-
„Och, skąd, to kosztuje znacznie więcej niż życie. Mordowanie niewinnych ludzi? Żeby to robić, trzeba poświęcić wszystko, czym się jest.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiprzeszłyczas narracji3 os.postaćautor
Dziewczyna, Eli … była dość głośna, spontaniczna, całkowite przeciwieństwo jej osoby, być może właśnie to ją w niej pociągało na tyle, że po ich pierwszym spotkaniu, pozwoliła sobie na kontynuowanie tej znajomości, a może to było coś całkiem innego? Wybuch, agresywny i niszczycielski, niczym tajfun. Zastanawiała się od momentu, gdy to dostrzegła, czy i ona ma w sobie coś takiego. Nie chłodną kalkulacje, opanowanie i chłód, a gorącą wodę, która pewnego dnia może doprowadzić do wybuchu i niepohamowanej destrukcji. Nie czuła tego w sobie, ale ona… gdyby postarała się wyjątkowo mocno, mogłaby ją pochwycić i ukształtować toczący ją mrok na swoją własną modłę. Stworzyć coś tak niepohamowanego, przerażającego...coś – potwora, takiego, jakim jest Mirabella. Tylko, czy tego ona właściwie pragnie? Czy byłaby w stanie ją okiełznać?
Za dużo zbędnych myśli, zaczynało kołatać się w jej głowie. Przymknęła więc oczy, by się wyciszyć, przykładając dłonie do ust, próbując je chociaż trochę ogrzać. Niby mogła wejść do naleśnikarni i tam zaczekać na Eli, lecz zapewne wymagałoby to interakcji z pracownikiem, który w swojej uczynności zapragnąłby jej pomóc. Przenikliwy chłód zaczął powoli rozgaszczać się w jej drobnym ciałku, dając o sobie znać w postaci drobnych drgnięć, spięć mięśni i pojawienia się gęsiej skórki, pod materiałem jej dzisiejszego odzienia. Usta zaczynały drżeć, oddech stał się powolniejszy, próba jakiejkolwiek zachowania ciepła w swoim ciele, kończyła się ewidentnym fiaskiem. Będzie chora, na 100% skończy chora i to z powodu swojej własnej głupoty i chęci spędzenia wolnego czasu z Eli.
Nim stała się jednak soplem lodu, dostrzegła w oddali nadchodzącą blondynkę. Nim ta stanęła naprzeciw niej, Mira rozmasowała trochę policzki, po czym spróbowała się trochę uśmiechnąć, chociaż panujący ziąb, wcale jej w tym nie pomagał – nie wiem jak ty, ale prawie zamarzłam, stając się nową atrakcją w mieście. – nie było gestu powitalnego, a Eli mogła poczuć drobną irytację w głosie znajomej. Jednak nie była spowodowana ani kierowana w jej stronę; zwyczajnie irytowało ją panujące aktualnie zimno. Znają się jednak na tyle długo, że właściwie nie powinna oczekiwać od niej żadnych gestów społecznych.
Czasami zdarzało się jej przytulić Eli, objąć lub zwyczajnie podać jej dłoń, ale dzieje się to raczej bardzo rzadko. – na co masz ochotę? Zapomniałam sprawdzić, co tu oferują poza naleśnikami.. – ruszyła przed siebie, pozwalając jej wejść przodem. Rozglądnęła się po pomieszczeniu w poszukiwaniu wolnego miejsca, chociaż aktualna godzina oraz paskudna pogoda, nie sugerowała tłumów. Całe szczęście. – chodź, usiądziemy może tam? – wskazała na miejsce przy oknie i nie czekając na odpowiedź Eli, ruszyła przed siebie, zgarniając ręką kartkę z wydrukowanym na niej menu. Zajęła miejsce przy oknie i zaczęła przeglądać ich ofertę – na co masz ochotę? Dziś wyjątkowo ja mogę zapłacić. W nagrodę, że tak długo ci odpisywałam.
Elisabeth M. Gilbert
-
I'm very very sweet but also very very much psycho <3
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ich obecność była jak ciężka kotara, która opadła na jej dzień. Od progu zaczęły się pytania, te same, co zawsze. Dlaczego wciąż mieszka tutaj? Dlaczego nie wróci do domu, gdzie jest przestrzeń, spokój i „normalność”? Dlaczego upiera się przy pracy recepcjonistki, skoro mogłaby „zrobić coś więcej”? W ich głosach brzmiała troska, ale podszyta niezrozumieniem, które bolało bardziej niż krytyka. Elisabeth czuła, jak wzbiera w niej gniew, choć na zewnątrz starała się zachować spokój. Nie rozumieli, że ta praca była dla niej czymś więcej niż sposobem na zarobek. Była częścią jej pasji, jej planu na życie, choć nigdy nie potrafili tego dostrzec.
Każde ich słowo przypominało jej, jak bardzo różni się od reszty rodziny. Najmłodsza z Gilbertów zawsze była tą „inną” bardziej upartą, bardziej wrażliwą, bardziej skomplikowaną. Rodzice chcieli dla niej stabilności, a ona pragnęła wolności. W tym chaosie, wśród słów, które bardziej męczyły niż cokolwiek wyjaśniały, Elisabeth podjęła decyzję: napisze do Mirabelli.
Mirabella była dla niej kimś wyjątkowym. Od pierwszych rozmów wyczuwała w niej tę samą dzikość, którą sama nosiła w sobie, choć na co dzień musiała ją tłumić. Leki, o których mało kto wiedział, były jej codziennością jej cichym strażnikiem, który pilnował, by nie wymknęła się spod kontroli. O tym jednak nie wspomniała Mirabelli. Nie chciała jej wystraszyć. Wiedziała, że potrafi być przerażająca, choć zwykle dominowała w niej ta uczynna, kochająca część. To powodowało, że gdy ktoś widział ją w innym świetle, reakcje były pełne zdziwienia, czasem nawet lęku.
Tego dnia, mimo zmęczenia i chłodu, Elisabeth ubrała się ciepło. Była zmarźluchem, zawsze marzła szybciej niż inni, ale nie zamierzała pozwolić, by pogoda pokrzyżowała jej plany. Postarała się dotrzeć pod naleśnikarnię jak najszybciej. Nie lubiła się spóźniać, to nie leżało w jej charakterze. Nie znosiła też, gdy ktoś musiał na nią czekać. Śnieg skrzypiał pod jej butami, a wiatr smagał twarz, gdy mijała kolejne ulice. W głowie układała słowa, które napisze do Mirabelli, choć wiedziała, że spotkanie twarzą w twarz będzie lepsze niż jakikolwiek tekst.
Toronto w zimowej odsłonie miało w sobie coś surowego, ale i pięknego. Światła latarni odbijały się w śniegu, tworząc złote plamy na białym tle. Elisabeth, mimo swojego nastroju, dostrzegała tę estetykę, może dlatego, że zawsze miała w sobie wrażliwość na szczegóły. Jednak dziś te obrazy były tylko tłem dla myśli, które krążyły wokół rodziców, byłego i Mirabelli. Chciała wyrwać się z tego wszystkiego, choćby na chwilę. Spotkanie w naleśnikarni wydawało się idealnym pretekstem, by odetchnąć.
Kiedy dotarła na miejsce, poczuła ulgę. Ciepło bijące z wnętrza lokalu kontrastowało z mrozem na zewnątrz. Wzięła głęboki oddech, jakby chciała zrzucić z siebie ciężar całego dnia. Wiedziała, że rozmowa z Mirabellą nie rozwiąże wszystkich problemów, ale mogła być początkiem czegoś dobrego, chwili normalności w świecie, który ostatnio wydawał się zbyt głośny i chaotyczny.Gdy dostrzegła koleżankę, uśmiechnęła się do niej, czując, jak napięcie w ramionach odrobinę się rozluźnia. Ten uśmiech był jak mały wyłom w murze, który budowała przez cały dzień.
– Mam nadzieję, że nie czekałaś zbyt długo? – zapytała, zupełnie nie przejmując się brakiem powitania. Lubiła to u Miry, tę dosłowność i brak zbędnego „tańczenia” wokół słów. W jej towarzystwie nie musiała udawać, że wszystko jest w porządku. Domyślała się, że irytacja Miry nie była skierowana na nią, dlatego nawet nie mrugnęła powieką. Skierowała swoje kroki w stronę lokalu, zaciskając dłonie w pięści, jakby wciąż próbowała strząsnąć z siebie resztki gniewu po rozmowie z rodzicami.
Drzwi naleśnikarni otworzyły się z cichym dźwiękiem dzwoneczka, a Elisabeth od razu poczuła falę ciepła, która otuliła jej zmarznięte ciało. Wnętrze pachniało słodko, mieszanką wanilii, karmelu i świeżo parzonej kawy. W tle grała spokojna muzyka, delikatne dźwięki pianina, które koiły nerwy. Ściany ozdobione były drewnianymi panelami, a w oknach wisiały girlandy z drobnymi światełkami, które migotały jak gwiazdy. W powietrzu unosił się zapach cynamonu, tak intensywny, że aż poczuła, jak jej żołądek przypomina o głodzie.
– Nie przejmowałabym się tym za bardzo, mogą być i naleśniki. Pewnie mają jakieś kakao albo zimowe herbaty, to zaraz sprawdzimy – powiedziała, starając się nadać głosowi lekkość, choć w środku wciąż czuła się jak sprężyna gotowa do wystrzału. Gdy Mira wskazała stolik przy oknie, Elisabeth jedynie kiwnęła głową na zgodę, od razu w przelocie łapiąc dwa menu, dla siebie i dla niej.
Usiadła, czując miękkość tapicerowanego fotela, który zdawał się wciągać ją w swoje objęcia. Wzięła głęboki oddech, pozwalając, by zapachy lokalu wypełniły jej płuca. Było tu bezpiecznie, ciepło, jakby czas na chwilę zwolnił.
Słysząc propozycję Miry, podniosła głowę znad karty dań, a na jej twarzy pojawiło się szczere zaskoczenie. Nie spodziewała się przeprosin, to było jak nagły promień światła w dniu pełnym cieni. W jej wnętrzu coś drgnęło, jakby ktoś poluzował zaciśnięty węzeł. Nie miała nic przeciwko temu, że dziewczyna długo nie odpisywała. El należała do osób, które ufały innym, wierzyła, że gdy będą chcieli, odpowiedzą na jej wiadomość wtedy, kiedy będą mieli czas. Nie przepadała za ściganiem kogokolwiek o odpowiedzi, bo sama wiedziała, jak ciężkie potrafią być dni, gdy wszystko przytłacza.
– To niezwykle miło z twojej strony... Jesteś pewna? – spojrzała na Mirabellę, próbując rozgryźć tę sytuację, ale po chwili się poddała. Nie chciała analizować, chciała po prostu poczuć, że ktoś jest tu dla niej. – Wezmę jagodowe naleśniki i zimową herbatę z cynamonem i pomarańczą w takim razie. A ty? – dodała, a w jej głosie pojawiła się nuta ciekawości, może nawet nadziei, że ten wieczór będzie inny niż reszta dnia.
Mirabella Harrison
-
„Och, skąd, to kosztuje znacznie więcej niż życie. Mordowanie niewinnych ludzi? Żeby to robić, trzeba poświęcić wszystko, czym się jest.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiprzeszłyczas narracji3 os.postaćautor
Skończyła więc z codzienną pracą, dziwną namiastką rodzinnego życia i próbą socjalizowania się z kimkolwiek, kogo numer był zapisany w jej książce kontaktów. A takowych sporo niestety nie było, o ile nie doliczy do nich kontaktów do jej stałych klientek. No i była tam oczywiście Eli, która w swej pozornej niewinności, była czasem nawet urocza. Pełna energii i chętna do towarzyskich ekscesów. Do czegoś, do czego Mirabella nigdy nie będzie przyzwyczajona i czego, nigdy nie będzie dane jej robić ze szczerą intencją, a nie udawaną grą uczuć. Mogłaby ją obserwować tak cały dzień, wyłapywać się i poprawiać swój aktorski kunszt, ale w miejscu publicznym mogło to uchodzić za niekulturalne i również mogło doprowadzić do speszenia się znajomej. Chociaż, czy aby na pewno by tak to zadziałało wobec niej?
Nie planowała jednak tego sprawdzić, skupiając swoją uwagę na zabranej przez siebie karcie. Wsłuchała się w zamówienie dziewczyny, odpowiadając jej kiwnięciem głowy w celu zapewnienia jej, że jest pewna swojej decyzji co do zapłaty za jej zamówienie. Mira może i nie zarabiała kokosów, starczało jej jednak na drobne przyjemności. Tak więc nie odczuje aż tak w portfelu swojej hojnego gestu. – ja wezmę chyba brzoskwiniowe albo może też jagodowe? Nie wiem, które mogą być ok. – trudna decyzja, wobec tego, co normalnie je Mira. Coś, o czym rzecz jasna nie powie ani Eli, ani nikomu z rodziny, by nie narazić się na kazanie ze strony, któreś ze starszych winorośli lub o zgrozo ich rodzicielki, gdyby ta się dowiedziała. Nie miała jednak ostatnio apetytu, a dodatkowo narastająca bezsenność i ból głowy, zaczynał doprowadzać ją do kresu zdrowia psychicznego. Jeśli jej samo nie przejdzie, będzie musiała dopytać się siostry, czy może jej coś polecić. To jeden w wielu plusów posiadania w rodzinie lekarza, a kilku innych woli publicznie nie mówić. – chyba jednak wezmę waniliowe, a do picia...może wezmę to co ty. – odłożyła kartę, powtarzając zamówienia, gdy w ich obrębie pojawiła się jedna z pracownic, czekająca już jakiś czas, aż te się zastanowią.
- może powinnam też kupić coś dla Audrey? Przypomnij mi, gdy będziemy wychodzić. Mam nadzieję, że będą jej smakować. – najmłodsza z winorośli rodziny Harrison. Mira często miała wrażenie, że ta niezbyt za nią przepada. Tak jakby podświadomie czuła, że jest coś z nią nie tak. Przecież dobitnie widać, że odstaje od całej reszty rodziny, był cicha, była zwyczajnie inna. Niczym ostatni puzzel, który nie pasuje do układanki. – napisze jej potem wiadomość, jakie chce.. – pewnie Eli mało to interesowało, a ona zdawała się mówić bardziej do siebie, niż do niej. Więc nie oczekiwała żadnej odpowiedzi od towarzyszki. A przynajmniej do momentu, aż jej skupienie ponownie zawiesiło się na niej. – wracając, do odpisania ci.. to nie tak, że cię olewałam. Byłam zwyczajnie zawalona pracą. Teraz jednak powinnam mieć trochę więcej czasu, więc raczej będę odpisywać. A co tam właściwie u ciebie? – jeśli Eli zechce się wsłuchać w jej głos, w sposób wypowiedzi, ich natężenie oraz barwę tonu, mogła stwierdzić, że ta brzmi bardzo mechanicznie. Tak jakby to o co pyta, było bardziej wyuczoną formułką, niż normalnym słowotokiem. Znały się już jednak jakiś czas, więc to raczej było u niej normie. Nie była mistrzynią konwersacji, gdy chodzi o normalne relacje. - przyjemne miejsce, nie uważasz? Nie ma tłumów, chyba je polubię. No, chyba że to jakiś wyjątek... – przerwała dalszą wypowiedź w momencie, gdy na horyzoncie pojawiła się kelnerka z ich zamówieniami. Wolała nie wiwatować radością z powodu małej ilości klientów przy pracownicy. Nigdy nie wiadomo, czy aby nie okaże się właścicielką, a po co niszczyć komuś dzień. – wyglądają smacznie, dziękujmy. – powiedziała na odchodne, gdy kelnerka zaczęła wracać do wcześniejszego zajęcia.
Elisabeth M. Gilbert