
Jak nic będzie piosenkarką!
Mała Erin urodziła się w Nowym Orleanie w mieszanej etnicznie rodzinie. Miała korzenie irlandzkie, jak i karaibskie, ale z dumą zawsze uważała się za kreolkę. Od małego miała taką pojemność płuc, że czasem nie szło z nią wytrzymać, ale uspokajała się w ramionach rodziców. Ku ich rozpaczy wystarczyło ją odłożyć na dłuższą chwilę do łóżeczka, żeby znów zaczynała płakać. Ta potrzeba fizycznej bliskości została jej na zawsze. Tak jak i umiejętność posługiwania się głosem. Od małego dużo śpiewała, co z czasem przerodziło się w pasję.
Może nie jest najbystrzejsza, ale jaka zdolna!
Przez liceum prześlizgała się dzięki swojemu udziałowi we wszystkich możliwych teatralno-muzycznych aktywnościach w szkole. Oceny miała słabe, wiecznie była rozkojarzona i zamyślona, ale kiedy śpiewała hymn przed meczem, albo występowała na szkolnej scenie, wszystkim miękło serce. Oceny, w magiczny sposób były poprawiane, a ona była przepychana z klasy do klasy, bo wszyscy ją lubili. Sama Erin wcale taka głupia nie była, po prostu interesowały ją zupełnie inne rzeczy niż wkuwanie lekcji. Szybko stało się jasne, że raczej na studia nie pójdzie.
Graj mała!
Karierę muzyczną zaczęła na ulicach Nowego Orleanu. Od fuchy do fuchy, grając z różnymi muzykami, już jako nastolatka. Rodzice szybko wyłapali jej talent i zainteresowania, więc trafiła do szkoły muzycznej już jako małe dziecko. Szybko uczyła się nowych instrumentów, a jej skala wokalna rosła i zachwycała, czy to w kościele, czy szkole, czy przy zbieraniu drobnych do pokrowca na gitarę. Aż przyszedł moment, w którym znany w Nowym Orleanie muzyk jazzowy zaprosił ją na swój koncert w jednym z klubów. To był przełom bo, mimo trzęsących się rąk i nóg, jej głos nie zadrżał ani razu. Zrobiła furorę i zaczęła grać w klubach regularnie, z różnymi sławami. Przyciągała swoim eterycznym wyglądem, romantycznym usposobieniem i magicznym głosem. A grała z najlepszymi w tej branży. Nawet nagrała płytę...
Patrzysz na mnie, jakbyś się zakochał...
Te cechy sprawiły, że pewnej nocy, kiedy śpiewała i grała w klubie spotkała kogoś, kto wywrócił do góry nogami całe jej życie. Próbując zeskoczyć ze sceny, żeby pójść po drinka do baru, wpadła w ramiona wysokiego, postawnego i przystojnego pana. Który zupełnie stracił dla niej głowę. Cały wieczór walczył o to, żeby się z nim umówiła, aż w końcu uległa. Przecież jedna randka nie zaszkodzi, tym bardziej, że on był Kanadyjczykiem, więc mogli się po prostu dobrze bawić. Ale chemia między nimi była nie do zatrzymania. I z jednego lunchu następnego dnia, zrobił się cały weekend w Nowym Orleanie. Pokazała mu miasto, jego koledzy, z którymi przyjechał przestali mieć znaczenie. Ale pożegnanie złamało im serca...
Spóźnia mi się...
Minęły dwa miesiące, aż w końcu Josh pękł i przyjechał znowu. Tym razem zadbali o to, żeby wymienić się numerami telefonów i adresami. Pisali do siebie, dzwonili na skypie, kiedy ten jeszcze działał. I zaczęli do siebie nawzajem przyjeżdżać. To znaczy częściej ona do niego, bo rezydentura nie dawała mu za dużo szans na wolne. Związek na odległość był romantyczny, ale bolesny, bo tęsknota coraz bardziej ją uwierała. Aż przyszedł moment kulminacyjny... To, co brała za stres okazało się być ciążą, o której z obawą powiedziała jemu. Ale on zachował się tak, jak powinien.
"To najlepsza wiadomość ever!" Któreś musiało zrezygnować ze swojej kariery... Stabilniejsze wydawało się jego zajęcie. Lepsze zaplecze... Więc opuściła rodzinny Nowy Orlean i poleciała do Toronto. Zacząć planować swój ślub.
- jest multiinstrumentalistką, gra na fortepianie, gitarze, uczy się grać na trąbce
- jej cichym marzeniem jest praca w teatrze muzycznym
- nie przyznaje się do tego przed narzeczonym, ale czuje się tutaj samotna i coraz bardziej zamyka się w ich domu
- stara się komponować i pisać, ale nigdy nie jest zadowolona z efektów.
- strasznie słaby z niej kierowca... chaos i mylenie kierunków, albo jazda z włączonym kierunkowskazem to standard.