ODPOWIEDZ
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
but then you came to me from Olympic heavy duty
we both needed so much soothing, played you Rickie Lee
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

O tej porze dnia nocy, światło wsączało się do wnętrz Spirit of York miękko, nieśpiesznie, przefiltrowane jakby przez wspomnienia, wyciszane przez bursztynowe klosze zawieszonych nisko lamp. W powietrzu unosił się zapach skórki cytrynowej i spirytusu, papierosa zgaszonego przez kogoś pośpiesznie gdy mu grzecznie przypomniano, że nie wolno. Bar był niemal pusty, a towarzystwo ograniczało się do kilku samotnych dusz i kelnerki sprawiającej wrażenie, jakby od lat poruszała się w tym samym rytmie. Stare radio cicho grało jazz, tak rozstrojony, że trąbka brzmiała jak oddech zmęczonego zwierzęcia.

Lazare siedział przy końcu baru, na granicy cienia i światła, szklankę z rżniętego szkła przesuwając z dłoni w dłoń; do ust podnosił ją rzadko, ale metodycznie i z determinacją. Czasem łapał się na tym, że liczy oddechy między łykami. Jakby próbował ustawić jakiś wewnętrzny metronom, coś, co pozwoliłoby mu utrzymać rytm. W rzeczywistości był to tylko inny rodzaj rozpadu — taki, który udaje spokój.
Przy każdym przechyleniu głowy światło neonów rysowało na jego twarzy czerwone i błękitne pasy. Wyglądał, jakby ktoś próbował go namalować, ale porzucił pędzel w połowie. Jakby mu się odechciało. I nic, Lazare by pomyślał, dziwnego. Sam ledwie mógł wytrzymać we własnym towarzystwie.

W ostatnich dniach. Tygodniach. Miesiącach. Zmęczony koniecznością przytrzymywania samego siebie przy (bezsensownym, samotnym, pustym) życiu.
Nie pamiętał, kiedy ostatni raz był w kontakcie z matką. Z osobami, jakie niegdyś nazywał przyjaciółmi, wsparciem. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz chciało mu się wyjść z domu - i kiedy, gdy już tego jakimś cudem dokonał - chciało mu się do niego wracać. Życie było trwaniem. Jakby siedział w poczekalni. Jakby obiecano mu, że niedługo - niedługo! - spotka go wreszcie jakaś zmiana. Coś naprawdę dobrego.

Kiedyś wydawało mu się, że wcale nie, ale ostatnimi czasy zaczynał zastanawiać się, jak bardzo - do cholery! - był naiwny?

W drzwiach poruszyło się powietrze. Ktoś wszedł, ktoś wyszedł, ktoś zatrzymał się w pół kroku, obrócił przez ramię, omiótł Lazare spojrzeniem, jakby go rozpoznał, jakby się nim zainteresował. Potem wyszedł, zostawiając Moreau tak poczucie ulgi, jak i rozczarowania.
Blondyn nie zarejestrował nawet automatycznego gestu, którym oddał barmance puste szkło; zauważył tylko, że niedługo szklanka - przepłukana, opróżniona z reszteczki alkoholu - stanęła przed nim ponownie.

Nie usłyszał też, kiedy ktoś przysunął stołek obok. Zauważył dopiero nowy zapach — papierosów, deszczu i czegoś, co przypominało zimne powietrze po burzy. Głos, który się odezwał, przeciął ciszę jak szpilka wbita w zbyt delikatny materiał.

— Wygląda pan, jakby czekał na cud — powiedział nieznajomy.

Lazare obrócił głowę powoli, bez zdziwienia.
— Nie — odparł cicho, bardziej do szkła niż do człowieka. — Cuda już się wydarzyły. Po prostu nie byłem gotów.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Spirit of York Distillery Co.”