Pachnąca cynamonem i czekoladą kuchnia w The Beaches to wyjątkowe miejsce, gdzie Margaret naprawdę potrafi wyłączyć „tryb czuwania”. Chociaż przez chwilę, mogła pokrzątać się w kuchni myśląc tylko o małych przyjemnościach. Dziś Mount Sinai wypuściło ją półtorej godziny wcześniej – rzadki luksus, który postanowiła celebrować w swój ulubiony sposób: karmiąc tych, których kocha.
W mieszkaniu unosił się już ciężki, domowy aromat pieczonej wołowiny i ziół, a na blacie stygła pierwsza partia jej kultowych ciastek. Miały być deserem, ale znając życie, znikną, zanim Dawson zdąży zdjąć mundur. Maisy, wciąż w szpitalnych scrubsach i kolorowych skarpetkach (tym razem w cytryny i pomarańcze), krzątała się boso po chłodnej podłodze, nucąc pod nosem popowy kawałek zasłyszany rano w radiu i przerabiając go w przyjemną dla ucha balladkę.
Był w tym pewien paradoks – ona, która boi się ognia, najlepiej czuje się przy rozgrzanym piekarniku. Ale ten gorąc był już oswojony, zamknięty za szybą, służący tworzeniu, a nie niszczeniu.
Ustawiła na stole dwa talerze, zastawę i przez krótką chwilę zawahała się, czy przy okazji tak wykwintnej kolacji nie zapalić kilku świeczek. Kto wie, może zdążyłaby przebrać bieliznę i zamienić wygodne skarpetki na coś bardziej uroczystego, ale... No właśnie. Świeczki zrobiłyby nastrój, ale atmosfera nie była warta ryzyka, jakie niosło ze sobą wzniecanie ognia w starym budownictwie. Na pewno nie wtedy, gdy Jej Komendanta nie było jeszcze w pobliżu. Pozostała część planu wydawała się jednak wystarczająco kusząca.
Spojrzała wyczekująco na piekarnik, a potem na zegar – miała co najmniej pół godziny, zanim wróci Dawson i mniej więcej tyle samo czasu, by wołowina „doszła” do siebie. Więc najpierw: plan „romantyczna kolacja”. Dwuminutowy prysznic pozwolił jej spłukać z ciała szpitalny zapach, a parująca wilgoć poskręcała w loki jej zwinięte w koczek włosy. Odświeżająca mgiełka do ciała z nutą wanilii i białych kwiatów, tusz do rzęs dla podkreślenia spojrzenia i czarna, koronkowa bielizna. Klasyk. Na to dzianinowa, jasna tunika – by nie rezygnować z wygody we własnym domu. Tak oto w kwadrans przeszła z etatu „dr Heartwood” na etat „domowej Maisy”. Czasu wciąż było sporo, poprawiła więc naczynia, poduszki na kanapie i wstawiła wodę na herbatę. Minuty jednak uparcie stały w miejscu. Wyłączyła piekarnik i usiadła na kanapie ze swoim brązowym notatnikiem obklejonym kwiatowymi naklejkami.
„Dziś w szpitalu było nad wyraz spokojnie. Wbrew pozorom lubię takie dni. Lubię, gdy nic się nie dzieje i mogę przez chwilę poczuć się 'niepotrzebna'. Mały Leo z sali 402 w końcu zaczął jeść. Większość pacjentów dostała po weekendzie wypis, więc oddział przejęli dyżurujący lekarze, a ja mogłam iść do domu. Kolacja już w piekarniku, Dawson będzie lada chwila. Mam nadzieję, że nie przyniesie dziś ze sobą tego duszącego zapachu dymu. Chcę być jego przystanią. Bezpiecznym domem. Zapach dymu, który nosi na ubraniach, sprawia, że pęka mi serce. Z troski.”
Minął kolejny kwadrans. Dawson powinien już być. W świecie strażaka każda minuta potrafi być wiecznością i każda może zaważyć o losie całej akcji. To czas, w którym zawala się dach albo wybucha wsteczny ciąg płomieni. Nikt wtedy nie patrzy na zegarek tak, jak Maisy teraz. Czuła, jak chłód wieczoru wdziera się do środka mimo zamkniętych okien. Wodziła dłonią po kartkach pamiętnika, chcąc uciszyć galopujące myśli, ale pióro ledwo sunęło po papierze.
„Nienawidzę tej ciszy. W East Endzie wszystko wydaje się spokojne, ale ja słyszę tylko te syreny w oddali, których nikt inny nie zauważa. Powinnam ufać, że Dawson wie, co robi. Ale fakty nie uciszają czarnych scenariuszy w mojej głowie. Widzę nagłówki, widzę mundury pod drzwiami. Dawson, po prostu wróć. Pieczeń stygnie, a ja znów mam dziesięć lat i patrzę, jak świat obok mnie staje w ogniu.”
Zatrzasnęła notes i podeszła do okna, wpatrując się w mrok i przebijające przez drzewa jezioro. Gdzieś w oddali migotały światła, a ona wciąż wstrzymywała oddech, czekając na ten jeden, konkretny dźwięk. Gdy w końcu usłyszała zgrzyt klucza w zamku, odwróciła się raptownie w stronę drzwi. Czekała, aż wejdzie – zmęczony i pachnący światem, przed którym tak bardzo chciałaby go schronić.