
Niósł się za nią zmysłowy zapach perfum fougère, gdy przekraczała drzwi znajomej restauracji na Queen Street West. Morris zawsze wybierał klimatyczne miejsca, w starym stylu, z dobrym jedzeniem i jazzem cicho lecącym w tle. A ona potrafiła się w tę scenerię wpasować.all the animals come out at night: whores, skunk pussies, buggers, queens, fairies, dopers, junkies… sick, venal. someday, a real rain will come and wash all this scum off the streets
W czarnym płaszczu do kostek, na obcasach, z rozpuszczonymi, lekko falowanymi włosami i ciemnoczerwoną szminką podkreślającą usta – w niczym nie przypominała siebie jeszcze sprzed kilku godzin. Jakby żyła między dwoma trybami: pierwszym, w dresie, z kaskiem motocyklowym na głowie, wszechobecnym chaosem; drugim, krzyczącym elegancją i powściągliwością. Jak dwie, odrębne osoby. Jedna lubiła pobrudzić sobie rączki. Druga wolała się kimś wysłużyć.
Usiadła przy stoliku nieopodal okna, ze starszym mężczyzną nawet się nie witając. On z kolei obrzucił ją tym swoim standardowym, zagadkowym spojrzeniem. Czekał na nią.
Wyciągnął z kieszeni marynarki metalową papierośnicę i zapalniczkę. Podpalił tytoń, zaciągnął się i powiedział:
— A nie mówiłem? — Bo wiedział, że wróci, wcześniej czy później.
Każdy już dawno postawiłby na niej krzyżyk, ale nie on. Ten stary glina był w sposobie czuwania nad Sheilą wybitnie irytujący. Przecież nie była dzieckiem. Przecież nie potrzebowała pomocy. Tylko za bardzo wczuwała się w rolę. Tylko za bardzo… biło od niej obsesją.
W odróżnieniu od reszty Morrisa nie kupowały bajki, że miała wszystko pod kontrolą. Nie działał na niego wyćwiczony uśmiech, nie działały wymyślone na szybko wymówki, na które potrafili łapać się przełożeni. Była bystra, ambitna i charyzmatyczna – a przynajmniej wtedy, kiedy sama chciała taką być. Nie pasowała do medialnego wyścigu szczurów, choć od studiów zawzięcie dążyła, by stanąć przed kamerą. Sądziła, że właśnie tego chciała, ale życie miało dla niej inne plany. Raz, że sprzątnięto jej tą fuchę sprzed nosa. Dwa, narwany charakter Jenkins i niezrozumiała potrzeba robienia wszystkiego nie tak, „jak należało”, a tak, jak podpowiadała intuicja, nadawały się do zupełnie innego zajęcia. CBC wysłało ją w teren – albo lepiej: wysłała się tam sama. Oficjalnie jako reporterkę, nieoficjalnie Morris zrobił z niej śledczą.
Zawsze pchała się tam, gdzie nie powinna. Bynajmniej dla poklasku, a czystej satysfakcji; świadomości, że przyczyniła się do czegoś większego. Dla zemsty. I swojej zaginionej przyjaciółki, której na własną rękę szukała od dobrych kilku lat, wbrew wszelkiej logice.
— A miałam wybór? — parsknęła.
Znalazłby ją i ściągnął z kosmosu, gdyby było trzeba.
— Mam dla ciebie parę nowych tematów. Trochę korupcji, polityki, jedno zaginięcie… — Zerknął na nią spod uniesionej brwi.
Czasami zastanawiała się czy robił to, bo w nią wierzył i uważał za świetną w swoim fachu, czy może miał zwyczajny sentyment do nazwiska jej ojca – znanego, emerytowanego komendanta policji w Oakville. Trzecia opcja wkurwiała ją najbardziej: chciał sprawić, aby skupiła się na czymś innym, bardziej przyziemnym. Żeby nie marnowała życia i kariery na szukanie kogoś, kto najpewniej od dawna gnił w piachu. Żeby nie brnęła dalej w szambo, w którym ugrzęzła. Żeby przestała karmić się paranoją.
Morris doskonale wiedział jak cienka była granica między trzeźwością a autodestrukcją. Wiedział też, że odkąd kilkanaście lat temu brat tego małego szatana zginął na froncie, wraz z nim odeszła ostatnia osoba, która ją pilnowała. Pamiętał Sheilę, która tańczyła na rurze w podrzędnym klubie, bo jeden odwyk w ciągu szkoły średniej nie zrobił z niej czystej. I gdyby nie pan detektyw, zapewne tam by skończyła – zaćpana, bez przyszłości. Albo w worku, bo większość takich dziewczyn jak ona w końcu komuś podpadała. Lubił przypominać jej, że stanęła na nogi dzięki niemu, za każdym razem gdy się zapominała.
Handel ludźmi rozwijał się z zastraszającą szybkością, każdego roku, miesiąca, dnia; w każdej pieprzonej godzinie. Takich zaginionych przyjaciółek były miliony, na całym świecie, a mimo to ona wciąż tym żyła. Nie musiała dodawać, że głównego tematu nie zamierzała sobie odpuszczać. Wystarczyło, że zdążył ją lepiej poznać, nawet jeśli uparcie twierdziła, że nie znał jej n i k t.
— Mhm, wezmę co chcesz, wszystko jedno. — Odwróciła wzrok ku szybie, czując na sobie badawcze spojrzenie. Przez chwilę siedzieli w ciszy, zanim znowu się odezwała. — Znalazłam parę tropów w Teksasie… południowa część, sam syf. Jeden klub ze striptizem, w którym-…
— Dobrze, że wróciłaś, Jenkins — przerwał jej Morris.
Cisnęła w siwego detektywa podjudzonym błyskiem w oczach. Ona myślała inaczej.
Wcale nie chciała wracać.
