Padre nuestro que estás en los cielos, santificado sea tu Nombre;
venga tu reino;
hágase tu voluntad, así en la tierra como en el cielo;
danos hoy el pan nuestro de cada día;
perdona nuestras ofensas, así como nosotros perdonamos a los que nos ofenden;
no nos dejes caer en la tentación y líbranos de mal.
Amén.
Bądź wola
Twoja. Jego wola. Czy nieskończone życie, bez trwogi i cierpienia, było warte poświęcenia, jakiego od niej wymagał? Zabrał go, taka była
Jego wola. Tak postanowił, a ona była zmuszona to zaakceptować. Był to niesprawiedliwy układ, gdy ktoś posiada nad tobą władzę absolutną, a tobie mydli oczy wolną wolą. Daje iluzję wyboru, ale czy wszystko nie zostało już zapisane? Jest wszechwiedzący, a i tak wystawiał jej wiarę na próbę, wiedząc, jaki będzie rezultat. Liczyła, że się spotkają wcześniej, kupiła bilet w jedną stronę, ale nigdy nie odjechała, uratowana dzięki cudom współczesnej medycyny. Musiała jeszcze trochę poczekać, a lista gorzkich żali rosła.
Martin Layton był kłamcą. Patrzył jej w oczy, gdy mówił, że już więcej nie odejdzie. Trzymał jej dłoń, obiecując, że tym razem będzie inaczej. Do ostatniej chwili nie wierzyła, że naprawdę go nie ma. Dopóki nie posypała ziemi na jego trumnę, miała nadzieję, że to tylko jeden z planów, o którym jej nie powiedział. Zawsze to robił. Podejmował decyzje i oczekiwał, że każdy się dostosuje. I każdy to robił, bo wiedzieli, że Martin ma zawsze rację. Ufali mu, chociaż nie powinni! Łgał jak pies, bezczelnie udając, że ma wszystko pod kontrolą. Teraz go nie było, a ona była zmuszona wylewać cały swój gniew do grafitowej płyty. Rozumiała, że kontrola to była tylko iluzja.
Sen był odległym marzeniem, luksusem, na który nie mogła sobie pozwolić, gdy myśli kłębiły się, szukając odpowiedzi. Okrucieństwo, do jakiego posuwała się we własnej głowie, czasem ją przerażało. Nie mylił się, potrzebowała ratunku przed samą sobą, ale nie była w stanie sama tego zrobić. On był filarem, podporą tej kruchej konstrukcji, jaką było jej życie. Tak bardzo było jej wstyd, że obarczyła go tym zadaniem, choć wiedziała, że zapewne złożył mu obietnicę. Chciała wierzyć, że robi to dlatego, że chciał, a nie dlatego, że musiał. Więc gdy zadzwonił, prosząc o pomoc, pojechała od razu.
—
Te quiero mucho — powiedziała pośpiesznie, desperacko. Życie ją nauczyło, by mówić takie słowa często, bo nie wiesz, czy kolejna okazja się nadarzy. —
Poczekaj na mnie, zaraz tam będę, ok?
Miała ochotę mu zagrozić, że jak odejdzie, to go nie pochowa, że nie zapali mu świecy i już nigdy się do niego nie odezwie. Wszystkie te groźby ugrzęzły jej w gardle, oczy napełniły się łzami. Wybiegła z mieszkania, a noc przypominała o wszystkich tragediach, które wydarzyły się po zmroku. Wciąż widziała bose ślady matki, która odchodziła zawsze, gdy szepty stawały się głośniejsze od jej własnego głosu. Pamiętała zerwaną taśmę policyjną, resztki krwi, którą splamił biały puch.
Poczuła to, gdy wybiegła. W bijącym chłodzie, wraz z powiewem silnego wiatru, który próbował ją zatrzymać w miejscu. Latarnia zamrugała nerwowo, ponaglając, by zawróciła. Nakazała mu odejść, dać jej spokój. Nie miał prawa głosu, nie teraz, nie gdy o niego chodziło. Obłudnik, wygodnie tak pośmiertnie nakazywać im, co mają robić. Jego dłonie już nigdy nie zostaną splamione, a ktoś musiał posprzątać ten bałagan.
Zatrzymała się na czerwonym, nerwowo sprawdziła torebkę, czy ma wszystko. Apteczka, leki, piersiówka i broń.
Martin Layton to hipokryta. Zabronił jej się zbliżać do tego świata, ale zawsze była gotowa do niego wkroczyć. Mówił, że uczy ją wszystkiego, by umiała o siebie zadbać. Straszył złymi mężczyznami, którzy czyhali w ciemnościach, czekając na odpowiedni moment, by ją skrzywdzić. Był w błędzie, bo oni nie czekali, nie ukrywali się w zmroku. Brali, co nie należało do nich, nie pytając o zgodę, i to w blasku estradowych świateł, a ona nie dała rady się obronić. I teraz była obciążeniem i musiała go ratować, bo bez niego przeminie całkowicie.
Z piskiem opon zaparkowała pod kościołem. Ręka automatycznie drgnęła ku górze, by wykonać znak pokoju. Dostrzegła jego auto, wsiadła do środka, rozglądając się, czy na pewno są tutaj sami. Zakryła usta dłonią, by stłumić krzyk, który wydostał się na powierzchnię. Drżącą dłoń położyła na jego policzku. Łzy pociekły, rozmywając tusz do rzęs. Czarne krople wydrążyły ścieżkę na zaróżowionych policzkach.
—
Tú, pecador estúpido — wypowiedziała te słowa agresywniej, niż zamierzała. Ale on słyszał w jej głosie tę samą rozpacz, którą go uraczyła tamtej nocy, gdy zadzwoniła przekazać złe wieści. W sytuacjach takich jak te wybierała jego numer, by powiedział jej, co ma zrobić. Był zawsze ostatnią deską ratunku, a ją zjadało poczucie wstydu z tym związane. Złapała go za ramiona, odsunęła od fotela, przepraszając cały czas. Kula została w środku. Wyjęła z torebki apteczkę, przemyła ranę, zakrwawione gazy rzucając pod nogi. Zacisnęła opatrunek, próbując zatamować krwawienie.
—
Nie mogę cię stracić, proszę, nie zostawiaj mnie, ja sobie nie dam rady sama — mówiła mu. Miała tyle pytań, które na razie musiała zachować dla siebie. —
Dasz radę dojść do mojego auta? Nie wiem, czy to dobry pomysł, byśmy jechali twoim. Ktoś cię śledził?
Carlos mógł dostrzec naładowaną broń, którą Cassie zawsze miała blisko siebie. Wydawało się, że tylko czeka na okazję, by jej użyć. Zemsta to był miecz obosieczny, a ona twardo ściskała ostrze. Czy to go spotkało? Patrzyła mu w oczy, próbując odgadnąć, czy to właśnie z nim miała styczność.
—
Kurwa! Powiedz coś do cholery! Mów, co mam robić!
Carlos Salazar