensu, by drążyć ten konkretny temat. W zasadzie… i tak przecież praktycznie mieszkali ze sobą, a on nie pamiętał nawet, kiedy ostatni raz zdarzyło mu się spędzić noc w tym cholernym wynajmowanym mieszkaniu. Właściwie nie miał już nawet zbyt wielu powodów, by w ogóle je odwiedzać, skoro większość jego rzeczy i tak znajdowała się w domu Elsy. I najwyraźniej była to kolejna sprawa, którą uznał za oczywistą – nawet jeśli pozostawała w tym idiotycznym zawieszeniu – a którą ona musiała postrzegać zupełnie inaczej…
Zmarszczył za to brwi, słysząc w jej kolejnej wypowiedzi, że za wszystko miałaby odpowiadać jakaś ona. Nie zdążył jednak w żaden sposób zaprotestować, mimowolnie przenosząc za nią spojrzenie w dół i wciąż nie do końca rozumiejąc, przyglądając się jak ściągała z jego nadgarstka bransoletkę. Dokładnie z tym samym niezrozumieniem wziął od niej blaszkę, o której istnieniu przez wszystkie te lata nie miał pojęcia i utkwił spojrzenie właśnie w niej. Być może na zdecydowanie zbyt długi czas niż potrzebny był na odczytanie tego krótkiego grawerunku – nawet w tym dość nikłym wieczornym świetle.
Nie miał pojęcia.
Przez cały ten czas nawet nie przyszło mu na myśl, żeby jakkolwiek majstrować przy zapięciu i spróbować szukać pod nim czegokolwiek. A więc przez cały ten czas nosił tę bransoletkę, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co faktycznie chciała mu przekazać Elsa, kiedy mu ją wręczała. I chyba dopiero teraz mógł zrozumieć, czemu tuż po ich przylocie do Włoch, kiedy siedzieli wspólnie w tej przypadkowej restauracji, tak się nią zainteresowała…
A później dotarły do niego kolejne jej słowa, po których gwałtownie przeniósł spojrzenie ponownie na nią.
– Przestań się wygłupiać, nie jestem z tobą przez jakąś bransoletkę! – zacisnął palce na tej nieszczęsnej blaszce, przez moment zdecydowanie zbyt wyraźnie mogąc wyobrazić sobie, że ta miałaby się wyślizgnąć i zniknąć na dobre, przelatując pomiędzy deskami pomostu. Albo jakby podejrzewał, że Elsa rzeczywiście miałaby chcieć całkiem celowo wyrzucić ją do jeziora. – Kocham cię i to nie ma z nią nic wspólnego. I na pewno nie chcę się od ciebie uwalniać, bo wcale nie czuję, żebyś miała mnie trzymać na uwięzi…
Sam ten pomysł brzmiał już przecież wyjątkowo absurdalnie, nawet jak na jego standardy. A to już było coś, skoro pewnie niewiele znalazłoby się takich, które z góry mógłby uznać za kompletnie durne…
– Chociaż tak, czasami odpuszczam, żebyś się musiała się przeze mnie denerwować. Tylko… – uniósł rękę, by delikatnie otrzeć spływające po jej twarzy łzy i ostatecznie pozostawić już swoją dłoń na jej rozgrzanym od emocji policzku. – …widocznie za rzadko. Albo po prostu nie zawsze to wychodzi tak jak powinno…
Bo oczywiście, że nie dało się ukryć, że niejednokrotnie zdarzało mu się porzucić jakiś idiotyczny pomysł, czy choćby pomyśleć o ugryzieniu się w język, tylko ze względu na nią. Nigdy jednak nie przyszło mu nawet na myśl, że miałby ją za to jakkolwiek obwiniać, czy uznać przez to, że w jakiś sposób go ograniczała. Przeciwnie – pewnie mógłby być jej co najmniej wdzięczny za to, że skoro nie potrafił słuchać własnego głosu rozsądku, to przynajmniej miał ją.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
W każdym razie, chyba chciała, aby z perspektywy czasu usłyszał to wszystko z czym Elsa musiała się zmierzyć. Bo choć mu ufała i wiedziała, że by jej nie zdradził to jednak słuchanie takich plotek o własnym chłopaku i to w chwili, kiedy nie mogła w żaden sposób zareagować, bo sytuacja i pozostały czas na to nie pozwalał, po prostu bolał.
Ona też nie spodziewała się, że wybryki Dantego jakkolwiek miałyby rzutować na jej pracę. Zwłaszcza, że wydawało jej się, że ostatnie dni pokazywały, że gdzieś tam odnalazła wspólny język z Dolore, pod warunkiem, że się pominęło to jego głupią tendencję do przekraczania jej przestrzeni osobistej. Ale to jak się wtedy na nią wydarł, jak zagroził, że zniszczy jej karierę… chyba pierwszy raz nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc przyjęła pokornie reprymendę i zabrała się za szukanie rozwiązania.
— Nie wiem! Ty mi właśnie powiedz, co z tą przyszłością! Już raz mnie w niej nie uwzględniłeś! A przynajmniej nie aż tak długoterminowo… — Poczuła kolejny nieprzyjemny ścisk w klatce piersiowej. To było podłe z jej strony, że wracała do tamtego rozstania, ale najwyraźniej nie pogodziła się z tym tak bardzo jakby sobie tego życzyła. Nie miała tego odpowiednio przepracowanego i dlatego każda niewiadoma budziła w niej paraliżujący niepokój. Dlatego panicznie potrzebowała mieć wszystko zaplanowane, obawiając się większych spontaniczności. W końcu te sześć lat temu mieli dla siebie zaplanowany rok. Rok związku na odległość. A reszta… przepadła, a ona razem z nią.
— Nic nie mówiłam, bo chciałam, żebyś to właśnie ty… żebyś ty to powiedział! Żebyś usiadł na kanapie, posadził mnie sobie na kolanach i zaproponował wspólne mieszkanie, tak… tak oficjalnie! Żebyśmy razem to zaplanowali, pomyśleli, potem żebyśmy w żartach wzięli psy na stronę i wyjaśnili im, że już zawsze będą razem, że Murphy nie będzie musiał spędzać czasu u Erica… cokolwiek. Chciałam, żebyś wyszedł z inicjatywą, ale nie wyjęcia do baru czy restauracji, tylko taką… sięgającą nieco dalej niż najbliższe dwie godziny czy dwa dni — Już nie krzyczała. Ewidentnie nie miała w tym wprawy, ponieważ kilka zdań wypowiedzianych znacznie głośniej niż zazwyczaj wywołały u niej zadyszkę i ból gardła. Do tego… śmiało mogłaby kandydować na królową pomidorów, ponieważ cała jej buźka zrobiła się czerwona i to nawet nie od rozmazanej przez łzy szminkę, a właśnie od buzujących w niej emocji, których było zdecydowanie za dużo jak na jej niewielkich rozmiarów osóbkę.
Patrzyła jak przyglądał się tej blaszce, którą specjalnie ukryła. Specjalnie, a jednocześnie nieświadomie. Bo gdy już tutaj we Włoszech zdradził jej, że w sumie to nawet polubił podarowaną mu bransoletkę, sugerując, że była częstym dodatkiem do jego ubioru, zastanawiała się jaki los by ją spotkał, gdyby ten grawer był na wierzchu? Przecież na miejscu Ivy nigdy nie pozwoliłaby mu nosić takiego prezentu. Może by więc go wyrzucił dla swietego spokoju? Albo ukrył w którymś pudle i zapomniał o jego istnieniu albo zapodział podczas przeprowadzki? A tak… to zawsze ją miał. Jak prawdziwy talizman, którego zadaniem było przyprowadzenie go do niej z powrotem. I który zawsze miał mu wskazywać drogę do tej, która kochała i czekała…
Podniosła gwałtownie głowę, kiedy to on krzyknął, deklarując, że to nie przez bransoletkę z nią był, choćby niewiadomo jak uparcie próbowała sobie wmówić, że rzuciła na nią jakieś zaklęcie, pod wpływem którego Dante musiał się znajdował przez te wszystkie lata.
I jeszcze to miękkie Kocham cię… czuła jak łzy znów napływały jej do oczu. Zdecydowanie za dużo płakała tego wieczoru i aż zaczynało jej być wstyd, jednak nim sama zdążyła zacząć się ponownie wycierać, to on starł kilka kropel z jej policzka, a gdy poczuła, że nie zamierzał zabierać z niego swojej dłoni, mimowolnie się w nią wtuliła.
Nigdy nie chciała go ograniczać. Jasne, denerwowała się, gdy wychodził na całonocne imprezy, ale to raczej dlatego, że nie lubiła nie wiedzieć, co się z nim działo. To chyba nie podchodziło pod jakąś toksyczną kontrolę, ale o zwykłą troskę. Bo przecież jak zaczął odbierać telefony i raz na jakiś czas pisać SMS-y, że nie leży nigdzie w rowie tylko po prostu poszedł chlać do Erica. Albo innego kumpla. No i pod warunkiem, że ta cała balanga nie trwała trzech dni.
— Nie wkurzasz się, że ją tam ukryłam? Że cię podpisałam jakbyś był moją własnością? — zapytała już kompletnie cicho, niemal szeptem. Chociaż nadal cała drżała, o czym świadczyły skrzypiące pod jej ciężarem deski pomostu.
Dante Levasseur