ODPOWIEDZ
35 y/o
Welkom in Canada
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

and the words we choose to hold
like notes we end up folding in a box for better days
Tchórzliwy.
Jej określenie sprawiło, że kącik jego ust zadrżał lekko - nie w wyrazie rozbawienia, ale w pozbawionym wesołości uśmiechu wywołanym błędem, w jakim się znalazła.
Błędem, który sam umocnił swoim zachowaniem.
Przekroczenie granicy wydawało się ł a t w e. Niczego bardziej nie pragnął wtedy, w pogrążonym półmroku biurze, które nawiedzali w środku nocy jak nienazwane duchy. Upojony jej bliskością, z trudem przywrócił własne myśli do porządku, dostrzegając czerwień ostrzegawczych lamp, która płonęła przez cały ten czas, skrzętnie przez niego ignorowana. Dostrzegł ją dopiero odbitą w jej ciemnych tęczówkach, w postaci zarysu własnej sylwetki, twarzy znajdującej się tuż obok.
Przekroczenie granicy przyniosłoby katastrofalne skutki - dla ich obojga. Granice wyznaczały jego teraźniejszość, zmuszając do lawirowania między jednym światem, a drugim. Między błyskiem odznaki w świetle dnia i ciężarem broni trzymanej przy sobie blisko pod osłoną zmroku. Margo należała wyłącznie do jednego z tych światów i, w przeciwieństwie do niego, jej barki nie uginały się pod wagą podjętych przez siebie wyborów.
Miała przyszłość, podczas gdy jego życie było ciągłym zastanawianiem się, za którym razem potknięcie wypchnie go z linii, na której z taką wprawą balansował.
I nie był pewien po której stronie wtedy wyląduje.
Ulotna chwila zapisała się w jego myślach, czy tego chciał, czy nie. Nie pozwalał im wypłynąć na zewnątrz następnego dnia, gdy dostrzegł ją siedzącą przy biurku. Cisza między nimi wydawała się naturalna, nie wymowna. Dotyk jej dłoni i pocałunek na jej skórze stały się wspomnieniem czegoś, czego żadne z nich nie zamierzało poruszać, ani nie zamierzało do tego wracać.
Niemal był w stanie uwierzyć, że przejdą z tym do normalności.
Niemal, ponieważ w głębi siebie nie wiedział, czy w ogóle tego c h c i a ł.
Dni w tygodniu zlały się w jeden, pozbawiony rewelacji odcinek czasu. Zgodnie z protokołem, zgłosił ich odkrycia wyżej - coś, czego nie musiał robić od razu, detektywi przeciągali takie sprawy nieustannie by nie odebrano im śledztwa. Szybko po tym morderstwo Elliota Mastersa i jego żony zostały przekazane w ręce wydziału od spraw przestępczości zorganizowanej. Rozpoznawał mężczyznę, któremu wręczał stertę akt. Widział jego czujne spojrzenie, cwany uśmieszek błąkający na ustach jak gdyby obydwoje rozumieli żart, którego nie pojmowała reszta społeństwa.
Widywał ten uśmieszek w Mimmo's. Nie mieszaj się w to, Madden. To nie twoja sprawa. Wkraczając w piątkowy ranek do komisariatu, odbębnił spotkanie wraz z resztą i zgarnął akta ich następnej sprawy z biurka przełożonego, nim stanął przy siedzącej na swoim miejscu Margo.
- Podwójne morderstwo, same ciekawe rzeczy - stwierdził krótko, pół żartem, pół serio, rzucając stertę dokumentów na jej blat. - Sprawca postanowił udokumentować wszystko w postaci listów. Mam nadzieję, że nie masz planów na wieczór.
Papierologia zajmie im cały wieczór.
A Margo, podobnie jak on, nigdy nie miała planów.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poranek nazajutrz przyniósł trzeźwość, której wcale nie chciała. Jeszcze kilka godzin wcześniej stała z b y t blisko, oddychała tym samym powietrzem, czuła ciepło jego dłoni na swojej skórze i była o ułamek sekundy od zrobienia czegoś, co mogło wywrócić ich świat do góry nogami. Chciała. Tak bardzo, że aż bolało. To nie była przelotna ciekawość ani impuls napędzany adrenaliną po ciężkim dniu - to było świadome pragnienie, by przekroczyć granicę i zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Wiedziała, że to zły pomysł; że pracują razem, że są partnerami, że takie historie kończą się komplikacjami. A jednak w tamtej chwili była gotowa zaryzykować wszystko, łącznie z własnym spokojem.
Ale noc minęła, a emocje opadły. Został fakt: powiedział wyraźnie n i e. A ona była osobą, która potrafiła przyjąć odpowiedź bez dramatycznych scen i bez pielęgnowania urażonego ego, przynajmniej w tym obszarze życia, który nie dotyczył pracy. Czuła za to niedosyt i coś na kształt cichego rozczarowania, które jednak nie miało w sobie goryczy.
Dlatego kolejne dni nie różniły się niczym od tych poprzedzających tamtą noc. Nie spóźniała się, zachowywała się normalnie, witała się tak, jak czyniła to każdego dnia, a później siadała na swoim miejscu wiedząc, że Madden nie dołączy do niej wcześniej niż trzydzieści minut po czasie. Te chwile, jak niemal codziennie wykorzystywał Evans, zatrzymując się przy jej biurku. To było jak rutyna, wiedziała co zrobi - uśmiechał się za długo, przynosił jej kawę bez pytania, proponował wspólne wyjście zupełnie niezobowiązująco. Do tej pory zbywała to półżartem - nie dlatego, że nie był atrakcyjny, bo był. Był również ciepły, stabilny i przewidywalny w dobrym sensie. Taki, przy którym nie trzeba było zastanawiać się, jaki będzie jego kolejny krok. Nie spodziewała się fajerwerków. Nie spodziewała się gwałtownych zwrotów akcji. Ale może właśnie dlatego to było rozsądne.
Kiedy więc Rhys zbliżył się do jej biurka z nową sprawą pod pachą, nie była jedyną osobą, którą zauważył. Daniel Evans stał z boku i śmiał się cicho z czegoś, co przeznaczone było tylko dla jej uszu. Był wysoki, jasnowłosy z tym typem spojrzenia, które nie unika kontaktu wzrokowego i nie ucieka, gdy rozmowa robi się osobista. Skinął Maddenowi głową w powitaniu, naturalnie, bez napięcia. - Madden - rzucił krótko, zanim odsunął się od biurka. - Oddaję partnerkę - zanim odszedł, posłał Margo jeszcze jeden, porozumiewawczy uśmiech.
Dopiero wtedy spojrzała na Rhysa, przyjmując od niego akta. Nie zajrzała do nich, położyła przed sobą, bo wciąż była zaskoczona tym, że tak po prostu odsunięto ich od kluczowej sprawy. - Nie wierzę, że przekazali ją Collinsowi - jakby ktoś z góry zdecydował, że lepiej będzie, jeśli przestaną zadawać pytania. Nie było sensu protestować, znała mechanizmy. Wiedziała, że decyzje zapadają gdzieś wyżej, poza zasięgiem ich biurek i odznak.
Westchnęła cicho i przesunęła teczkę bliżej siebie. Otworzyła dokumenty, zmuszając się do skupienia; praca była najprostszym sposobem, by nie myśleć o tym, co właśnie im odebrano. Przekartkowała kilka stron, zatrzymując się przy jednym z listów. - Niespełniony literacki psychopata, cudownie - mruknęła pod nosem.
- Właściwie mam - powiedziała to prosto, bez zawahania. - Umówiłam się z Danielem. Zapraszał mnie już kilka razy - spojrzała na niego. - Uznałam, że skoro komuś zależy wystarczająco, żeby próbować ponownie, to nie ma sensu udawać, że tego nie widzę - niby nie robiła tego specjalnie; niby naprawdę miała ochotę pójść dokądś z Evansem, ale jednak gdzieś pod skórą pojawiło się c o ś jeszcze. Niewielkie, ciche ukłucie satysfakcji, irracjonalne i zupełnie niepotrzebne. Nie dlatego, że chciała go ukarać. Raczej dlatego, że chciała zobaczyć, czy to w ogóle coś w nim poruszy.
- Wyjdę punktualnie - dodała, wracając wzrokiem do akt. - Resztę ogarniemy jutro - i już po chwili wyglądała tak, jakby naprawdę interesowała ją tylko nowa sprawa.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Welkom in Canada
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego wzrok natychmiast prześlizgnął się na stojącego przy biurku mężczyznę. Sama jego obecność nie była szczególnie podejrzana - Evans był osobą chętnie marnującą czas swojej pracy na rozmowy z ludźmi z wydziału. Madden zauważył, że kręcił się obok niedawno nieco częściej, ale nawet przez myśl nie przeszłoby mu, że wynikało to z inicjatywy Mercer.
Niczym natrętny owad, tkwił ciągle w pobliżu, wzbudzając irytację faktem znoszenia jego obecności, ale był przecież nieszkodliwy.
Jego brwi ściągnęły się nieco na dźwięk wypowiedzianych przez niego słów, które z jakiegoś irracjonalnego powodu działały mu na nerwy. Daniel Evans nie mógł mu niczego o d d a ć, ponieważ tego nie p o s i a d a ł. Najwyraźniej chwila wspólnej konwersacji na pożegnaniu Stevensona dała mu do zrozumienia, że Margo jest nim w jakikolwiek sposób zainteresowana - nawet, jeśli cały jej przebieg jej wzrok uciekał w kierunku kogoś innego.
Przetaczając wzrokiem po suficie, zajął jego miejsce - z początku wahając się przez sam ten fakt. Oparł się jednak o blat jej biurka, zerkając w stronę własnego, ustawionego po drugiej stronie. T e g o, przy którym w podobny sposób stanęła ona, kilka dni temu.
W zupełnie innej rzeczywistości, która prysła jak mydlana bańka, nigdy nie mając powrócić.
- Ułatwia nam robotę - skwitował jej słowa wzruszeniem ramion, nie wiedząc, jaki pocisk miał nadejść w jego kierunku po nich.
Właściwie mam.
Drgnął, zaskoczony, choć jeszcze nie w s t r z ą ś n i ę t y. Margo mogła mieć wiele różnych planów na ten wieczór, w końcu był piątek - nie znaczyło to zbyt wiele dla nich wcześniej, ale przecież inni ludzie, normalni ludzie wykorzystywali ten dzień na spotkania towarzyskie. Nie zszokował go aż tak fakt tego, że się umówiła.
Zszokowało go to, z kim to zrobiła.
- Ty? I Evans? - wyrwało mu się, gdy nieprzyjemne wrażenie rozlewało się po jego wnętrzu, zagnieżdżało w brzuchu i sięgało korzeniami aż do samego serca, przekształcając w wiele rzeczy zbyt skomplikowanych, by był w stanie je teraz rozplątać. Złość, rozczarowanie, nawet pewnego rodzaju rozbawienie, z rodzaju tych podlegających pod czarny humor.
Zazdrość, od której jego dłonie zacisnęły się na krawędzi biurka, knykcie pobielały nieznacznie.
A później to dostrzegł. Iskierkę satysfakcji czającą się w jej spojrzeniu, przytyk chowający w słowach. Dziwnego rodzaju spokój wtargnął w miejsce, w którym przed chwilą podłożono ogień - niewystarczający, by całkowicie go ugasić, ale odpowiedni by go zmniejszyć. We własnym, skrajnym egoizmie, którego był do pewnego stopnia świadomy, pozwolił uśmiechowi wpełznąć na swoje usta. Nie chodziło o Evansa.
Nadal chodziło o n i e g o.
- Uważam, że to świetny pomysł - odpowiedział beztrosko, puszczając krawędź blatu, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. - Jakie macie plany? Spacer wieczorną porą w parku przy herbacie? A może browary w pizzy hut? - wbrew sobie, wbrew logice i całej fasadzie obojętności, którą tak pieczołowicie odbudowywał, nachylił się ku niej z odrobiną złośliwości na twarzy. - A może kolacja przy świecach w jakiejś tandetnej, włoskiej restauracji?

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Margo nie cofnęła się ani o krok, gdy nachylił się ku niej z tą charakterystyczną mieszanką ironii i zbyt starannie wyćwiczonej beztroski. Zamknęła teczkę wolno, palce zatrzymały się na jej krawędzi na ułamek sekundy, jakby domykała coś więcej niż tylko akta. Jego słowa były lekkie, ale pod nimi wyraźnie brzmiało napięcie, którego nawet nie próbował maskować wystarczająco skutecznie.
Przyglądała mu się spokojnie z tą samą koncentracją z jaką obserwowała świadków, którzy mówią jedno, a ich ciało zdradza zupełnie co innego - zaciśnięte dłonie, zbyt sztywny kark i uśmiech, który nie miał nic wspólnego z rozbawieniem. - Nie wiedziałam, że aż tak martwisz się o moje plany towarzyskie - odpowiedziała spokojnie, unosząc lekko brew w rozbawieniu, którego nie udało jej się ukryć. Zauważyła jego dłonie zaciskające się na blacie biurka i dokładnie wyłapała, jak sarkazmem próbuje zakryć to, że rozzłościło go to bardziej, niż powinno.
- Daniel jest w porządku. Nie komplikuje rzeczy, które nie muszą być skomplikowane - znaczenie tych słów zawisło między nimi ciężko i wyraźnie. Nie było to oskarżenie, nie był to zarzut. To było stwierdzenie faktu, wypowiedziane tonem kogoś, kto już podjął decyzję i nie zamierza się z niej tłumaczyć. Przez krótką chwilę milczała, jakby rozważała coś praktycznego. - Właściwie - dodała lżej. - Myślałam też o tym, żeby zaprosić go do siebie. Dopisz to do listy, skoro już tak szczegółowo analizujesz różne scenariusze - na jej ustach znowu zawitał cień uśmiechu; tego samego co zwykle, będącego odbiciem jego własnego. - Świetnie gotuję. Szkoda byłoby, żeby się o tym nie przekonał - w tym momencie sięgnęła do kieszeni marynarki i wyciągnęła telefon. Gest był naturalny, niewymuszony, jakby właśnie przypomniała sobie o czymś zupełnie zwyczajnym. Odblokowała ekran, ale zanim zaczęła pisać, jej spojrzenie powędrowało ponad jego ramieniem.
Za przeszklonymi drzwiami, w bocznym biurze siedział Evans. Pochylony nad raportem, skupiony i nieświadomy, że właśnie stał się częścią tej cichej demonstracji. Jej wzrok zatrzymał się tam o ułamek sekundy za długo, a potem wróciła do telefonu, ignorując siedzącego blisko niej Maddena, który prawdopodobnie mógł przeczytać wszystko, co pisała. Jej kciuk przesunął się po ekranie powoli.
Jeśli propozycja aktualna, możemy dziś u mnie.
Obiecuję, że gotuję lepiej niż Pizza Hut.
Nie spojrzała na mężczyznę, kiedy nacisnęła wyślij.
Dźwięk wysłanej wiadomości był niemal niesłyszalny, ale w tej przestrzeni zabrzmiał wyraźniej, niż powinien. Odłożyła telefon na blat spokojnie, jakby właśnie odhaczyła punkt na liście rzeczy do zrobienia. Nie zrobiła tego wyłącznie po to, by go sprowokować. Decyzję podjęła rano w ciszy własnej kuchni, kiedy zrozumiała, że nie zamierza zawieszać życia w próżni tylko dlatego, że ktoś boi się wykonać krok. Ale był w niej ten drobny, irracjonalny impuls, by sprawdzić czy to w nim c o ś poruszy.
Podniosła na niego wzrok. - Spokojnie, to tylko kolacja - powiedziała ciszej. - Chyba nie jesteś zazdrosny? - w jej spojrzeniu nie było złośliwości. Była pewność i coś jeszcze - świadomość, że to on zdecydował się wycofać.
Odsunęła się krzesłem do tyłu, przyciągając akta bliżej siebie, jakby naprawdę interesowała ją wyłącznie nowa sprawa. Ale powietrze między nimi zgęstniało.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Welkom in Canada
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego wzrok mimowolnie przetoczył się po suficie gdy wymieniła podstawową przewagę Daniela ponad, hipotetycznie, kimś takim jak o n. Nie komplikował rzeczy, które nie musiały być skomplikowane - bardzo zgrabnie ujęte. Z pewnością też jej nie denerwował tak, jak robił to Madden. Sięgał po to, co wpadło mu w oko, zamiast zasłaniać się wzniesionym przez siebie murem. Był kompetentnym detektywem, który nie czuł potrzeby odrzucania całego świata od siebie, pozbawionym kolców, o które mogła się zranić.
Wypowiedziała tylko jedną z tych rzeczy, ale całą resztę był w stanie dopisać sobie w głowie. Mógł się założyć, że Daniel Evans w tej chwili był kurewsko idealny.
Jej śmiałość sprawiła, że w paczka papierosów, którą wyczuł w kieszeni spodni zgniotła się pod naciskiem jego palców. W tym egocentryzmie, z którego już słynął, w samolubnej potrzebie widzenia świata przez własną soczewkę, nie mógł uwierzyć, że mogła posunąć się aż tak daleko wyłącznie po to, by go sprowokować.
Może dlatego, że ta myśl była łatwiejsza do oswojenia się.
Nie wiedział, w jaki sposób zareagowałby gdyby Margo Mercer n a p r a w d ę była zainteresowana kim innym mężczyzną pokroju Evansa.
Z rozbawieniem przyglądał jej się jak ostentacyjnie sięga po telefon. Patrząc na tę sytuację z perspektywy prowadzonej przez nich gry, drugi detektyw był jedynie pionkiem, którym się posługiwała.
Kątem oka dostrzegł jednak. jak telefon na biurku mężczyzny zawibrował - gdzieś dalej, za przeszkloną ścianą, w innej części biura. Jego plecy napięły się lekko gdy ten rzucił się by odczytać wiadomość, zbyt szybko, by to, co napisała, było mu obojętne.
- Zapraszanie obcych mężczyzn do swojego domu wydaje mi się niecodzienną praktyką, nawet dla tak kompetentnej policjantki jak ty - odrzucił, starając się schować złość, która wciąż wrzała pod powierzchnią, czyhając na jego moment słabości. - Znacznie łatwiej jest wyjść z innego miejsca gdy randka skręca w złym kierunku.
R a n d k a. Samo słowo w tym zdaniu pozostawiało gorzki posmak w jego ustach. To przez niego pragnął powiedzieć coś więcej, znaleźć kąt, pod którym mógłby zepsuć jej plany, lub przynajmniej sprawić, że ich wizja i dla niej stanie się gorzka. Przenieść uczucie, które trawiło go od środka, na ten uśmiech błąkający się na jej ustach.
Myśl, że miałaby tym uśmiechem obdarzać mężczyznę, który natychmiast odpisał jej coś żałosnego, jak Nie mogę się doczekać - na zablokowanym telefonie nie widział wiadomości, jedynie nadawcę - była dla niego nieznośna.
- Dlaczego miałbym? - skłamał, z wprawą osoby, dla której szczerość była językiem obcym. - A czy Evans wie, że wykorzystujesz go żeby się na mnie odegrać? - dodał, z sarkastycznym uśmiechem na twarzy, kierując się swoim kruchym, męskim ego.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zauważyła wszystko. To jak jego wzrok ucieka ku sufitowi, kiedy mówi o Danielu, jakby w tej sekundzie musiał przeorganizować własne myśli, zanim pozwoli im wypłynąć na zewnątrz. To jak w kieszeni zgniotła się paczka papierosów pod naciskiem jego palców. I to napięcie w plecach, ledwie dostrzegalne, gdy za przeszkloną ścianą telefon Evansa zawibrował niemal natychmiast po jej wiadomości i wzrok który utkwił w jej, leżącym na biurku, po którego nie sięgnęła od razu. Wiedziała, że mężczyzna się zgodził - prawdopodobnie zgodziłby się na wszystko co tylko by zaproponowała.
Nie odzywała się, patrzyła na niego, a kiedy wspomniał o zapraszaniu obcych mężczyzn do domu, uniosła wzrok powoli. - Nie zapraszam do domu nieznajomych - powiedziała równym tonem. Nie czuła potrzeby tłumaczenia się. - Chyba doskonale o tym wiesz, bo sam nigdy nie wpadłeś na kawę - jedno zdanie wystarczyło, by zamknąć temat jej rzekomej lekkomyślności.
Słowo randka wybrzmiało ciężko. Zarejestrowała to, podobnie jak natychmiastowy kontratak.
Nikogo n i e w y k o r z y s t y w a ł a. Nie robiła tego; owszem, czuła ukłucie dziwnej satysfakcji względem Maddena, ale nie traktowała Evansa jako marionetki w ich przepychance.
Przez moment więc milczała. W jego pytaniu było wszystko: zazdrość, urażone ego, desperacka potrzeba sprowadzenia sytuacji do gry, którą rozumiał. Łatwiej było uwierzyć, że to prowokacja, niż dopuścić myśl, że mogła podjąć decyzję niezależnie od niego. - Nie wykorzystuję go - odpowiedziała z nutą ostrzeżenia w głosie. Jej spojrzenie nie zmiękło, ani nie uciekło. Trzymała je na nim, pozwalając ciszy wypełnić przestrzeń. - Daniel nie jest pionkiem - dodała po chwili ciszej, ale wyraźniej. - A ty nie jesteś ofiarą - to zdanie przecięło powietrze bardziej niż wcześniejsze. Ściągnęła na nich spojrzenia innych siedzących w tym samym biurze ludzi, którzy już i tak wielokrotnie byli świadkami ich potyczek.
- Powtarzam, bo najwyraźniej za pierwszym razem nie dotarło: zapraszał mnie wielokrotnie, był konsekwentny, uprzejmy, więc się zgodziłam - nie rozwijała tego dalej. Nie mówiła, że przy Danielu nie musi zgadywać, czy za chwilę zostanie odepchnięta dla jej dobra. Nie mówiła, że stabilność też potrafi być pociągająca. To wszystko pozostawiła niedopowiedziane.
Za szybą Evans znów zerknął w ich stronę, jakby wyczuwał napięcie. - Sam postawiłeś granicę, a ja ją uszanowałam, Rhys - zupełnie niekontrolowanie wypowiedziała jego imię z tę samą miękkością co zwykle. Trzeci raz - liczyła je. Pamiętała o każdym. - Więc to naprawdę nie jest odgrywanie się, a decyzja - może przez sekundę, gdy zobaczyła napięcie w jego szczęce, poczuła jak jej ego rośnie, ale nie to było powodem. Prawda była mniej dramatyczna i bardziej dorosła: ktoś okazywał jej zainteresowanie i ona postanowiła to sprawdzić.
Sięgnęła po akta przesuwając je bliżej siebie. Papier zaszeleścił między nimi, przywracając pozory zwyczajności. - Jeśli masz problem z tym, że wychodzę dziś punktualnie, powiedz to wprost i nie próbuj robić z tego kolejnej rozgrywki. Nie wszystko kręci się wokół ciebie - choć mogło.
I nadal jakaś jej część pragnęła, aby tak było.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Welkom in Canada
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przytyk rzucony w jego stronę nie był nawet szczególnie schowany w jej słowach - był tak bezpośredni jak tylko się dało. Sprawił, że jego głowa przechyliła się lekko, brwi powędrowały w górę na tę małą złośliwość. Złośliwość, z której nie ucieszyłby się żaden, racjonalny człowiek, ale z jakiegoś powodu ta złośliwość go u s p o k a j a ł a.
Na swój pokręcony sposób pokazywała, że między nimi wciąż toczyła się rozgrywka.
To powagi w jej głosie nie mógł znieść, gdy sprawa dotyczyła drugiego detektywa. Daniel Evans nie był osobą szczególnie grającą mu na nerwach wcześniej, jednak teraz nie potrafiłby wymienić ani jednej jego, pozytywnej cechy nawet, gdyby próbowała to na nim wymusić. Myśl, że mogłaby traktować go poważnie, wzbudzała w nim emocje, z którymi nie chciał się mierzyć.
Nie chciał ich nawet nazywać.
- Cóż za przewrotna strategia - parsknął, potrafiąc to sobie wyobrazić - Mercer uginającą się wreszcie przed mężczyzną, który nie przyjmował nie jako odpowiedzi. Nie było to nic dalszego od tego, w jaki sposób on osiągał cele, które sobie wyznaczał. - Myślisz, że w każdym aspekcie życia Evans wyznaje zasadę tarcia wystarczająco długo aż powstanie iskra?
To jego własne imię przywróciło go do porządku. Starło uśmieszek z jego twarzy i ubiło w zarodku kolejne żarty, które cisnęły mu się na usta. Wyprostował się lekko, w sposób zupełnie inny jak działało to u większości osób - podchodzących do imion w sposób luźny, za to reagując oficjalnie na użycie ich nazwiska.
Ich imiona były inne.
- Dobrze, Margo - westchnął, odpowiadając jej dokładnie tym samym. Miała przecież rację - świat nie kręcił się wokół niego, a miała prawo do spędzenia nudnego wieczoru z i n n y m kolegą z pracy, którego uraczy swoim gotowaniem. - Życzę ci miłego i spokojnego wieczoru z Evansem.
Niepewność zakuła go w sercu, ale nie pochłonęła jeszcze jego duszy. Częściowo dlatego, że dostrzegał własną hipokryzję - był ostatnią osobą, która powinna wypowiadać się na temat podejmowanych przez Margo wyborów podczas gdy sam odciął się od niej grubą linią.
Częściowo dlatego, że jej nie uwierzył. Może głównie.
- Ależ proszę, masz obiad do przygotowania - odrzucił ironicznie, odklejając się od jej biurka i ruszając do własnego. - Ja załatwię dzisiaj papierologię. Chcą domknąć sprawę przed weekendem, niestety nie może poczekać aż skończysz romansować ze swoim kolegą z pracy.
Opadł na fotel, obracając się w nim w jej stronę. W jego ręku znalazł się porzucony wcześniej kubek z kawą - napój był zimny, co obniżało jego jakość ze średniej na nieistniejącą.
- Będziesz mi winna przysługę - rzucił znad krawędzi naczynia, posyłając jej ostatnie spojrzenie nim odwrócił się w fotelu, siadając przed kopią swoich akt rozłożonych na blacie.
Szykował się kurewsko męczący dzień.
koniec
margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”