ODPOWIEDZ
35 y/o
CHRISTMASSY
165 cm
adwokat / prawnik w sądzie i po za nim
Awatar użytkownika
Melanie to pani adwokat, która postawiła aktualnie na siebie i stała się może delikatnie samolubna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Łapanie się większych graczy na rynku było czymś co musiała robić Melanie, jeśli myślała o własnej kancelarii i otwarciu jej. Wciąż było to odległe marzenie tak jak i połowa innych, które prawniczka miała w głowie, a które nie wyglądały na takie, które zostaną szybko zrealizowane. Najlepszym wyjściem dla niej byłaby współpraca z innym prawnikiem, jakieś zabójcze duo, które odciążyło by jej portfel ale też i fale złych myśli. Ten biznes jednak był trudny, wymagał twardego tyłka i stalowych jaj, stąd nie bez przyczyny czasami nazywano ich prawników gnidami czy podłymi hienami. To nie tylko była kwestia zachowania, mocnego i wyrachowanego ale też kwestii bronienia nawet najgorszych gnid jak by nie patrzeć. To jednak nie było do końca dla Melanie, bo ona zajmowała się bardziej przyziemnymi sprawami, cywilnymi w dużym stopniu. Ale wciąż - rosła w siłę jako prawnik i nabierała obycia mierząc się z innymi mocnymi nazwiskami na rynku. Raz była na górze, a raz i na dole, testując jak smakuje porażka.
Tego dnia była w sądzie i zajmowała się kilkoma sprawami, które miała pod nosem. Rozpoczynała zawsze swój dzień wedle scenariusza, próbując powstrzymać chaos, który mógłby się niespodziewanie pojawić. Odbierała za to na pewno telefon od znanych jej już klientów, także takich którzy byli chętni na kontynuacje współpracy czy po prostu bycie samym konsultantem od spraw prawniczych, w tym przegląd umów i różnych rzeczy związanych z danymi biznesami. Gdy otrzymała telefon tamtego dnia, na pewno zaciekawiła ją sprawa oraz to, że znów jak nie policjanci to strażacy, wydawali się być ponad wszystkim, trochę gwiazdorząc. Dostała może nie za dużo informacji, a faks który dostała czytała już praktycznie w drodze do wskazanej remizy. Mogłaby się w to zagłębić mocniej, ale chyba te zielone banknoty tańczyły jej tuż przed nosem, skoro posunęła się do takiej gry w ciemno. W teorii miała już kontakty z przedstawicielami służb mundurowych i zawsze byli to w skrócie - faceci dupki.
Dzisiaj nie miało być inaczej, bo miała w papierach nakreślone nazwisko, które odczytano ze strażackiej kurtki, a który to osobnik miał mieć najwięcej do powiedzenia. Zamierzała przycisnąć zarówno komendanta czy też kapitana jednostki co i wspomnianego strażaka. Taki był plan!
Jej bagatelnie drogie szpilki stąpały po betonie wjazdu do remizy gdy szła ze swoją dokumentacją i... pewnością swego. Nigdy nie pokazywała tej słabej wersji Campbell, w pracy była dzika i mocna, nawet jeśli czasami wykazywała się blefem czy aktorstwem. Tutaj mogła jednak sparzyć swój język, skoro miała mieć na przeciw kogoś takiego jak Wilder.
- Jest tu ktoś? - zawołała, wchodząc głębiej przez otwartą już bramę całego garażu. Przesmyknęła między jednym a drugim wozem w poszukiwaniu jakiegoś znaku życia czy choćby kogokolwiek kto ją poprowadzi przez tą "dżunglę". Wiadomym było, że wkraczała na obcy teren trochę w ciemno ale wciąż z klasą, która na kilometr była dowodem na to kim jest i czego szuka. Prawnicy już to mieli w sobie, że toczyli tą aurę, której nie dało się przeoczyć. - WILDER? Szukam Wildera. - rzuciła do pierwszego z napotkanych strażaków, który z kolei wskazał jej palcem, który to osobnik.


Rocket Wilder
Marlen.
zagram wszystko co utrzymuje się w ramach dobrego smaku, bez krzywdzenia dzieci oczywiście!
35 y/o
For good luck!
180 cm
strażak Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba liczba pojedyńcza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Ten dzień był inny niż wszystkie. Po ostatnim incydencie podczas akcji gaśniczej, kiedy Rocket ratował koty z płonącego gabinetu i przy okazji niechcący uszkodził część mebli, został zdelegowany do prac warsztatowych. To była forma wyciszenia — praca wśród wozów, narzędzi i metalu, w ciszy i izolacji, z dala od presji akcji i chaosu, który zwykle towarzyszył ratownictwu. Tutaj mógł skupić się wyłącznie na sobie, na precyzyjnych ruchach, na kontroli nad własną przestrzenią, bez konieczności szybkiego reagowania w ekstremalnych warunkach.
Akcja, która do tego doprowadziła, wciąż siedziała w jego głowie. Gabinet, który objął ogień, był pełen dokumentów, sprzętów, a przede wszystkim… kotów. Małe, przerażone zwierzęta, chowające się pod stołami i w kątach, drżące, niezdolne same wydostać się z objętego płomieniami pokoju. Rocket wbiegł do pomieszczenia, serce waliło mu w piersi, oddech przyspieszony, ciało przesycone adrenaliną. Każdy krok wymagał precyzji: gaśnica w jednej ręce, druga gotowa do chwytania kotów. Dym drażnił oczy, smak sadzy zalegał w ustach, metaliczne skrzypienie pod stopami mebli potęgowało chaos.
Nie myślał o tym, że meble mogą zostać zniszczone. Liczyło się tylko jedno: uratować koty. Rozpychał szafy, przesuwał stoły, podnosił krzesła, chwytając zwierzęta jeden po drugim. Niektóre drapały, inne wskakiwały na ramiona, każdy ruch wymagał równowagi między ratowaniem a uniknięciem przewrócenia wszystkiego dookoła. Kiedy akcja dobiegła końca, wszystkie koty były bezpieczne, ale gabinet przypominał pole bitwy — szuflady wyrwane, stoły połamane, blaty popękane.
Efekt uboczny był oczywisty i trudny do przyjęcia. Rocket stał wśród dymu i zapachu spalonego drewna, poczucie ulgi mieszało się z frustracją: udało mu się uratować zwierzęta, ale zniszczył część miejsca, które nie należało do niego. W remizie, po powrocie, atmosfera była inna niż zwykle. Brakowało satysfakcji z udanej akcji — był tylko ciężar odpowiedzialności i potrzeba ciszy, by uporządkować myśli.
Dlatego też został zdelegowany do warsztatowych prac przy wozach. Tam mógł naprawiać układy, sprawdzać części, przesiadywać pod pojazdami w spokoju, wśród narzędzi, kurzu i oleju. Warsztat stał się jego strefą kontroli — miejscem, gdzie każdy ruch miał sens, każdy element można było dokładnie sprawdzić, dotknąć, naprawić. I choć ciało nadal nosiło ślady po pożarze, ręce były brudne od smaru i kurzu, a koszulka przylegała do torsu od wysiłku, Rocket poczuł częściowy spokój, którego brakowało mu w gabinecie płonącego biura.
Leżał teraz pod jednym z wozów strażackich, plecy przy zimnym betonie, tors napięty od wysiłku, dłonie przyczepione do podłoża. Koszulka przylegała do ciała, przesiąknięta potem i zabrudzona smarem, przedramiona, szyja i policzki pokryte czarnymi smugami oleju. Każdy szczegół jego pozycji był świadomy: zimny beton pod plecami, szorstki metal pod rękami, którymi dociskał się, by utrzymać stabilność.
Wokół panował zwyczajny porządek remizy. Węże schludnie zwinięte w narożnikach, metalowe półki pełne narzędzi, szafy z ciężkimi kurtkami strażackimi, wóz nad jego głową. Powietrze było gęste od zapachu metalu i oleju, momentami słodkawy aromat smaru mieszał się z kurzem. Każdy detal wydawał się wyraźniejszy w tej ciszy — każdy szelest narzędzia, brzęk klucza odbijał się echem od betonowych ścian garażu. Tutaj Rocket czuł, że ma pełną kontrolę.
A potem usłyszał kroki. Najpierw echo w oddali, potem coraz wyraźniejszy rytm, odbijający się od betonowej posadzki. Rocket uniósł głowę minimalnie spod wozu i poczuł, jak napięcie w mięśniach sięga zenitu. Nie znał tej osoby. Nie wiedział, czego chce, ani jakie ma zamiary. Ale obecność intruza w jego strefie ciszy była naruszeniem terytorium, które tak skrupulatnie wypracował. Każdy mięsień gotowy do natychmiastowej reakcji, każdy nerw w stanie maksymalnej czujności.
Nie mógł powstrzymać frustracji. Po ostatniej reprymendzie od komendanta wszystko go drażniło, każdy szelest, każdy krok w remizie, każdy drobiazg, który nie pasował do jego porządku. Cisza warsztatu, która zwykle działała kojąco, teraz wydawała się napięta, przesycona oczekiwaniem.
Wysunął się spod wozu, powoli, w pełnej gotowości, czując brud na rękach i torsie, smar na przedramionach i policzkach. Tors lekko uniesiony, ramiona napięte, dłonie gotowe do ruchu w każdej chwili. Spojrzenie przeszywające, chłodne, wyższościowe.
To ja, we własnej osobie. W jakiej sprawie? – wyrzucił wrednym, niemiłym tonem, który zwykle nie należał do niego, jednocześnie lustrując kobietę od góry do dołu, próbując sobie przypomnieć, czy skądś ją zna. Nie... Za cholerę jej nie kojarzył. Dzisiaj była dla niego intruzem, czymś co go irytowało samym pojawieniem się w remizie. Samym uderzeniem obcasa o twardą posadzkę. Każdy oddech, każdy dźwięk, każdy cień w remizie wprowadzał go w stan gotowości, w stan, w którym nie zamierzał ustępować ani sekundę.
Jego ciało i umysł były gotowe — całe napięcie, które zgromadziło się w nim po ostatnich wydarzeniach, teraz emanowało w jego postawie. Smar na rękach, kurz na koszulce, zimny beton pod plecami — wszystko to kontrastowało z jego chłodną determinacją, przygotowaną do kontroli sytuacji. Rocket wiedział jedno: tu on ustala zasady, a każdy, kto dzisiaj wtargnął do jego przestrzeni, będzie oceniany dokładnie i bez kompromisów.


Melanie Campbell
35 y/o
CHRISTMASSY
165 cm
adwokat / prawnik w sądzie i po za nim
Awatar użytkownika
Melanie to pani adwokat, która postawiła aktualnie na siebie i stała się może delikatnie samolubna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie dostała za dużo informacji i szczegółów, a sprawa była świeża niczym popiół i kurz po zgliszczach znajdujących się na miejscu ów zajścia. Wertowała wszystko co miała dopiero przed wyjściem z samochodu, który zaparkowała w pobliżu samej remizy. Dostała notatkę od strażaków jak i również sam pogląd na sprawę właściciela mienia. Było w tym trochę zbieżności, nakreślenia priorytetów ale i.. dużo zer. Wspominany właściciel wycenił przy okazji na szybko szkody, które w jego mniemaniu były za mocne i za duże jak na skalę samego pożaru i całej przeprowadzonej akcji. Żalem było to, że oberwały meble, antyki wręcz o które ludzie potrafili bić się na aukcjach, rzucając chore ceny. Ów cenę dostrzegła Melanie w tym co dostała i to w sumie powinno zapalić lampkę w jej głowie już na starcie. To były pretensje o przeprowadzoną akcję czy straty zielonych? Prychnęła trochę aż śmiechem bo bogaci ludzie byli chwilami jak chytry hieny, bardziej nastawieni na zysk i to co można zmonetyzować niż własne zdrowie czy bliskich. Mimo wszystko ona sama dostała jedną z tych propozycji, których prawnik nie odmawia, a już na pewno nie taki który bije się z myślami o własnej kancelarii, o znaczeniu nazwiska w tym biznesie. Nie chciała uchodzić w kółko za łatkę zgrabnego tyłka i ładnej buźki, chciała zabłysnąć swoim kunsztem, tym że potrafi być zajebistym prawnikiem.
Mając jakiś pogląd na sprawę ruszyła w końcu w głąb remizy, z dużym taktem oraz pewnością siebie. Za nią oprócz stukotu drogi szpilek, ciągnął się równie mocny i subtelny zapach perfum. Bycie prawnikiem nauczyło ją co to klasa i szyk, jak zachowywać się i sprawiać wrażenie, bogatej i pewnej swego prawniczki. Dzisiaj równie mocno miała zabłysnąć w siedzibie strażaków, chcąc ich ustawić do pionu za nieco nad wyraz mocną nadpobudliwość. Czy doczytała o kotach? Chyba nie, ale może one też były po prostu.. drogie? Zanim jednak poprosiła o kontakt ze strażakiem, którego nazwisko jej się rzuciło w zeznaniach poszkodowanego, usłyszała znajomy dźwięk smsa, dochodzący z jej telefonu. Szybko na niego zerknęła, a jej oczom okazały się świeże zdjęcia z miejsca całego pożaru. To pomagało na pewno w objęciu jakiegoś stanowiska w konfrontacji i rozmowie. Gdyby jeszcze wiedziała z kim przyjdzie się jej mierzyć..
Przekroczyła tą w dużej mierze, męską sferę. Oprócz smaru czy oleju silnikowego, dało się tu odczuć mocno męski pot i feromony. Wiedziała, że w straży są także kobiety ale aktualnie, męski gen dominował od samego początku, atakując jej nozdrza. Gdy wreszcie ktoś jej wskazał wspomnianego strażaka, ruszyła się dalej, czując przy okazji męski wzrok na swojej sylwetce. Musiała ostrożnie stawiać każdy krok gdy robili swój remanent i sprawdzanie wszystkich elementów wyposażenia wozu, daj Bóg udało jej się nie wygramolić na niczym ani na nikogo.
Jej oczom w końcu ukazał się sprawca całego zamieszania, a raczej ktoś kto miał być po części odpowiedzią na pytania, które miała a i pewnie kozłem ofiarnym w oczach reszty ekipy. Lustrując go wzrokiem doceniła jak opina go "firmowa" koszulka i jak cały animusz dodaje rozczochrana fryzura i smar na ciele. Aktualnie wyglądał trochę jak ten jeden strażak z gorącego kalendarza i sesji do niego. Musiała jednak przebrnąć przez to pierwsze wrażenie, które zniszczył już w samym momencie gdy choćby otwarł swoje usta. Dupek. To było pierwsze co przyszło jej na myśli, widząc jego bojowe nastawienie do niej samej od startu.
- Melanie Campbell. Prawniczka. Zgaduje, że wie Pan w jakiejś sprawie tutaj przyszłam. Szybkie działanie na świeżo i na waszym terenie. - stwierdziła, prostując się i odrzucając łopatki do tytułu, budując swoją pozycje w tej wymianie. Miała wrażenie, że musi postawić się mężczyźnie, że nie będzie to łatwa wymiana zdań i samo napięcie już zawisło w powietrzu.
- Dostałam wzmiankę od swojego klienta o zbyt dużej.. ekhem skali zniszczeń na miejscu, nie adekwatnej do prowadzonych czynności w wyniku czego ucierpiały zabytkowe meble o wartości.. cóż.. na moje? Dziesięciokrotnie większej niż Pańska miesięczna pensja.. - rzuciła dosyć mocno ale też i póki co w miarę życzliwie, chociaż ta uszczypliwość na końcu? Chyba uderzała w jego chamskie nastawienie od samego startu i jej pojawienia się.


Rocket Wilder
Marlen.
zagram wszystko co utrzymuje się w ramach dobrego smaku, bez krzywdzenia dzieci oczywiście!
35 y/o
For good luck!
180 cm
strażak Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba liczba pojedyńcza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Rocket poczuł to natychmiast. Nie dotyk, nie zapach, nawet nie słowa — tylko to specyficzne, duszne uczucie, gdy ktoś wchodzi za blisko, za szybko, bez zaproszenia. Jakby przestrzeń wokół niego nagle się skurczyła, jakby powietrze zgęstniało i przestało krążyć tak, jak powinno. Jego ciało zareagowało pierwsze: kark zesztywniał, barki napięły się instynktownie, a dłonie — jeszcze przed chwilą zajęte czymś banalnym — zacisnęły się wolniej, ciężej, z wyczuwalnym oporem. Nie lubił tego.Nigdy nie lubił.
Po pożarze w Nowym Jorku jego granice stały się ostre jak krawędzie szkła. Wyraźne. Nienegocjowalne. Warsztat był jedynym miejscem, gdzie mógł oddychać pełną piersią, gdzie nikt nie wchodził mu w głowę ani pod skórę. A teraz ktoś stał za blisko, mówił za pewnie, jakby miał do tego prawo.
Rocket poczuł, jak w klatce piersiowej zaczyna zbierać się gniew — nie wybuchowy, nie gwałtowny, tylko ciężki, lepki, narastający. Taki, który nie daje się łatwo rozładować. Taki, który osiada na żebrach i uciska płuca. Jej twarz była… znajoma.
To przyszło nagle, nieproszone. Ułamek sekundy, w którym jego mózg próbował ją gdzieś przyporządkować. Przeglądy? Transmisje z procesów? Jakaś głośna sprawa, którą oglądał kątem oka w telewizji w jednostce, gdy nikt nie miał siły zmienić kanału? A może pomylił ją z kimś innym — kimś, kto też nosił ten sam rodzaj pewności siebie, ten sam chłodny profesjonalizm, który zawsze działał mu na nerwy. Nie miał czasu tego rozplątać.
Wkurwienie było szybsze.
Było jak zasłona, która opadła mu na oczy, odcinając wszystko poza jednym: ona tu nie pasuje. Nie w tym miejscu. Nie w tym momencie. Nie po tym, co się wydarzyło.
Rocket poczuł, jak serce bije mu mocniej, szybciej, z tym charakterystycznym, niepokojącym rytmem, który znał z chwil tuż przed wejściem w ogień. Adrenalina wchodziła jak na sygnał. Organizm przygotowywał się do konfrontacji, nawet jeśli ta nie miała fizycznej formy.
Zrobił minimalny ruch — ledwie przesunięcie ciężaru ciała — ale był w nim komunikat. Ostrzeżenie. To był jego teren. Jego przestrzeń. Jego zasady.
Ile.? - To krótkie słowo miało w sobie tyle zaskoczenia i jadu, że mogło zatruć i przetopić najtwardszy metal. Czuł się tak, jakby ktoś wylał na niego wiadro lodowatej wody. Taka kwota - dosłownie zapaliła go. On poświęcał siebie, poświęcał życie tylko po to, by jakiś bogaty gnojek oskarżał go o jakiś mebel. Ludzie w pożarach tracili wszystko i okazywali wdzięczność. A tu...
-Naprawdę myślisz, że możesz tu wejść i stanąć tak blisko, jakby to był twój pieprzony gabinet? Za kogo się masz? — rzucił ostro, głos miał niski, szorstki, jakby starty dymem i zmęczeniem.
Czuł zapach smaru na własnych dłoniach, czuł chłód betonu pod stopami, czuł każdy mięsień napięty do granic. To wszystko było realne, namacalne — w przeciwieństwie do słów, które padały z jej strony, a które brzmiały dla niego jak coś wyjętego z obcej rzeczywistości.
W jego głowie przewijały się obrazy. Niechciane. Dokumenty. Raporty. Tabele strat. Zawsze ten sam schemat: najpierw ogień, potem cisza, a na końcu ktoś, kto przychodzi zadać pytanie „czy na pewno zrobiliście wszystko?”
Zrobili.
Zawsze robili.
Wiesz, co jest w tym najlepsze? — ciągnął dalej, czując, jak gniew zaczyna wreszcie znajdować ujście. — Że stoisz tu i mówisz o zniszczeniach, jakby one nie były oczywistym skutkiem pożaru. Jakby ogień był wyborem, a nie żywiołem.
Przeciągnął dłonią po twarzy, zostawiając smugę smaru na policzku. Nawet tego nie zauważył.
Z mojej perspektywy — dodał, a jego głos stwardniał — nie było „tylu strat”. Był ogień. I to on zrobił swoje. Nie ja. Nie moi ludzie. I na pewno nie jakieś wyimaginowane zaniedbania, które dobrze wyglądają w papierach.
Zbliżył się o ten jeden, niebezpieczny krok. Nie dotknął. Nie musiał. Wystarczyła obecność. Masa. Ciepło ciała, które krążyło w okolicy, tak jak napięcie które wzmacniało swoją siłę w każdej chwili.
Ale jasne — prychnął gorzko. — Zawsze trzeba znaleźć kogoś, na kogo można to zrzucić. Strażak jest idealny. Wszyscy lubią bohaterów, dopóki nie przestają być wygodni.
Wkurwienie było teraz pełne, czyste, oślepiające. Przykrywało wszystko inne — zmęczenie, żal, nawet to krótkie, dziwne wrażenie, że skądś ją zna. Teraz to nie miało znaczenia. Teraz liczyło się tylko to, że ktoś naruszył jego przestrzeń, jego ciszę, jego sposób radzenia sobie z tym, co zostało po ogniu.
Więc oszczędź mi tej narracji, zastraszania czy jak wy to mówicie po papugowemu — powiedział lodowato. — I jeśli masz zamiar stać tu dalej, to zapamiętaj jedno: nie jestem twoim celem, twoim przypadkiem ani twoją okazją. Ja zrobiłem co do mnie należało. I to nie mnie trzeba sprawdzać...
Rocket stał napięty, jak sprężyna naciągnięta do granic możliwości. Powietrze między nimi było ciężkie, elektryczne, aż niemal bolało.

Melanie Campbell
35 y/o
CHRISTMASSY
165 cm
adwokat / prawnik w sądzie i po za nim
Awatar użytkownika
Melanie to pani adwokat, która postawiła aktualnie na siebie i stała się może delikatnie samolubna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dało się wyczuć, że weszła do paszczy lwa, że w powietrzu uno się męskie ego, że to męska dżungla a ona jest trochę jak intruz w tym wszystkim. Nie grała swoją postacią i aurą z tym miejscem, zbyt mocno osadzona w swojej pewności siebie i krnąbrna, może lekko z wysoka patrząca na strażaków aktualnie bo tak podpowiadały jej pieniądze, które były w grze. Nie widziała w sumie czy ktoś zwróci uwagę na nią ale zgadywała, że strażacy dookoła zainteresują się nią, jak i samą wymianą zdań pomiędzy nią a Wilderem. Nie przeszkadzała jej nigdy widownia, wręcz przeciwnie to często z niej czerpała energię na sali sądowej, przeskakując po ludzkich twarzach, grając na emocjach i czasami samym słowem. Tutaj wiedziała, że będzie ciężko już po samej postawie mężczyzny, po spiętym ciele i pewnie organizmie, który miał już dość tej zmiany, a może była to kolejna z rzędu i zmęczenie robiło swoje? Nie drążyłaby tego gdyby rozmowa zaczęła iść w bardziej przyzwoitym tonie, a tu? Widziała bicepsy, które się napięły i ten ruch ciała rodem z filmów przyrodniczych i lwa czy geparda w akcji. To wszystko nie zmazało jednak obrazu, że był po prostu przystojnym facetem, jak chyba co drugi strażak - nie dało się aby któryś z nich odrzucał, męski ton i mięśnie to chyba było proste i działało na kobiety.
Tak po prostu zaczęła temat, bez zbędnego ograniczania się do tego, że wypada lub nie. Ona dostała swoje wytyczne i wiedziała po co tu jest, a on? Nie przestraszy jej a już na pewno nie przepędzi stąd tak łatwo jak mogło by mu się wydawać.
Uśmiechnęła się po swojemu, a więc chytrze słysząc jaką ma reakcję na wspomnianą sumę, a raczej to krotność, jaką mu zaserwowała. To nie były takie tanie rzeczy, które wybierasz w pierwszym lepszym meblowym, a gdy ktoś miał pieniądz i pasję do antyków, to po prostu je kupował. Tak było w przypadku faceta, który stracił swój dobytek przy okazji akcji z pożarem. Takim, który jednak nie zabrał wspomnianych mebli bo zaczął się w innej części posiadłości, więc całe szczęście nie dotarł do gabinetu, chyba jedynie zadymiło się tam mocniej albo.. byli w sam raz na czas i odpędzili te płomienie. Mało wiedziała o szczegółach, tyle ile zdążyła przeczytać, ale miała zamiar się przyłożyć jeszcze raz do tego gdy dojdzie raport związany z przyczyną pożaru i dokładna liczba w stratach.
- Dużo, prawda? - odgryzła się delikatnie, przestępując z nogi na nogę gdy tak zareagował. Poczuła się nieco dumna, że "odpaliła go tym jak pochodnie. Zaraz jednak skrzywiła się gdy zarzucił jej panoszenie się i taką brutalną napaść na ich świątynie. Czyżby poczuł zagrożenie na własnym terenie, bał się tej konfrontacji albo samej Campbell?
- Ohhh.. przepraszam bardzo. Zachowuje odpowiednią odległość, przez co oboje mamy zachowaną przestrzeń osobistą w ramach przepisów o prawach człowieka. Masz centymetr, możesz zmienić Panie czepialski. - oczywiście musiała się odgryzc, a to było najprościej mówiąc łatwe, bo sam jej wystawił "tą piłkę do kosza". Okej, może sama zaczynała plątać się w tą jego grę i walczyć jakby był to finał Super Bowl.
- Zniszczenia wykonane przez ogień, a zniszczenia wykonane przez człowieka to różnica. Wiem. Ale mówimy tutaj o kwestiach, które wykraczały poza to. Skala zniszczeń przez pożar zostanie oszacowana, ta która wykonana została przez rękę ludzką również. Nie trzeba tutaj zakłamywać prawdy.. - oczywiście nie powinna tutaj dosypywać oliwy do ognia, twierdząc że kłamie. Ale była dumna z siebie widzieć jak się napinają jego plecy w kontrze, jak to mu ujmuje jako strażakowi. Może i faktycznie mówił z sensem, a ona i tak była za tym, że nie docenia się pracy służb, ale wciąż - swoje mniemanie zostawiła w aucie na podjeździe, tutaj kierowała się jedynie nosem prawnika. Zdziwiła się obserwując jak robi krok do przodu i zakłamuje już kwestię przestrzeni i odległości. Aż dziwne, że to on pierwszy to złamał.
- Nie bój się, pogadam jeszcze z kapitanem i komendantem. Może dlatego się irytujesz bo któryś z nich dał Ci bury, wiedząc że prędzej czy póżniej ktoś przyjdzie dobrać się do Twojego dupska, Wilder. Tak, znam Twoje nazwisko bo dokładnie opisano mi który strażak był odpowiedzialny za akcję w gabinecie. Czy był tam oprócz dymu pożar? Czy było racjonalnie zagrożenie czyjegoś życia? Czy zle jeśli powiem, że nie potrzebne było wyłamywać drzwi do szafy? - zapytała już czysto teoretycznie, technicznie. To on należał do elementu tej akcji, więc miał prawo opisać swój punkt widzenia, a ona mu to dała, bez względnego podnoszenia głosu, czyste fakty.
- Skoro zrobiłeś wszystko jak należy, to co tutaj robię? A może inaczej, jesteś tak pewny swojego, że sam się obronisz jak będzie trzeba? Cóż, tak jak mówiłam jestem tu na polecenie klienta, więc nie Tobie decydować ile tutaj zabawie i z kim będę rozmawiać. Równie dobrze mogę przepytać cały batalion i jednostkę ratowniczą. Każdego kto był wtedy na miejscu i był świadkiem. Chcesz na to papier? Ups, nie jesteś komendantem, przykro mi. - wkurzyła się, zaciskając mocniej palce na teczce, która dobrze że leżała w jej dłoni bo... inaczej równie dobrze ten sam palec wskazujący mógłby wylądować na jego torsie. Wciśnięty do granic jej możliwości i samego uporu strażaka.


Rocket Wilder
Marlen.
zagram wszystko co utrzymuje się w ramach dobrego smaku, bez krzywdzenia dzieci oczywiście!
35 y/o
For good luck!
180 cm
strażak Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba liczba pojedyńcza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Rocket czuł, jak gniew rozlewa mu się pod skórą powoli, lepko, jak rozgrzana smoła. Nie był to ten szybki, gwałtowny wybuch, który łatwo rozładować. To było coś znacznie gorszego — napięcie, które siedzi w mięśniach, w karku, w szczęce, które sprawia, że każde kolejne słowo odbija się w głowie zbyt głośnym echem. Stał w remizie, w miejscu, które znał na pamięć. Beton pod stopami. Zapach oleju, metalu, starego dymu wżartego w ściany. To była jego przestrzeń. Jedyna, w której naprawdę czuł kontrolę. I właśnie dlatego jej obecność drażniła go podwójnie — jakby ktoś wszedł brudnymi butami do środka czegoś, co miało być bezpieczne.
Słuchał jej, ale każde zdanie docierało do niego jak prowokacja.
Dużo, prawda?
Przez moment tylko patrzył. Bez odpowiedzi. Pozwolił, by cisza zawisła między nimi ciężka i niewygodna. Widział, jak stoi wyprostowana, pewna siebie, z tym spokojem ludzi, którzy nigdy nie musieli wchodzić tam, gdzie kończy się powietrze.
Dużo… — powtórzył w końcu, nisko, przeciągając słowo. — Tylko że ja chyba widziałem inne „dużo” niż ty.
Przesunął dłonią po karku, czując szorstkość skóry, resztki potu. Ramiona miał napięte, jakby wciąż dźwigał ciężar kogoś wynoszonego z zadymionego pomieszczenia.
— Ty masz dużo kartek — ciągnął dalej. — Dużo zdjęć. Dużo cyfr, które ładnie się sumują w kolumnach. A ja miałem stworzenia, które nie mogli oddychać.
Zatrzymał się na chwilę, jakby ważył kolejne słowa. W nozdrzach znów poczuł tamten zapach — spalonego plastiku, mokrego drewna, strachu.
Zwierzęta — dodał ciszej, ale ostrzej. — Psy, koty. Rzeczy, które nie potrafią krzyczeć „pomocy”, tylko czekają, aż ktoś je znajdzie albo aż będzie za późno.
Uniósł wzrok i spojrzał na nią uważnie.
Widzisz to w aktach? — zapytał. — Jest tam rubryka na przerażonego psa skulonego pod łóżkiem? Na kota, który wcisnął się w szafkę, bo instynkt kazał mu się schować?
Kącik jego ust drgnął w czymś, co nie było uśmiechem.
— No właśnie.
Jej kolejne słowa — o panoszeniu się, o zniszczeniach — sprawiły, że Rocket poczuł, jak coś w nim trzeszczy. Jakby kolejna cienka warstwa kontroli zaczęła pękać.
Panoszenie się… — powtórzył, powoli. — Ciekawe określenie.
Odepchnął się od stołu i ruszył wzdłuż remizy, nie po to, by się oddalić, ale by nie stać w miejscu. Każdy krok był próbą rozładowania napięcia, które groziło wybuchem.
Wiesz, co robię, kiedy się „panoszę”? — rzucił, nawet na nią nie patrząc. — Wyważam drzwi, za którymi coś jeszcze oddycha. Wchodzę tam, gdzie inni już nie wchodzą. Ryzykuję, że sufit spadnie mi na głowę.
Odwrócił się nagle.
Jeśli to jest panoszenie się, to chętnie zobaczę, jak ty byś to nazwała.
Zrobił kolejny krok na przód. Nie naruszając jej fizycznie, ale wystarczająco, by napięcie było niemal namacalne. Podkreślając wcześniejszą dyskusje o granicach. Granicach, które nie istniały. Tym bardziej podczas pożaru.
Ty możesz się cofnąć — powiedział nisko. — Ja nie.
Jej słowa o różnicy między zniszczeniem przez ogień a przez człowieka sprawiły, że Rocket zamknął oczy. Tylko na moment. Jakby musiał zebrać się w sobie. Próbując hamować swoje myśli i emocje, które uderzały w niego jak fale podczas sztormu, które mogły bardzo łatwo wymknąć się spod kontroli.
Ogień nie wyciąga ludzi z mieszkań — powiedział w końcu, wolno. — Ogień nie wynosi zwierząt. Ogień tylko bierze.
Otworzył oczy.
My próbujemy coś z tego zabrać z powrotem.
Kiedy wspomniała o rozmowie z dowódcą, Rocket poczuł, jak w jego wnętrzu zapala się kolejna iskra. Tym razem nie tłumił jej od razu. Pozwolił jej zapłonąć — całkowicie kontrolując już to co powiedział. Chciała przeciwnika do dyskusji na swoim poziomie? Oto był. Z założoną zimną maską, człowieka na którego wszyscy wieszali psy, a on jeden przeciwko całemu światu wiedział jaka jest prawda.
Dowódcy nie ma — powiedział spokojnie, niemal obojętnie. — Zmiana skończona.
Odwrócił się i wskazał ręką drzwi remizy. Gest był wyraźny, prosty, pozbawiony emocji.
Drzwi są tam.
Zawiesił na niej spojrzenie.
— Jeśli chcesz pogadać z kimś wyżej, wróć jutro. Jeśli chcesz pogadać ze mną, to pogadaj, ale nie licz na to, że będę grzeczny.
Jej kolejne zdania, sugestie, teorie — wszystko to uderzało w niego jedno po drugim. Czuł, jak puls przyspiesza, jak serce bije zbyt mocno, jak dłonie znów zaciskają się w pięści.
Chcecie kozła ofiarnego — powiedział w końcu, wprost. — Bo łatwiej jest wskazać faceta w mundurze, niż przyznać, że ogień zrobił dokładnie to, co zawsze robi.
Przeciągnął dłonią po twarzy, zmęczonym ruchem.
Ja wiem, co zrobiłem — dodał ciszej. — I wiem, dlaczego.
Spojrzał na nią po raz ostatni. Spojrzenie było twarde, chłodne, pełne zmęczenia.
Masz swoje papiery — zakończył. — Ja mam obrazy, które wracają w nocy. I żaden paragraf ich nie wymaże.
Cofnął się o krok, jakby symbolicznie kończąc rozmowę. Nadal był napięty. Nadal na granicy. Ale kontrola — jeszcze — należała do niego.
Teraz zdecyduj — powiedział chłodno. — Albo wychodzisz, albo kończymy tę rozmowę w cztery oczy.
Z wypowiedzeniem ostatniego zdania rzucił brudną ścierką, którą do tej pory ściskał w dłoni, pozwalając jej opaść bezwładnie na betonową posadzkę, po czym odwrócił się bez oglądania za siebie i ruszył w stronę pomieszczenia pełniącego funkcję stołówki, zostawiając kobietę samą — pomiędzy masywnymi wozami strażackimi, w chłodnej, ciężkiej ciszy remizy. To ona teraz miala w rękach decyzję, a co z tym wszystkim chciała zrobić? Było w jej dłoniach i głowie.
Rocket odwrócił się gwałtownie, jakby samo wypowiedzenie ostatniego zdania wyssało z niego resztki cierpliwości. Brudna ścierka, którą do tej pory niemal miażdżył w dłoni, poleciała w bok i z głuchym, mokrym plaśnięciem uderzyła o betonową posadzkę. Nie sprawdził, gdzie dokładnie spadła. Nie było to już ważne. Ruszył w stronę części socjalnej. Drzwi do stołówki pozostały uchylone, skrzydło nie domknęło się za nim, zatrzymane gdzieś w pół drogi. Z korytarza nadal dochodziły odgłosy remizy — metaliczne brzęknięcia, cichy pogłos przestrzeni między wozami, echo kroków. Nie odciął się od niej całkowicie. I wcale tego nie chciał. W środku zapach był inny. Zamiast oleju i dymu — kawa, herbata, coś podgrzewanego wcześniej w mikrofali. Zwykłość. Przyziemność. Rocket zwolnił kroku dopiero teraz. Ramiona wciąż miał uniesione, barki napięte, jakby organizm jeszcze nie dostał sygnału, że zagrożenie minęło. Szczęka bolała od ciągłego zaciskania zębów. Stanął przy blacie i oparł się o niego dłonią. Przez chwilę po prostu stał, oddychając. Wdech. Wydech. Powietrze wchodziło już bez oporu, bez zapachu spalenizny, bez tej ostrej nuty, która zwykle długo zostaje w płucach. Adrenalina zaczęła schodzić powoli, nierówno. Najpierw pojawiło się lekkie drżenie w palcach. Potem ciężar w ramionach, jakby nagle ktoś zdjął z niego obowiązek trzymania wszystkiego w ryzach. Odkręcenie nakrętki zajęło mu chwilę. Palce wciąż nie do końca go słuchały. Kiedy w końcu napił się pierwszego łyka, poczuł wyraźną ulgę. Chłód przeszedł przez gardło, gasząc to pieczenie, które zostało po krzykach i złości.
Drugi łyk był wolniejszy.
Trzeci — spokojny.
Oparł się plecami o blat, wciąż mając w zasięgu słuchu remizę. Dźwięki zza uchylonych drzwi przypominały mu, że nie uciekł. Po prostu zmienił przestrzeń. Myśli zaczęły się porządkować, tracąc ostrość. Obraz prawniczki, jej głos, słowa — wszystko to zaczęło się oddalać, jak rozmowa, którą słyszy się z innego pokoju. Gniew nie zniknął całkiem.
Zamienił się w zmęczenie. W coś ciężkiego, ale znajomego. Coś, z czym umiał żyć. Co zdecydowanie było widać na jego twarzy.

Melanie Campbell
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Fire Station 132”