— 2.
❛ One should be able to see things as hopeless
and yet be determined to make them otherwise.
Dni upływały jeden za drugim, nasączone nieprzyjemną monotonią, w której jeszcze nie zdołał się odnaleźć i raczej nie zamierzał, chociaż jednocześnie doskonale rozumiał własne położenie, b e z n a d z i e j n e, gdyby ktoś go spytał, co pokrywało się z rzeczywistością. Dziwnie zmatowiałą, ilekroć zmęczone spojrzenie sunęło przez mieszkanie będące teraz nie tyle ostoją, co więzieniem, chociaż w przeszłości zawsze myślał o tych pokrytych tapetą ścianach z niezwykłą czułością, bo i tutaj przechowywał większość szczęśliwych wspomnień — od rozwodu to właśnie tu wraz z matką próbowali ponownie ułożyć własne życie, które prędzej czy później rozbiło się na dwa wartkie strumienie. Niewiele osób wiedziało o jego przeszłości, jeszcze mniej było świadomych powodów, dla których zdecydował się na pracę rozrywaną przez dwie tożsamości, chociaż skłamałby mówiąc o braku satysfakcji ze śledztw jakie zdołał doprowadzić do końca, bo tę oczywiście czuł.
Słodka pociecha za wszystkie poświęcenia, za odmówienie kolejnego ze spotkań czy randki, za podkrążone oczy i wymięte ubranie, ilekroć wybierał snucie się opustoszałymi ulicami dla
nabrania perspektywy, za tkwienie przy drewnianym biurku po godzinach, kiedy zarwanie nocy wydało się lepsze od kolejnej bezsenności, bo ilekroć nie dostrzegał rozwiązania, rozbiegane myśli nie pozwalały zaznać spokojnego snu. Jednak tym razem było inaczej, nie doczekał jakiegokolwiek ukojenia czy uniesienia, zamiast tego
u k o r o n o w a n o
tygodniami bezczynności, w której się nie odnajdywał, nawet nie próbował i wkrótce po powrocie do mieszkania oraz pierwszej konfrontacji z (nie)kochaną siostrą postanowił ponownie przyjrzeć się temu, od czego wszystko się zaczęło. W salonie znajdowały się pudła ze zgromadzonymi na przestrzeni pięciu lat
d o w o d a m i,
chociaż to byłoby zbyt wielkie słowo — poszlaki, przypuszczenia, tak, to wydawało się określenie lepiej dopasowane do zbieraniny, którą powoli (krok po kroku) analizował z dystansem. Wcześniej nie przyznał przed Tarą, że nigdy nie poddał umorzonego przedwcześnie śledztwa w sprawie śmierci matki, że wciąż szukał sprawiedliwości oraz prawdy, jednak ani jedno, ani drugie nie przychodziło łatwo i kiedy właśnie zamierzał przyjrzeć się starym kserokopiom z sekcji zwłok, dźwięk pukania wytrącił z równowagi.
— Jak słowo daję, wkrótce stracę do tego cierpliwość… — wymruczał posępnie do siebie, odgórnie zakładając ponownie pojawienie się bliźniaczki w progu i umyślnie zignorował jej obecność, jednak ku zaskoczeniu mężczyzny głos należał do kogoś innego. Delikatny uśmiech wpełznął na twarz Tollivera, który mimowolnie — chociaż wciąż z lekkim ociąganiem — zdecydował o pokonaniu jakiś pięciu metrów wąskiego korytarza, przekręcając ostatecznie zamek w drzwiach skrzypiących nieprzyjemnie przy uchyleniu.
Westchnął wręcz teatralnie na widok stopy, która uniemożliwiła szybkie pożegnanie się po wymianie uprzejmości i kilku prostych zapewnień, że wszystko było
w porządku, kiedy w rzeczywistości wiele aspektów wiedzionej codzienności wydawało się trudniejsze niż łatwiejsze, od kiedy został przykuty do szpitalnego łóżka, a później uwięziony we własnym domu.
— Marceline Valentine — wita ją — n i e m a l ż e — przyjacielsko, bo w kontraście do Tarianne nie traktuje śledczej jako wroga, myśli o kobiecie w kategorii sprzymierzeńca, chociaż w rzeczywistości niewiele było
momentów, gdzie realnie okazywaliby sobie wzajemną troskę; najwyraźniej coś w nich
z m i ę k ł o, utraciło pierwotną ostrość kanciastych prostopadłości zderzających się w połowie drogi, przecinających pod nieprzyjemnym kątem, ilekroć konfrontowali charaktery skażone niezdrową ambicją. Posiadali podobieństwa, ale równie wiele różnic, a mimo to doceniał tę zaskakującą atencję. —
Wejdź, proszę, moja dobra koleżanko — powiedział tylko, przejmując od niej zakupy, których kompletnie się nie spodziewał, bo przecież nikt dokładnie nie wiedział, co takiego się wydarzyło, co poszło nie tak, co doprowadziło Tollivera do stanu bliskiego śmierci, chociaż tego nawet mężczyzna nie był pewien.
— Ludzie wreszcie zaczęli plotkować? — spytał, prowadząc Marcie korytarzem do wnętrza mieszkania.
Nieznacznie skrzywił się na myśl o potencjalnych historiach, jakie musiały krążyć między wszystkimi wydziałami, bowiem o porażkach (szczególnie tych
spektakularnych) mówiono zdecydowanie częściej niż o zwycięstwach, zdążył się tego nauczyć podczas pięcioletniej służby. Wiedza jednak nie sprawiała, że akceptowanie tego wszystkiego przychodziło łatwiej.
— Nie wierzę w to, co teraz powiem, ale… dobrze cię widzieć, Marcie — mówił szczerze, spoglądając na nią z lekkim uśmiechem, dopóki dyskomfort płynący z wciąż niewygojonych obrażeń nie wgryzł się niespodziewaną boleścią w żebra i zaraz odwrócił wzrok. Nienawidził uchodzenia za słabego, żadne z nich tego nie lubiło, więc szybko postarał się uciec w pytanie.
— Napijesz się czegoś? Od wody i herbaty po alkohol, możesz wybierać, i dopiero później istnieje szansa, że pozwolę ci na zadawanie pytań.
Chyba nie chciał jej rozczarować brakiem odpowiedzi rozkruszonej w dłoniach jeszcze przed złożeniem pierwszego oficjalnego raportu; wszystko wydawało się rozpłynąć we mgle spowijającej niewyraźne wspomnienia, bledło jak malowidło wystawione na bezlitosność słonecznych promieni, cichło jak konające echo niezdolne do ponownego nawoływania.
— Skąd wiedziałaś, gdzie mnie szukać? — teraz przemawiała przez Tollivera ciekawość, bo rzeczywiście nigdy nie dzielił się własnym adresem ze sprzymierzeńcami, czasem tak było łatwiej oraz bezpieczniej.
Dla każdej ze stron, pomyślał ze wzrokiem utkwionym w twarzy śledczej.
— I ile właściwie zdołałaś się dowiedzieć?
Marceline H. Valentine 