30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

18:23 piękną figurkę kupiłaś ojcu na emeryturę Wiadomość przyszła w momencie, w którym Margo stała w swojej kuchni z nożem w dłoni, krojąc warzywa z mechaniczną precyzją, która zwykle pomagała jej uporządkować myśli. Telefon zawibrował krótko na blacie - spojrzała odruchowo, spodziewając się potwierdzenia od Daniela. Jednak to nie jego imię wyświetliło się na wyświetlaczu, ku jej wielkiemu zaskoczeniu.
Otworzyła wiadomość i przez moment wpatrywała się w ekran bez ruchu. O c z y w i ś c i e. Znała ojca całe życie. Nie robił niczego przypadkiem. Jeśli zaprosił jej partnera z pracy do rodzinnego domu - zrobił to z jednego powodu. Chciał go obejrzeć, ocenić i sprawdzić, czy nadaje się do roli kogoś, kto będzie miał ją na oku. Wystukała krótką wiadomość do Daniela, że musi przełożyć kolację. Bez wyjaśnień i bez przeprosin, które mogłyby zabrzmieć zbyt miękko. Potem wyłączyła kuchenkę, narzuciła kurtkę i wyszła.
Droga do domu rodzinnego była zbyt znajoma. Każdy zakręt, każde światło przywoływało wspomnienia rozmów, które kończyły się dokładnie tak samo: to nie jest praca dla kobiet na zmianę z jesteś za słaba i złamiesz się przy pierwszym trupie. Thomas Mercer nigdy nie krył się z tym nawet przy gościach.
Drzwi otworzyła bez pukania. Zapach domu uderzył ją natychmiast; kawa, drewno, coś ciężkiego i starego, budzącego w niej ciepło jednocześnie z chłodem. W salonie paliło się światło, a w tle usłyszała głos ojca, spokojny i kontrolowany. Wchodząc głębiej zobaczyła ich przy stole w jadalni. Stary Mercer siedział wyprostowany jak zawsze, w koszuli zapiętej pod szyję, a Madden naprzeciwko. Wwiercała się spojrzeniem w plecy partnera, wiedząc, że wyczuje jej energię. Zawsze wyczuwał. - Cześć tato - podeszła bliżej, pochylając się, aby złożyć na jego policzku pocałunek. Ten uśmiechnął się do niej lekko, w typowy dla siebie sposób, a ona wiedziała co wydarzy się za chwilę. - Myślę, że Madden ma ciekawsze zajęcia, niż spędzanie tutaj wieczoru na pogaduszkach, prawda, partnerze? - musiał wiedzieć, że gdy tylko zostaną sami pokaże mu w dosadny sposób, co sądziła o mieszaniu życia prywatnego z zawodowym.
- Córeczko. Nie wspominałaś, że twoim partnerem jest Rhys Madden - nie było w tym ciepła. Była demonstracja, jakby właśnie wyłożył kartę, której nie miała w ręku. - Miło w końcu poznać mężczyznę, z którym pracujesz – dodał, przenosząc wzrok na detektywa. - Zawsze powtarzałem, że w tej robocie przydaje się ktoś rozsądny. Ktoś kto potrafi podejmować decyzje bez emocji - w domyśle: nie jak ona. Poczuła jak coś twardnieje jej w klatce piersiowej.
- Wiesz, Rhys - ciągnął spokojnie. - Margo od dziecka była zbyt ambitna. Czasem nie widzi swoich ograniczeń. A ta praca… bywa brutalna, zwłaszcza dla kobiet - to było to. Thomas Mercer w pełnej okazałości. Gdyby był to ktokolwiek inny - odwróciłaby się i wyszła, ale nie tym razem. Czuła to znajome ukłucie - nie wstydu, tylko zmęczenia. Tym, że po latach sukcesów, zamkniętych spraw, odznaczeń w jego oczach nadal była dziewczynką próbującą bawić się w coś, co ją przerasta.
Przeniosła wzrok na Maddena, nie dlatego, że potrzebowała wsparcia. Tylko dlatego, że miała świadomość, co właśnie się dzieje. Ojciec próbował znaleźć w nim sprzymierzeńca. Kogoś, kto potwierdzi, że ona bywa impulsywna, że wymaga kontroli, że mężczyzna obok niej to stabilizator, nie partner. - Nie musisz go prosić, żeby miał na mnie oko - jej ton był chłodny, ale pod nim buzowała wściekłość. - Każdy potrzebuje kogoś, kto go czasem powstrzyma przed błędem, prawda? - zadając ten subtelny cios spojrzał na swojego gościa, kolejny raz szukając u niego potwierdzenia własnej tezy.
W tej jednej chwili czuła się rozdarta między przeszłością a teraźniejszością. Między dziewczyną, której mówiono, że nie dorówna mężczyznom a kobietą, która codziennie to udowadniała. I była wściekła. Nie dlatego, że ojciec w nią nie wierzył, bo do tego przywykła. Była wściekła, bo próbował wciągnąć w to Rhysa. A ona nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek, nawet własny ojciec, decydował czy jest wystarczająca.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

how you gaze upon my bones
before you leave me out to sea
Thomasowi Mercerowi się nie odmawiało.
To nie tak, że nie próbował. Wiadomość, która wpadła na jego skrzynkę mailową została przez niego zignorowana w mało podejrzany sposób, bowiem miał w zwyczaju nie zwracać uwagi na dużą część jej zawartości. Następny telefon, który otrzymał, był dużo trudniejszy do zbicia - jego obowiązkiem było odbierać połączenia niezależnie od tego, z jakiego numeru przychodziły. Podziękował za zaproszenie i wymijająco obiecał, że gdy tylko skończy tę sprawę, zjawi się na kawie.
Ten proceder trwał od dłuższego czasu i z początku nawet planował o nim powiedzieć Margo, nim ta podkreśliła stworzoną między nimi granicę i ruszyła spędzać czas z Danielem. Madden odnosił wrażenie, że jej ojciec bardzo chciałby porozmawiać z nim na osobności i nie mieszać jego córki do tego wszystkiego, więc też zabrakło mu argumentów by ją w tę kwestię wtajemniczać.
Tego, czego się nie spodziewał, to przebiegłości starego wygi, który zadzwonił do kolegi po fachu - ich pieprzonego k a p i t a n a - który z kolei osaczył detektywa, przekazując mu zaproszenie na konkretną datę i godzinę.
Na swój sposób było to urocze. Był pierwszym partnerem świeżo upieczonej detektyw wydziału zabójstw, a jej emerytowany ojciec - policjant z ogromnym doświadczeniem - chciał sprawdzić, na jaki kamień trafiła kosa. Mimo wszystko, Madden dotarł na miejsce niechętnie.
Chłonął wnętrze jej rodzinnego domu, tak drastycznie różniącego się od miejsca, w którym on się wychował. Thomas był twardym, szorstkim człowiekiem, ale tkwiła w jego oczach troska, a gdy wypowiadał się na temat swojej córki, w jego głosie brzmiało pewnego rodzaju ciepło. Oprowadzał detektywa po salonie, rozmawiając na temat ich pracy i pokazując wszystkie, rodzinne pamiątki.
Ślad tego ciepła zagościł nawet w jego wnętrzu gdy przyglądał się ścianie pełnej zdjęć, młodej twarzy należącej do znajomej mu kobiety. Dostrzegł na jednej fotografii błyszczącą odznakę trzymaną przez nią w ręce gdy mknęła gdzieś korytarzem - pewnie prowadząc pogoń, o której mu mówiła.
Tamtego wieczora.
Wyczuł jej nadejście gdy drzwi frontowe otworzyły się gdzieś w innej części domu, podczas gdy on wraz z Thomasem siedzieli przy stole w kuchni. Jej oblicze nie zmieniło się bardzo przez te lata - nadal tkwiła na nim determinacja i iskra, pchająca ją naprzód przez życie.
Teraz jednak dołączyła do niej wściekłość.
- Widzę, że postanowiłaś do nas dołączyć - przywitał się z p a r t n e r k ą, kiwając jej oszczędnie głową. Krótka wymiana zdań między nią, a jej ojcem, natychmiast potwierdziła pewne podejrzenia, które miał względem tej rozmowy.
Thomas Mercer zwyczajnie się o nią martwił.
Na swój własny, szowinistyczny i pokręcony sposób, bał się, że jego córka nie podoła w zawodzie, który znał od podszewki. Podejrzewał, że gdyby Margo urodziła się synem, nie miałby takich obiekcji. Ale widział małą, rezolutną dziewczynę na zdjęciach wiszących dumnie w przedpokoju i wiedział, że mężczyzna musiał nadal spoglądać na nią przez ten pryzmat.
- Ta praca bywa wymagająca dla każdego - odpowiedział oszczędnie, wymijająco, co nie zaspokoiło potrzeby usłyszenia potwierdzenia przez starego Mercera.
- Widzisz, ty i ja rozumiemy, jak wygląda ta robota dla kogoś takiego jak Margo. To niesprawiedliwe, ale przecież tak działa świat... Margo, kochanie, może zrobisz kawę? - jej ojciec przerwał swój potok słów, podnosząc swój wzrok na detektywa. - Rhys na pewno też by się napił.
Usta detektywa zadrżały, walcząc z wyrazem rozbawienia usiłującym wydostać się na zewnątrz. Nie ośmielił się przytaknąć, wiedząc, że kobieta wywierciłaby mu dziurę na środku czoła samym spojrzeniem.
- Mówiłem jej matce, że powinna iść w jej ślady. Ale to uparte dziewczę myśli, że jeśli zrobi mi na złość, to coś w życiu ugra - wzdychał mężczyzna, opadając na oparcie krzesła, które zaskrzypiało pod jego ciężarem.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kuchenne światło było zbyt jasne jak na późne popołudnie. Odbijało się w porcelanie filiżanek i w lakierowanej powierzchni stołu, przy którym spędziła pół dzieciństwa, słuchając wykładów o rozsądku i granicach. Teraz stała kilka kroków od niego, czując jak wściekłość próbuje przebić się przez warstwę wyuczonego opanowania. Nie była zaskoczona, tylko zirytowana, że ojciec znowu postanowił rozegrać coś ponad jej głową. Wciągnąć w to człowieka, który nigdy nie powinien stać się elementem rodzinnych rozgrywek.
Gdy padło polecenie zrobienia kawy, w powietrzu zawisło coś ciężkiego. Margo nie drgnęła. - Nie mogłabym - odparła spokojnie, niemal uprzejmie. - Madden traktuje kawę jak świętość. Pierwszego dnia kazał mi się na coś przydać i ją zrobić. Od tamtej pory pilnuje tego procesu jak dowodu w sprawie o morderstwo - w jej głosie pobrzmiewał cień ironii, prywatnego żartu, który nie należał do nikogo innego poza ich dwójką.
Ojciec pokręcił tylko głową, nie siląc się nawet na odpowiedź; zignorował ją, sądząc, że zaraz naprawi swój błąd i faktycznie zajmie się tym o co prosił. Jego spojrzenie zaś co jakiś czas przesuwało się na mężczyznę, jakby próbował zdecydować, czy ma przed sobą sprzymierzeńca, czy przeciwnika. - Widzisz, Rhys - zaczął w końcu, opierając łokcie na stole. - Ty rozumiesz, jak wygląda ta robota. Wiesz ile to kosztuje. Zwłaszcza kogoś kto nie ma twojej budowy i twojej siły - spojrzał wymownie na córkę. - Powiedz mi szczerze, nie boisz się o nią? - zacisnęła zęby tak lekko, że tylko ona to poczuła. Nie odwróciła głowy w stronę partnera; nie potrzebowała, by ktokolwiek odpowiadał za nią. - Jezu, tato, nie potrzebuję niczyjej ochrony - powiedziała spokojnie, zanim cisza zdążyła się przeciągnąć.
Thomas uniósł brew. – Córeczko, to nie atak, taka jest prawda. Ta praca łamie ludzi. Czasem szybciej niż są gotowi to przyznać – znów zwrócił się do Rhysa. – Jeśli coś pójdzie nie tak, zaufasz jej w sytuacji, w której w grę wchodzi twoje życie? - to było uderzenie, ubrane w troskę, ale celne. Poczuła, jak temperatura zlokalizowana w klatce piersiowej wzrasta; temat zaufania był przecież tym który wyciągali w swoich kłótniach każdorazowo. - W tej pracy nie ma miejsca na brak zaufania - odpowiedziała chłodno.
Zaczynała żałować, że dała się wciągnąć w tę rozmową; mogła pozwolić Maddenowi spędzić w towarzystwie Mercera wieczór i nie przejmować się tym, co mu powie. A powiedziałby dokładnie to samo, co mówił teraz. - Zawsze taka dumna. Taka pewna, że dasz radę. A świat nie nagradza pewności siebie, Margo - zauważył, bo ostatnie słowo zawsze musiało być po jego stronie. - I też nie rozdaje medali za bycie mężczyzną - przesunęła wzrok na partnera tylko na ułamek sekundy. Nie prosiła o wsparcie, raczej ostrzegała, aby nie dał się wciągnąć w tę narrację.
Ojciec odchrząknął, przenosząc ciężar ciała na oparcie krzesła. - Chcę tylko wiedzieć, że ktoś rozsądny stoi obok niej. Ktoś kto nie zawaha się jej wycofać, jeśli trzeba będzie - wywierał presję na Maddenie, tak jak czynił to całe życie. Ona z kolei milczała, choć w każdej innej sytuacji podniosłaby głos. Teraz jednak nie pozwoliła, by emocje przejęły kontrolę. W tym domu zawsze oczekiwano od niej, że albo się złamie, albo wybuchnie. Tym razem nie zrobiła żadnej z tych rzeczy.
Siedziała przy stole jak dorosła kobieta, nie dziewczynka z odznaką przypiętą do bluzy. I nawet jeśli ojciec wciąż patrzył na nią przez pryzmat tamtych lat, ona już dawno przestała potrzebować jego zgody, by wiedzieć kim jest.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego spotkanie z ojcem Margo przebiegało dość zwyczajnie, przynajmniej do czasu gdy kobieta przekroczyła próg własnego domu. Thomas bardzo chciał wiedzieć, jak sprawowała się jego córka na nowym stanowisku - czy coś sprawiało jej problemy, czy współpracowało im się dobrze. Opowiadał wiele o swojej karierze i o tym, że musiał być dla Margo inspiracją w kwestii wybrania swojego zawodu. Rhys nie dostrzegał w jego słowach nic więcej ponad troską o własne dziecko, nawet, gdy to dziecko od dawna było już dorosłe - oraz wspominaniem własnych czasów, własnej służby, która nie zawsze była łatwa.
Pojawienie się kobiety zmieniło atmosferę panującą w kuchni w niemal namacalny sposób. Madden przestał być wyłącznie gościem, któremu Thomas mógł opowiadać o swojej historii - stał się pionkiem. Od razu dostrzegł, po kim jego córka miała skłonność do słownych gierek. Czuł na sobie palące spojrzenie emerytowanego policjanta gdy usiłował wydusić z niego potwierdzenie, przeciągnąć go na swoją stronę - sprawdzić, czy i jemu mógł ufać, by dbał o bezpieczeństwo jego córki.
I jakiś złośliwy podszept w jego głowie pragnął to zrobić.
W końcu czy był coś winny Margo Mercer? Margo, która pewnie przerwała swój obiad z Danielem, poświęcając mu uwagę wyłącznie, gdy przypadkiem znalazł się w jej domu? Margo, która codziennie wychodziła punktualnie z biura, umówiona na kolejne spotkanie, kolejną randkę z tym nadętym idiotą?
Margo, której zdjęcie zobaczył na ekranie Evansa gdy ten tkwił w kuchni, opowiadając o wspaniałej wycieczce, którą urządził sobie z koleżanką w weekend?
Nie był jej nic winien. Potrafił też przekręcić tak słowa jej ojca w swojej głowie, by znaleźć dla nich potwierdzenie, skupiając się na własnej interpretacji ich znaczenia. Mógł pozostać ślepy na ich gierkę, grać idiotę, który musiał przecież przyznać, że bywało w terenie niebezpiecznie. Mógł zrobić to wszystko, byle tylko się jej o d e g r a ć.
Westchnął lekko, gdy iskierka złości w jego wnętrzu spaliła się zbyt szybko, by zdążył przekuć ją w odpowiedzi.
- Pana córka ma inne atuty, które wynagradzają jej mniejszą siłę. Jest szybka, ma głowę na karku i wie, kiedy walczyć, a kiedy wezwać posiłki - odpowiedział zdawkowo, patrząc prosto na mężczyznę - byle tylko nie na nią. - Wierzę, że poradzi sobie w razie problemów. Już z niejednymi sobie poradziliśmy.
Jego wzrok mimowolnie przeniósł się w bok, w stronę stojącej przy stole kobiety. Natrafił na jej spojrzenie, ciemne tęczówki wpatrujące się w niego z ledwo skrywaną wściekłością.
- Ufam jej - dodał krótko i mógłby przysiąc, że Thomas cmoknął pod nosem, zrzucając jego słowa na karb pochlebstw.
- Pożyjemy, zobaczymy - rzucił, wyraźnie nieusatysfakcjonowany odpowiedziami Maddena. Obrócił się w krześle, wykręcając szyję by zerknąć na kobietę. - Wciąż uważam, że po tej strzelaninie w kawiarni powinnaś się udać do doktor Colins. Wiesz, porozmawiać. Na pewno to musiało być dla ciebie trudne. W dodatku nie udało ci się złapać zbiega.
Znajome nazwisko zostawiło kwaśny posmak w jego gardle gdy padło z ust policjanta. Mercer, jakby węsząc w nim swoją nową ofiarę, niezadowolony z jego tymczasowo obranego stanowiska, przeniósł na niego swoją uwagę.
- Doktor Colins jest w porządku. Stara wyga, ale da się z nią dogadać - kontynuował, brnąc w kierunku, który Rhys zaczynał przeczuwać. - Rhys też do niej chodził, prawda?

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mimowolnie przeniosła spojrzenie na Maddena, gdy z jego ust padła odpowiedź, która zdecydowanie odbiegała od tej której oczekiwał jej ojciec. Poczuła cichą ulgę, czując, że mimo wszystko ma go po swojej stronie; nie była pewna czy miałaby go kilka tygodni wcześniej, ale po tylu zakrętach, wbrew wszystkiemu, zdawali się podążać w tym samym kierunku. - Nie potrzebuję rozmowy - a gdyby było inaczej, to wybrałaby własną matkę, a nie chłodny gabinet policyjnego psychologa.
- Tato - pokręciła głową, a w jej głosie poza wcześniejszym chłodem i wyważeniem wkradła się wyraźna nuta ostrzeżenia. Dopóki Thomas skupiał całą swoją uwagę na niej, dopóki podważał jej kompetencje pod płaszczykiem ojcowskiej troski, potrafiła to znieść. Była zaprawiona w boju; przez lata nauczyła się poruszać po krętych korytarzach jego braku subtelności, wiedziała, kiedy przemilczeć, kiedy uciąć temat jednym zdaniem. Ale gdy zaczynał wyciągać na wierzch prywatne sprawy kogoś innego - reagowała. To również nie było niczym nowym. W dzieciństwie krytykował jej znajomych, w liceum decydował z kim może się spotykać, a dorosłe życie było już tylko kolejną odsłoną tej samej kontroli. - Nie odpowiadaj - przeniosła wzrok na Maddena, zanim ojciec zdążył docisnąć temat. W jej spojrzeniu nie było prośby, była stanowczość.
Nie zagłębiała się nigdy w jego przeszłość. Nie kopała, nie szukała sensacji, nie zadawała pytań, które nie były jej dane. Wiedziała, że jeśli będzie chciał - powie. Wiedziała też, że gdy mówił, że jej ufa, to nie były to puste słowa. O wydarzeniach sprzed roku nie wspominał nigdy, o swojej narzeczonej również, a właśnie do tej sytuacji nawiązywał Mercer, nie znając pojęcia taktu i empatii. - To żadna tajemnica, prawda? - powiedział chłodno. - Wszyscy o niej słyszeli rok temu. Twoja narzeczona... nie znaleźli mordercy do dzisiaj, prawda? – przeniósł wzrok na Rhysa, sprawdzając jak daleko może się posunąć. Jego słowa uderzyły o ściany kuchni jak coś ciężkiego.
Margo poczuła, jak powietrze robi się gęste. Nie dlatego, że nie znała faktów. Dlatego, że nie miała prawa znać ich z ust ojca. - Wystarczy - powiedziała spokojnie, choć pod skórą pulsowała jej złość. Mercer wzruszył ramionami. - Chcę tylko powiedzieć, że takie rzeczy zostają, a człowiek po czymś takim może nie być do końca obiektywny. Zwłaszcza wobec partnerki, która również jest kobietą - to było celowe. Sugerowanie, że Rhys może ją nadmiernie chronić, że ona jest kolejnym ryzykiem. - To nie twoja historia do opowiadania - powiedziała cicho, patrząc ojcu prosto w oczy. W kuchni zapadła cisza, która nie była już zwykłym brakiem słów. Była napięciem rozciągniętym między trzema osobami, z których każda wiedziała, że granica została przekroczona.
Ojciec westchnął ciężko, jakby to on był stroną atakowaną. - Nie dramatyzuj. Mówię tylko, że trauma zmienia człowieka - wiedziała, co właśnie się dzieje; po tym, jak upewnił się, że jej partner poznał jej słabości - skupił się na nim. W końcu nikt nie był nim - nikt nie był w y s t a r c z a j ą c y.
Nagłe uczucie troski uderzyło w nią niespodziewanie, bo wiele dni temu schowała je na dnie szuflady, oddzielając życie swoje i swojego partnera grubą kreską. Dzisiaj jednak było inaczej, to wróciło, nie dlatego, że Rhys potrzebował obrony jak ktoś kruchy, niezdolny mówić we własnym imieniu. Tylko dlatego, że jej ojciec z uporem sprowadzał cudze doświadczenia do jednego, wygodnego wniosku: zagrożenie. Jakby każda blizna była dowodem słabości, a nie przetrwania. Jakby strata przekreślała człowieka zamiast go hartować.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pamiętał doktor Colins - starszą kobietę, której plecy uginały się pod ciężarem wieku i doświadczenia. Pamiętał jej ułożone, krótkie włosy w mysim kolorze, wąskie ramki okularów znad których zerkała ku niemu sporadycznie, głównie zapisując wszystko to, co miał jej do powiedzenia. Jej wyprasowane koszule, wpuszczone w staromodne, długie spódnice sięgające do połowy łydek. Czarne, lakierowane buty, które przykuwały jego wzrok, dyndając w powietrzu gdy pisała, z jedna nogą założoną na drugą.
Była pierwszą osobą na posterunku, którą szczerze znienawidził. Jej spokojnego tonu, którym wypowiadała puste słowa. Współczującego kiwania głową, jakby była w stanie pojąć, co go spotkało, ponieważ jego przypadek był taki jak inne. Nie był pierwszym gliną na jej fotelu, z pewnością też nie ostatnim. Jej idiotyczne pytania wryły się w jego podświadomość, wzbudzając w nim gniew - zaś jego gniew budził jej satysfakcję, jakby w jego duszy znalazła konsolę i każdą sesję poświęcała na testowanie różnych guzików sprawdzając, który wywoła reakcję.
Nienawidził tych trzech miesięcy zwolnienia, które musiał spędzić przychodząc do jej pachnącego kadzidełkiem i tanimi perfumami gabinetu. Procesu odzyskiwania własnej odznaki, jałowego, biurokratycznego protokołu, podczas gdy prawdziwa praca czekała na niego poza komisariatem.
Nie odpowiadaj mu.
Jego obojętny wzrok śledził twarz człowieka, który na swój sposób mu ją przypominał - odnalazł konsolę i zaczynał wciskać przyciski, nie spuszczając z niego spojrzenia. Domagając się reakcji, tak, jak usiłował wywołać ją we własnej córce, podważając jej kompetencje pod osłoną troski i strachu.
- Chodziłem - odpowiedział krótko, dostrzegając w Margo tarczę, którą usiłowała się stać, którą usiłowała go ochronić.
Ale on nie chciał jej ochrony.
Nie chciał widzieć w jej oczach troski ani współczucia. Nie chciał, by myślała, że nie potrafi poradzić sobie ze wspomnieniami sprzed roku, że zwykłe prowokacje ze strony jej ojca sprawią, że straci nad sobą kontrolę. Jedynie pod stołem, jego kolano zaczęło wędrować, cicho, niezauważalnie, poza zasięgiem wzroku Thomasa Mercera.
Nie znaleźli mordercy.
Uparcie wpatrywał się w oblicze siedzącego naprzeciw mężczyzny, usiłując skupić na nim swoją uwagę - ale jego wzrok stawał się nieobecny, obraz rozmazywał, przenosząc go w przeszłość. W stronę bezwładnie leżącego ciała zbrudzonego szkarłatem, którym pokryte były jego dłonie.
- Może gdyby nie odsunięto mnie od sprawy, zostałby znaleziony - odpowiedział, siląc się na bezosobowy ton, który zabrzmiał całkowicie wiarygodnie - wyłącznie znająca go Mercer mogła dostrzec, jak jego szczęka napina się bezwiednie.
Mrugnął, usiłując odegnać obraz sprzed twarzy, lecz ten został zastąpiony przez inny. Przez znajomy profil odwrócony do niego bokiem, puste spojrzenie wbite w sufit. Ciemne, długie loki spływające po obu stronach ramion, mokre od wody. Krew, tak ogromna ilość krwi, że nie potrafił zrozumieć, jak tak drobna osoba mogła być tego naczyniem.
- Byłeś za blisko, to oczywiste - odparł mężczyzna, wyraźnie zadowolony z namiastki rozmowy, jaką prowadził z detektywem na przekór protestom swojej córki. - Tym bardziej, że ją znalazłeś. Straszna tragedia. - mężczyzna znów odwrócił się w krześle, sprawdzając, czy puenta jego słów dotarła do stojącej obok kobiety. - Zmienia człowieka.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Margo widziała to wcześniej. Nie w tej kuchni, nie przy tym stole, ale w terenie - moment, w którym czyjś wzrok przestawał być zakotwiczony w teraźniejszości. Kiedy obraz przed oczami przesuwał się gdzieś dalej, w miejsce, do którego nikt postronny nie miał dostępu. Teraz dostrzegła to w nim. W ledwo uchwytnym napięciu szczęki, w sekundzie zbyt długiego milczenia. W ruchu kolana pod stołem, którego nie dostrzegała, ale które, jak była pewna, się pojawiło. Ojciec tego nie widział albo wolał nie widzieć. Podejrzewała to drugie.
Zmienia człowieka.
To zdanie zawisło w powietrzu jak oskarżenie, jak werdykt wydany bez rozprawy.
Nie patrzyła już na Thomasa. Patrzyła na Rhysa. I choć nie mogła zajrzeć do jego głowy, wiedziała wystarczająco dużo, by rozpoznać, że to nie jest zwykła rozmowa o procedurach. To było rozdrapywanie rany, której blizna wciąż była świeża. Wciągnęła powietrze powoli, kontrolując tempo własnego oddechu, zanim odezwała się spokojnie: - Nie każda zmiana oznacza pęknięcie - ojciec prychnął pod nosem, jakby uznał to za naiwność, ale ona nie pozwoliła mu wejść w kolejne zdanie. Tym razem nie zamierzała odpowiadać impulsem. Wbrew temu, czego chciał Madden, wiedząc, że prawdopodobnie będzie wściekły, że go broniła. Nie mogła po prostu stać biernie i słuchać tego, co wygadywał Mercer: - Wiesz, co naprawdę zmienia człowieka? - dodała ciszej. - Uciekanie przed tym, co się wydarzyło - tylko tyle, to było wszystko. Ani jedno słowo więcej o narzeczonej. Ani jedno o krwi, o miejscu zdarzenia, o tym kto ją znalazł. Nie zamierzała pozwolić, by ta historia została tu rozłożona na czynniki pierwsze jak raport.
Ojciec spojrzał na nią uważniej. W jego oczach pojawiło się coś pomiędzy irytacją a zaskoczeniem. Nie przywykł do tego, że ktoś odbiera mu narrację. - Bronisz swojego partnera - stwierdził sucho, przeskakując wzrokiem między nią a Maddenem. Nie potrafiła odgadnąć, co miał na myśli, bo nie dodał nic więcej. Czy stwierdził coś tak oczywistego, co zdawało się być podstawą współpracy? Czy zauważał coś, co zostało zamknięte na klucz w gabinecie tamtej nocy?
Przeniosła wzrok na siedzącego naprzeciw mężczyznę tylko na ułamek sekundy. Wystarczająco długo, by dać mu do zrozumienia, że powinien niepodziękować i wyjść. - Jeśli uważasz, że człowiek po stracie staje się zagrożeniem, to musiałbyś skreślić połowę tego wydziału - dodała, znów patrząc na ojca. - A wtedy nie zostałby nikt. Również za twoich czasów - Mercer odsunął się minimalnie w krześle, jakby nagle zabrakło mu kolejnego, celnego pytania. Był przyzwyczajony do konfrontacji, do twardych rozmów, do testowania ludzi. Ale tym razem nie dostał wybuchu na który czekał. Nie dostał załamania, nie dostał też przyznania mu racji. To spotkanie zdecydowanie nie poszło po jego myśli.
Margo wyprostowała się, czując, że drżenie pod skórą powoli ustępuje. - Sądzę, że na tym powinniśmy skończyć ten miły wieczorek zapoznawczy - powiedziała pewnie. Nie czekała na odpowiedź ojca. Wiedziała, że ją dostanie - ostatnie słowo, westchnięcie, coś pomiędzy dezaprobatą a zawodem. - Rhys - to był czwarty raz. Wypowiedziała jego imię zbyt miękko, ale bez cienia wahania. Nie było w nim prośby ani polecenia. Było zaproszenie do wyjścia z sytuacji, która już dawno przestała być rozmową. Wykonała delikatny ruch dłoni w stronę drzwi, niemal niedostrzegalny dla kogoś, kto nie wiedziałby na co patrzeć.
Jeśli zaś jej ojciec coś w tym dostrzegł, nie skomentował. Może po raz pierwszy uznał, że nie ma tu przestrzeni na kolejną uwagę.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słowa mężczyzny wzbudzały w nim irytację, gdzieś tam głęboko pod wzniesioną przez niego barierą. Nie przez to, że były nietrafione - wręcz przeciwnie. Przez to, że miał rację, choć docierając do tego prawidłowego punktu niekoniecznie celował w te same wnioski.
Życie Maddena dzieliło się na przed i po, ale w większości to rozróżnienie bywało przydatne nie dla niego, a dla otaczających go ludzi. Wiedział, jak ludzie pokroju Evansa szeptali pomiędzy sobą w kuchni, komentując jego zachowanie. Pragnęli przypisać jego bezpośredniość i szorstkie obycie utratą, jakby to żałoba sprawiła, że stał się gorzki, pragmatyczny i stracił do ludzi cierpliwość.
Prawda leżała gdzieś po środku.
Jego przemiana jako odznaczonego i ambitnego detektywa w osobę, która traktowała każde śledztwo jak po prostu pracę do odbębnienia nie dokonała się jednej nocy, ani nawet nie była wywołana jednym wydarzeniem. Realizm otaczającego go świata sączył się do jego wnętrza na długo przed tym, gdy na jego rękach znalazła się krew. Szczeliny w zbudowanym przez niego życiu z wolna się poszerzały, zapraszając do środka cynizm i niechęć. Niecierpliwił się, czekając, aż ludzie wydukają z siebie jakieś zdania. Męczyła go biurokracja, przepychanki z systemem prawa, który czasem miał za zadanie bronić winnych przed sprawiedliwością, zanim ofiary przed winnymi.
Jej śmierć nie była katalizatorem - była ciosem, który zdjął z jego ust filtr, który pieczołowicie zakładał każdego dnia.
Jego wersje przed i po zlazły się ze sobą, mieszając, utrudniając mu określenie, w którym miejscu szala zaczęła przechylać się w inną stronę.
Rhys.
Drgnął, powracając do rzeczywistości. Słowa Margo odbijały się echem w jego czaszce, balansując gdzieś na granicy między odepchnięciem ich od siebie a przyswojeniem. Nie chciał, by go broniła. Nie czuł potrzeby osłony przez jej ojcem i jego okrutnymi słowami.
Ale coś w jego wnętrzu reagowało na jej troskę, łaknąc miękkości w jej głosie gdy zwracała się ku niemu.
- Myślę, że to już na mnie pora, panie Mercer - westchnął, przytakując. - Dziękuję za zaproszenie.
Dodałby musimy to kiedyś powtórzyć, ale nie potrafił zrobić tego bez ironicznego wyrazu malującego się na jego twarzy. Mężczyzna cmoknął, niezadowolony z jego decyzji.
- I widzisz? O tym mówię. - chwycił się czego mógł, gdy detektyw odsunął krzesło i powoli się z niego podnosił. - Jesteś zbyt emocjonalna, Margo. Nie mówię tego, żeby zrobić twojemu partnerowi na złość. Mówię ci to, bo to może przydarzyć się tobie. Nie rozumiesz?
Sięgnął po swoją kurtkę, przewieszoną przez szczyt krzesła. Nie był pewien, co było dla Mercera największym zagrożeniem - czy to, że jego córka zginie z rąk jakiegoś przestępcy, czy to, że pod wpływem straty, stanie się taka jak o n.
Wiedział, że go pośpieszała. Widział subtelny ruch jej dłoni, wskazujący wyjście. Ale zatrzymał się, wkładając na siebie kurtkę dłużej, niż powinien.
- Sophie nie była policjantką - powiedział wreszcie, bezpośrednio, wypowiadając jej imię na głos - imię, którego z pewnością Mercer nie pamiętał. - Była tylko przypadkową ofiarą jakiegoś popierdoleńca, którego nieudolni policjanci nie zdołali znaleźć.
Słowa zabrzmiały ostrzej niż planował, gdy opuściły jego usta. Poprawiając kurtkę na swoich barkach, wbił intensywne spojrzenie we wciąż siedzącego, starszego mężczyznę.
- Może gdyby była przeszkolona do radzenia sobie z takimi ludźmi tak, jak Margo, wciąż by żyła - dodał, tonem, w którym obojętność mieszała się z czymś oleistym - znużeniem. - Pana córka jest kompetentna. Życzę panu, żeby kiedyś pan to zauważył.
Skinął głową i, nie czekając na odpowiedź naburmuszonego policjanta, okrążył stół, ruszając do wyjścia. Mijając kobietę w przejściu, odsunął się, nie chcąc trafić w zasięg jej b l i s k o ś c i, teraz, gdy kazała mu uszanować tkwiącą między nimi granicę.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słuchała w milczeniu. Każde jego słowo wbijało się w przestrzeń kuchni z precyzją, której się po nim nie spodziewała. Nie dlatego, że nie wierzyła w jego zdolność do bezpośredniości, znała ją aż za dobrze, ale rzadko widziała, by pozwalał sobie na aż tak jawne odsłonięcie czegokolwiek, co nie było cynizmem ani ironią.
Gdy padło imię, przez ułamek sekundy zapomniała o ojcu. O jasnym świetle, o skrzypiącym krześle, o całej tej chorej potrzebie testowania ludzi. Sophie. Wypowiedziane bez zawahania, bez szeptu, tak ciężkie i prawdziwe. Poczuła dreszcz i nie odważyła się wtrącić. Nie poruszyła się nawet gdy Rhys ją mijał. Wyłapała jednak to minimalne odsunięcie, niemal geometrycznie wymierzone, jakby bał się zahaczyć o coś więcej niż jej ramię. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym kliknięciem, które przecięło napięcie skuteczniej niż jakiekolwiek słowo. - Przekroczyłeś granicę - spojrzała na ojca surowo.
Nie czekała na żadną odpowiedź, choć wiedziała, że ją dostanie, jeśli zostanie minutę dłużej. Otworzyła drzwi i wyszła, zostawiając za sobą ciężar słów, które odbijały się od ścian jeszcze chwilę temu.
Na zewnątrz powietrze było chłodniejsze. Madden stał kilka kroków od wejścia tuż przy samochodzie, z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtki. Wyglądał jak ktoś, kto już zdążył zamknąć wszystko w sobie z powrotem - całkiem jakby ostatnie pięć minut było tylko kolejną rozmową do odhaczenia. Podeszła bliżej, ale nie za blisko. Oparła się biodrem o maskę auta, zostawiając między nimi rozsądny dystans. - Nie musiałeś nic mówić - zaczęła bez wstępów. Jej ton był równy, rzeczowy. - To nie jego sprawa, ani twoja do tłumaczenia - nie było w jej głosie współczucia. Nie było miękkości, która sugerowałaby, że traktuje go jak kogoś kruchego, kogoś komu należało współczuć i odczuwać względem niego litość. - Przepraszam za niego - dodała po chwili, krócej. - To zawsze wygląda w ten sam sposób. Powinieneś mi powiedzieć, że wymusił na tobie przyjście tutaj - milczenie między nimi nie było już duszne, było inne. Gęstsze, ale nie ciężkie. Co wciąż niesamowicie ją zaskakiwało, to fakt, jak łatwo przechodzili od emocji do emocji.
Stojąc tutaj znowu to poczuła. To samo napięcie, które pojawiało się, gdy stali za blisko przy jego biurku. Gdy jej dłoń na jego kolanie była tylko niewinnym gestem. Coś, co podskórnie ciągnęło ją w jego stronę, choć rozsądek konsekwentnie podsuwał powody, by się cofnąć. Zacisnęła palce na krawędzi maski, jakby chciała się zakotwiczyć, przenosząc na niego uważne spojrzenie. Próbowała ocenić, którą wersje zaraz otrzyma - tę przed, którą będzie musiała się chronić, czy tę przed którą będzie pragnęła się otworzyć.
Przez moment zawahała się, po czym wyciągnęła rękę. Nie w geście objęcia, nie po to, by złapać go za nadgarstek. Tylko subtelnie, niemal od niechcenia, zahaczyła palcem o jego palec, zmuszając go by wyciągnął dłonie z kieszeni. Dotyk był krótki, prawie niedostrzegalny. Nie cofnęła ręki od razu, ale też nie pogłębiła gestu. Zostawiła go zawieszonego gdzieś pomiędzy przypadkiem a wyborem.
- Wiem, że nie potrzebowałeś mojej obrony, ale nie mogłam tego słuchać - to było najbliżej deklaracji, na jaką mogła sobie pozwolić. Drgnęła lekko przypominając sobie o telefonie, który gdzieś w trakcie spotkania wibrował w jej kieszeni. Powinna sprawdzić, czy Daniel nie napisał czegoś jeszcze. Powinna wrócić do siebie i dokończyć wieczór w sposób, który miał być prosty i przewidywalny.
Nie sięgnęła po urządzenie. Zamiast tego spojrzała na mężczyznę naprzeciw uważnie, jakby próbowała zapamiętać ten moment w całości – jego sylwetkę opartą o samochód, cień pod oczami, to napięcie, które nigdy nie znikało do końca.
To było nierozsądne. I wiedziała o tym aż za dobrze. Znowu.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zdziwiłby się, gdyby Margo została w domu - choćby po to, by pokłócić się ze swoim ojcem, który od chwili, w której wkroczyła do kuchni doprowadzał ją do wrzenia. Maskowała to wystarczająco, by stary Mercer nie zwracał na to uwagi - czy też tego nie widząc, czy też postanawiając nie widzieć. Nakreślenie miejsca, w którym w przypadku ludzi takich jak on kończyło się bezmyślne powodowanie szkody a zaczynała intencja, zawsze należało do rzeczy trudnych i nieszczególnie chciał w tym momencie na ten temat rozmyślać.
Grunt, że wreszcie się skończyło.
Wychodził na zewnątrz zaklinając spotkanie, do którego w ogóle nie musiało dojść. Jego ręka odruchowo sięgnęła do kieszeni w poszukiwaniu kluczyków do samochodu, zamiast na nie, natrafiając na paczkę papierosów. Chwycił ją skrzętnie, bezmyślnie, jak sięgało się po szklankę wody leżącą na biurku wyłącznie dlatego, że leżała obok. Zimne powietrze działało orzeźwiająco, szczypiąc w policzki, oferując inne doznania niż powracające przed oczy wspomnienia.
Cichy odgłos otwieranych drzwi za jego plecami sprawił, że mimowolnie zwolnił, docierając do samochodu. Miała rację - przyjście tutaj było przekroczeniem granicy, na którą się zgodzili. Być może był inny sposób na wymiganie się od rozmowy, a może nie powinien wysyłać jej tego smsa. Zakończyłby rozmowę z Mercerem w cywilizowanych warunkach, w których nie stałby się narzędziem, którym próbował dać swojej córce jakiegoś rodzaju nauczkę.
Westchnął, wsuwając papierosa do ust i wydobywając z kieszeni popielniczkę. Potrzebował zajęcia dla swoich dłoni gdy stanęła obok - celu swojej fiksacji, innego niż tkwiąca obok niego kobieta. Zapalniczka pstryknęła w przerwie między jej słowami, odpalona jedną ręką, gdy druga osłaniała żarzącą się końcówkę papierosa przed wiatrem. Skupił się na tym, na tej mechanicznej czynności, po której wsunął zapalniczkę z powrotem do kieszeni, a wraz z nią schowała się jego ręka.
- Wiem, że nie musiałem - odrzucił, krótko, z początku nie planując powiedzieć nic więcej, ponieważ w jego głowie nie pojawił się pomysł na to, co to mogłoby być. Odwrócił się, przyjmując podobną pozycję do niej - opierając plecami o drzwi samochodu. Wiatr niósł ku niemu jej zapach, podczas gdy kobiece spojrzenie wwiercało się w jego trzewia. - Nie masz za co przepraszać, niczego nie zrobiłaś - dodał, wypuszczając powietrze z ust, a wraz z nim, w stronę nieba umknął obłok tytoniowego dymu. - To ja nie powinienem był przyjeżdżać.
Miała rację - czym dla niego było ryzyko sprzeciwienia się przełożonemu w pracy? Ryzykował znacznie bardziej, dla znacznie poważniejszych spraw niż spotkanie z zasłużonym kolegą. Wchodząc do jej domu wierzył, że nie miał innego wyjścia, ale teraz, stojąc obok, m a j ą c ją obok siebie, dostrzegł własną hipokryzję.
I dostrzegł powód, dla którego się zgodził - i dla którego wysłał jej tę wiadomość, jawną prowokację, naruszającą to, co uzgodnili między sobą.
Nie wiedział, czy to jej ciche słowa, czy nagły dotyk jej skóry sprawiły, że wiecznie wyprostowana sylwetka zgarbiła się lekko. Pozwolił jej wyjąć swoją dłoń z kieszeni - a własnej pozwolił trzymać się tego małego kontaktu, zahaczyć opuszek o opuszek, na jedną chwilę. Krótką, ulotną.
Niebezpieczną.
- Twój ojciec ma bardzo skrzywione podejście do dbania o swoją córeczkę - odparł wreszcie, nie pozwalając, by jej słowa sięgnęły go do głębi. Odłożył je na później, na kiedyś, kiedy powrócą do niego w trakcie bezsennej nocy lub rutynowej drogi do pracy. - Suszył mi głowę od dwóch tygodni. Nie dziwię mu się.
Jego ramiona drgnęły w obojętnym wyrazie.
- Zna mnie i boi się o ciebie- zakończył, choć tylko jedna osoba o tym nazwisku znała go n a p r a w d ę.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”