-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Adeline Covington
Poranek ciągnął się leniwie, jakby miasto jeszcze nie do końca zdecydowało się obudzić. Max nie miał konkretnego celu — przynajmniej tak to sobie tłumaczył — kiedy wszedł do małego sklepu na rogu, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Dzwonek zawieszony nad drzwiami, pamiętający jeszcze jego dziecięce, nieco bardziej beztroskie czasy zadzwonił znajomo, wywołując na ustach blondyna półuśmiech.
Dłuższą chwilę, jakby przeciągając podjęcie decyzji o tym, jaki będzie jego kolejny krok, stał w bezruchu przy wejściu, omiatając wzrokiem półki. Jakby szukał czegoś konkretnego, choć w rzeczywistości jego myśli były gdzieś zupełnie indziej. Ostatnio coraz częściej wracały do miejsc, których dawno nie odwiedzał, chociaż ciężko było orzec, jaki był tego powód. Wszakże niepozorny sklep znajdował się znacznie bliżej niżeli market odwiedzany przez Korhenon’a co drugi dzień, a jednak niebieskooki omijał go z uporem maniaka, zupełnie jakby czegoś się obawiał.
Westchnął pod nosem i ruszył w głąb sklepu, zatrzymując się przy regale z przekąskami. Zamarł, sięgając po ostatnią paczkę chrupek dokładnie w tym samym momencie, w którym czyjaś dłoń zrobiła to samo. Mimowolnie powoli uniósł wzrok napotykając znajomą twarz. — …Adeline? - jej imię rozbrzmiało ciszej niż planował. Ostrożnie? A może wypowiedziane na głos mogło coś naruszyć?
Przez moment tylko na nią patrzył — jakby próbował upewnić się, że to naprawdę ona, a nie kolejne wspomnienie, które wróciło w najmniej odpowiednim momencie. Minęło tyle czasu - za dużo, żeby to było normalne spotkanie, za mało, żeby było obojętne. Kącik jego ust drgnął w czymś, co mogło być początkiem uśmiechu, ale nie do końca nim było.
— Nie wiedziałem, że… — urwał, jakby nagle zgubił sens zdania. — Dawno cię tu nie widziałem. - i choć brzmiało to zwyczajnie, w jego spojrzeniu było coś więcej — coś pomiędzy ulgą a napięciem, którego sam jeszcze nie potrafił nazwać. Jakby los właśnie postanowił sprawdzić, czy są gotowi wrócić do rozmów, które nigdy się tak naprawdę nie skończyły.
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Pojawienie się w tym niewielkim, acz w kwestii świeżych owoców i warzyw nie mający sobie równych sklepie, było nieuniknione. Gdy tylko przekroczyła próg, w jej uszach zadźwięczał znajomy dzwonek. Przystanęła na moment, rozglądając się z uwagą po lokalu. Już na pierwszy rzut oka mogła stwierdzić, że niewiele się tu zmieniło. Ruszając na dział z owocami, odnosiła dziwne wrażenie, że największą zmianą była ona.
Dostrzegłszy za rogiem piękne, pomarańczowe kulki, oczy jej zaiskrzyły i aż uśmiechnęła się do siebie, po czym od razu zaczęła pakować je do torebki, zapełniając ją niemal całą. To nic, że właśnie wyglądała, jakby szykowała się na armagedon, musiała wziąć je na zapas, bo nie była pewna, kiedy zajrzy tutaj po raz kolejny.
Z wyraźną ulgą, zadowoleniem i pełną torbą klementynek postanowiła przejść się między półkami z myślą, że może uda jej się jeszcze znaleźć jakiś skarb, którego dawno nie jadła. Gdy więc zobaczyła znajome opakowanie jednej z jej ulubionych przekąsek, bez zastanowienia podeszła do półki, by sięgnąć po nie ręką, a dostrzegłszy drugą dłoń, nagle zatrzymała się skonsternowana. Przesunęła swoim zielonym spojrzeniem wzdłuż ręki, ostatecznie napotykając wzrok jej właściciela i rozchyliła lekko wargi w zaskoczeniu. Usłyszała swoje imię, cicho, miękko, jakby mężczyzna, zupełnie tak jak ona, nie ufał temu, co widział. Przez kilka sekund wstrzymała powietrze, nie potrafiąc wydobyć z siebie żadnego słowa.
— Max… - niemal wyszeptała, nie wiedząc, co powinna teraz zrobić. Patrząc na niego, próbowała wrócić pamięcią do momentu, kiedy widzieli się po raz ostatni. Momentalnie napłynęło do niej wspomnienie, jak siedzieli w cieniu dębu, a ich śmiech odbijał się echem od ścian drzew. Była blondynką, miała wtedy intensywny czas, przeplatany studiami, przeprowadzką do nowego mieszkania i pracą, a konna przejażdżka z Maxem stanowiła dla niej idealne wytchnienie, pozwalając na chwilę zapomnieć o rzeczywistości. A później nastąpił wypadek, po którym zniknęła całkowicie. Na jego spostrzeżenie Ade mimowolnie przełknęła ślinę.
— To tu sprzedają najlepsze klementynki w mieście - Clem, bo tak ją czasem nazywał, uśmiechnęła się niepewnie kącikiem ust, podnosząc torbę owoców do góry. Jako jeden z nielicznych znał jej słabość do tego pomarańczowego ciasta, które uwielbiała robić na potęgę. Nieraz zabierała je ze sobą na konne przejażdżki w formie babeczek, które podjadali wspólnie w drodze. Podobnie, jak chrupki, po które oboje teraz sięgali.
— Nadal je kupujesz? - zapytała, spoglądając na stojącą na półce paczkę, której ostatecznie żadne z nich nie zabrało. Gdzieś w zakamarkach umysłu rudowłosej pojawiło się naiwne pytanie, czy wciąż woził je ze sobą w nadziei, że spotka ją na plaży. Tam czas się zatrzymywał, gdy spędzali go na rozmowach i żartach, te nieszczęsne chrupki traktując jako awaryjne źródło przekąski. Ade zawsze z niego korzystała, nie potrafiąc wyzbyć się z siebie swojego łakomstwa. A Max jakimś cudem zawsze miał je ze sobą. Wraz ze wspomnieniami nasunęło jej się pytanie, czy wśród fal uderzających o brzeg wciąż było słychać ich śmiech?
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Od razu dostrzegł, że była inna i nie chodziło jedynie o to, że rude włosy zastąpiły tamten znajomy blond, a rysy twarzy obecnie wydawały się ostrzejsze, dojrzalsze. W jej postawie pojawiło się coś, czego wcześniej nie było, zdradzała, że przeszła więcej niżby mógł zgadnąć. Było w niej coś nowego — i coś znajomego jednocześnie.
Tuż za pierwszym zaskoczeniu, które lekko szarpnęło ciałem Korhenon’a, krótką chwilę później pojawiło się znajome ciepło, jednak znacznie spokojniejsze, niż się spodziewał. Inne. Przecież nie mogę oczekiwać, że będzie tak samo zganił siebie samego w myślach. Kiedyś łapał się na tym, że słucha jej uważniej niż kogokolwiek innego. Że czeka na te ich rozmowy, przeciągające się w nieskończoność. Że w jej obecności wszystko wydawało się… prostsze. I przez długi czas myślał, że to coś więcej. Może nawet chciał, żeby było, jednak czas zrobił swoje. Zostawił po tym coś trwałego — tylko już bez tego ciężaru, bez napięcia, bez niewypowiedzianych oczekiwań. Bardziej jak miejsce, do którego zawsze można wrócić.
Cichy wydech wyrwał się spomiędzy warg, będąc czymś na kształt lekkiego rozbawienia, kiedy pokazała mu siatkę pełną pomarańczowych, słodkich owoców. — Czyli jednak nic się nie zmieniło — rzucił, a fala wspomnień ponownie zalała ciało chłopaka, pozostawiając na koniuszku języka posmak babeczek, którymi go częstowała podczas licznych spotkań - uwielbiał je. Instynktownie oblizał wargi, na ułamek sekundy zatrzymując wzrok na twarzy rudowłosej, jednak tym razem bez tej dawnej niepewności. Bardziej… pewnie. Swobodniej. — Nadal robisz z nich to swoje uzależniające ciasto? — dodał, lekko unosząc brew. To właśnie dzięki niemu zyskała przezwisko Clem, jak często, pieszczotliwie się do niej zwracał.
Pytanie Adeline zawisło między nimi na moment, a Max mimowolnie spojrzał na paczkę chrupek, by następnie przenieść spojrzenie na ich dłonie, które ponownie od dawna znalazły się zbyt blisko siebie, zupełnie jak kiedyś. Przez sekundę nic z tym nie zrobił, jakby pozwalał tej chwili po prostu być, bez analizowania, poddając się ponownie zapomnianym uczuciom. Kącik jego ust drgnął. — Chyba weszło mi to w nawyk — odpowiedział — Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. - dodał, robiąc charakterystyczną pauzą, aby zakończyć - Lub dla kogo - obdarzył rudowłosą wymownym spojrzeniem, jednak ostatecznie nie sięgnął po upragnioną paczkę, żadne z nich tego nie zrobiło.
— Stare przyzwyczajenia ciężko się wykorzenia — oznajmił, wsuwając dłonie w kieszenie wysłużonych dresów, ubrudzonych farbą, którą wciąż pachniał. — Zniknęłaś — powiedział po dłuższej chwili, ale bez tej ostrości, której można by było się spodziewać. Brzmiał raczej jak ktoś, kto dawno pogodził się z brakiem odpowiedzi. — Przez chwilę próbowałem to rozgryźć… a potem chyba po prostu uznałem, że tak miało być - wyjawił to, co od dawna huczało mu w głowie, za każdym razem gdy postać panny Covington pojawiała się w jego myślach. Wzruszył przy lekko ramionami. — Ale dobrze cię widzieć, Clem. Naprawdę. - i tym razem się uśmiechnął — już bez zawahania, bez ukrytego napięcia, jak do kogoś, kto kiedyś znaczył dużo… i wciąż znaczy, tylko inaczej. Był ciekawy czy wypowiedziane przez niego słowa, chociaż oszczędne, obudzą w dziewczynie potrzebę, aby wyjaśnić mu sytuację czy jednak zbyje go lakoniczną odpowiedzią, jakiej niewątpliwie się spodziewał.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Jedna chwila zmieniła wszystko.
Miała wrażenie, że jego czujne jasnoniebieskie spojrzenie prześwietlało ją, starając się dotrzeć do jej wnętrza, dokładnie tam, gdzie dawno temu postawiła mur. Właśnie z tego względu obawiała się spotkania z nim, starannie omijając miejsca, które mogłyby dać ku temu zwiększoną sposobność. Max, jak nikt inny, swoim łagodnym podejściem i niemal stoickim spokojem potrafił podważyć wszelkie stawiane przez nią bariery. Przerażało ją, że zbyt łatwo mógłby ją rozszyfrować.
A jednak, ujrzawszy go, jej ciało nie wyrwało się do ucieczki. Choć na moment zamarła w bezruchu, nie potrafiąc się odezwać, a jej obawy wszczęły w jej głowie alarm, jej serce zabiło nieco szybciej. Nie z powodu lęku, a pod wpływem wszystkich chwil, które spędziła w jego towarzystwie. Dzieliła z nim same dobre wspomnienia, które przywołał widok jego znajomej twarzy, o nieco dojrzalszych rysach, ale wciąż mającej w sobie to coś, co niegdyś przykuwało jej uwagę.
Klementynkami miała nadzieję nieco rozładować sytuację, więc widząc jego reakcję, niepostrzeżenie odetchnęła z ulgą. — Pewne rzeczy nie podlegają zmianom - przyznała, poszerzając kącik ust. Sama nie potrafiła stwierdzić, czy odnosiła się jedynie do cytrusów, niemniej w głębi siebie chciała mu wierzyć, że nic się nie zmieniło. Jej uwadze nie umknął ani gest oblizania warg, ani jego krótkie spojrzenie, przez które kiedyś spuściłaby niewinnie wzrok. Teraz jednak była odważniejsza, nie zamierzała przed nim uciekać. - Tak, a sądząc po tej wariackiej ilości, czeka mnie intensywny czas odwiedzin znajomych - odparła z rozbawieniem. Zamierzała jak zwykle narobić się, jak wariatka, a potem wciskać je wszystkim, jak leci. Bo takim dobrem należało się dzielić.
Na jego odpowiedź ściągnęła usta w linijkę, dokładnie wiedząc, kogo miał na myśli. — No tak, czasem można trafić na jakiegoś głodomora, któremu oczy się świecą na każdy rodzaj jedzenia - pokiwała głową ze zrozumieniem. Zawsze doceniała fakt, że o niej pamiętał i był przygotowany. Czy to możliwe, że nadal tak było? Jego następne słowa zdawały się to potwierdzać. A ona go ot, tak po prostu wykreśliła, jakby nigdy nie był dla niej ważny. Teraz, po czasie zaczynała rozumieć, jak ogromny błąd popełniła.
Zniknęłaś. To wystarczyło, żeby poczuła w klatce nieprzyjemny ucisk. Nie była pewna, czy w jego głosie bardziej wolała usłyszeć wyrzut niż akceptację tego stanu rzeczy, gdyż ten spokojny ton jedynie nasilił jej wyrzuty sumienia. Przygryzła wargę, próbując powstrzymać skrzywienie obarczone nadmiarem ciężaru jego słów. Mimo to na jej twarzy pojawiło się coś na wzór lekkiego uśmiechu, gdy nazwał ją Clem.
— Mi Ciebie również, Max - przyznała nieco cieplejszym tonem, a jej własna szczerość ją zaskoczyła. Wbrew wszystkim obawom zatruwającym jej umysł w ciągu tych dwóch lat, mówiła prawdę. Tym większe dobijało ją właśnie poczucie winy. Jako jeden z nielicznych zawsze był wobec niej w porządku i zasługiwał na prawdę, przynajmniej taką, o jakiej była w stanie mówić, by utrzymać swoje emocje w ryzach.
— Max, ja… przepraszam Cię. Nie powinnam była znikać bez słowa. Po prostu… - urwała i ściągnęła brwi, nie wiedząc, jak ubrać w słowa swoje myśli. - …nie mogłam wrócić - odparła ciszej niż zamierzała i na kilka sekund opuściła wzrok, gdy odkryła we własnym głosie nieznaczne załamanie, w które wkradła się nuta bezradności. Sama doskonale zdawała sobie sprawę, że jej odpowiedź była ogromnym niedomówieniem. Ale jak powiedzieć mu, że czuła ogromne opory przed tym, by wrócić do przeszłości w obawie przed poruszeniem tej części siebie, która została zamknięta na kłódkę wraz z niefortunnym upadkiem z konia? - To nie tak, że zrobiłam to celowo - zaznaczyła po chwili, ponownie napotykając spojrzenie mężczyzny. Gdyby była choć trochę rozsądniejsza, nie wsiadłaby na konia, ale wtedy nie kierował nią rozsądek, a emocje. - Musiałam uporać się z pewnymi problemami - dodała jeszcze, bezwiednie poprawiając opadający jej na policzek kosmyk włosów, wciąż klucząc w swojej odpowiedzi. W tym momencie ich obecność między sklepowymi półkami wydała jej się wyjątkowo niekomfortowa.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nie mogłam wrócić. Zdanie to wybrzmiało w głowie znacznie ciszej, niżeli padło na głos, jednak zostało zakorzenione gdzieś głębiej w odmętach myśli. Chwilę po tym, jak padło przez ułamek sekundy poczuł to znajome mrowienie, szczypiące w koniuszek języka, poczuł ten stary impuls, ażeby dopytać, rozłożyć to na czynniki pierwsze, znaleźć konkretną odpowiedź, której przez dwa lata mu brakowało. Dlaczego? Co się stało? Czemu wtedy? Czemu tak? Jednak impuls ten nie przebił się dalej, bo coś w głosie Adeline skutecznie go zatrzymało.
Nie brzmiała jak ktoś, kto szuka wymówki. Ton głosu dziewczyny, bardziej wskazywał na kogoś, kto ledwo utrzymuje coś w ryzach. I choć w jakimś stopniu uderzała w niego cała ta sytuacja to starał się zachować spokój, tak jak uczył go ojciec - nie reagować za szybko i nie odsłaniać się bardziej niż było to konieczne, ale czy przy pannie Covington było to możliwe? Jako jedna z nielicznych osób, dzięki wspólnym przejażdżkom, stała się powiernikiem jego emocji, z których tylko przy niej potrafił się bardziej obnażyć. W środku poczuł lekkie ściśnięcie. Nie była to złość, nawet nie żal, a już na pewno nie w tej prostej, oczywistej formie. Raczej coś pomiędzy zrozumieniem a cichym ukłuciem, że nie był częścią tej walki, o której właśnie mówiła tak niepełnie. Że została z tym sama. Że nie dopuściła go wtedy ani trochę bliżej.
Opuścił na sekundę wzrok, przesuwając nim po podłodze, jakby potrzebował tej krótkiej chwili, żeby poukładać myśli. Jej kolejne słowa tylko to potwierdziły — niedopowiedzenia, ostrożność. Znał ją na tyle, żeby wiedzieć, że to i tak więcej, niż dawała większości ludzi. Kiedy znów na nią spojrzał, w niebiskich tęczówkach Korhonen’a nie było już tej wcześniejszej, chłodnej analizy. Zostało coś spokojniejszego. Uważniejszego. — W porządku — - odezwał się cicho, głosem pozbawionym nacisku, czy ironii. Po prostu przyjął tyle ile na ten moment potrafiła mu dać. Postąpił dokładnie tak samo jak ona postępowała z nim, odznaczając się niepohamowanymi pokładami cierpliwości i ciepła do jego osoby. Zupełnie jakby ujarzmiała dzikie zwierzę, niezdolne zaufać człowiekowi, a jednak jej zauf. Z czasem podczas kolejnych wspólnych przejażdżek i rozumów, coraz rzadziej ucinał własną wypowiedź w połowie zdania czy pozostawiał pytanie bez odpowiedzi. Tym razem odwdzięczył się jej tym samym.
Na moment uciekł spojrzeniem gdzieś w bok, przesuwając palcami po karku — krótki, niemal odruchowy gest, który zdradzał więcej, niż słowa. - Dobrze wiedzieć, że jest już okej. W miarę - oznajmił wracając do postaci dziewczyny wzrokiem. Nie zapytał „dlaczego”. Nie dopytywał. Ale to nie znaczyło, że nie chciał wiedzieć. Po prostu zostawił wybór Adeline. Ponownie utkwił wzrok na torbie klementynek, jakby wracając do czegoś bezpieczniejszego w ich rozmowie. — Chociaż patrząc na to — uniósł lekko brew — wygląda na to, że planujesz wykarmić pół miasta - pozwolił sobie na cień lżejszego tonu, ale jego spojrzenie, kiedy wróciło do niej, nadal było uważne. Zostawiał jej przestrzeń, ale tym razem — nie zamierzał już tak łatwo pozwolić jej zniknąć. - Dla mnie kawałek też się znajdzie? - zapytał z cieniem uśmiechu na ustach.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ucieczka zdawała się być zapisana w jej kodzie genetycznym. Zawsze odgrywała rolę silnej, niewzruszonej niczym osoby, ale w gruncie rzeczy było to przemyślanym systemem obronnym przed wszystkim, co wywoływało w niej zbyt wiele niewygodnych emocji. Uciekała, odkąd pamiętała - w naukę, w jazdę konną, w pracę, w pieczenie, a później także w jednorazowe przygody i w zabawę - zajmowała głowę wszystkim, spychając swoje uczucia w najgłębsze zakamarki swojego umysłu, trzymając je pod kluczem. Do pewnego momentu Max również stanowił formę jej ucieczki przed światem. Aż uciekła także przed nim.
Mimo wszystko, kiedy podniosła na niego spojrzenie, w jego niebieskich oczach egoistycznie szukała… zrozumienia. Żywiła nadzieję, że jej tłumaczenie wystarczy mu, przynajmniej na tę chwilę. Potrzebowała choć krótkiego przytaknięcia na jej odpowiedź, przyjęcia tego, co była w stanie mu wyjawić, bez zbytniego dociekania, które wywołałoby w niej jeszcze większą niezręczność i strach. To on, mieszając się z nadzieją, wkradał się właśnie do jej zielonych tęczówek, bo nagle zdała sobie sprawę, że wciąż zależało jej na tym, co stojący przed nią mężczyzna o niej myślał.
Spokój i ciepło bijące ze spojrzenia blondyna sprawiło, że niepostrzeżenie odetchnęła z ulgą. Zdawała sobie sprawę, że ten temat nie został jeszcze wyczerpany, a pytania, przed którymi obecnie uciekała, zawisły w powietrzu niewypowiedziane na głos. Kąciki jej ust drgnęły nieznacznie pod wpływem bladego uśmiechu. Była mu wdzięczna za to, że nie postanowił poruszać bardziej czułych strun, na co teraz zupełnie nie była gotowa. Tym gorzej czuła się, pozostawiając tę sprawę jako jedno wielkie niedopowiedzenie. To na razie musiało mu wystarczyć.
Jest już okej. Bezwiednie na sekundę ściągnęła brwi, poddając to stwierdzenie analizie. Ono zwykle mechanicznie wybrzmiewało z jej ust, wraz z wyćwiczonym lekkim tonem, w trakcie rozmów z osobami postronnymi. Sama powtarzała je niczym mantrę, w głębi siebie zdając sobie sprawę, że w ciągu tych dwóch lat nie przepracowała wszystkich problemów.
— A co u Ciebie? Nadal zajmujesz się naprawami? - odetchnęła, przybierając naturalny ton, przesuwając spojrzeniem po jego przybrudzonych ubraniach, po czym wróciła nim do blondyna. Ten zręczny wybieg miał przysłonić fakt, że nie potrafiła mu przytaknąć. I tak czuła się już wystarczająco oszustką, nie mogła go okłamać.
Kiedy odezwał się ponownie, również na kilka sekund spuściła wzrok na swoją torbę, a jej usta uległy niewielkiemu rozszerzeniu. - Przyznaję, trochę mnie poniosło - przyznała, marszcząc przy tym zabawnie nos - ale nawet nie wiesz, jak ciężko w całym Toronto znaleźć tak ładne klementynki - rzuciła na swoją obronę i pokręciła głową z niewielkim rozbawieniem, czując wracającą do tonu jej głosu lekkość. - We wtorek przedstawiam w pracy ważny projekt - wyjaśniła zaraz, ściągając usta w linijkę, jakby właśnie została przyłapana. Lubiła piec bez okazji, ale takie ilości oznaczały jedno - stresowała się, więc musiała zająć czymś głowę. Poza tym musiała nadrobić przerwę w robieniu klementynkowego ciasta, z pełną świadomością zamierzając jeść je przez cały tydzień.
Na jego nieoczekiwane pytanie uniosła brew do góry i rozchyliła nieznacznie wargi, zastygając w zaskoczeniu. Widząc cień uśmiechu na jego ustach, nie potrafiła odpowiedzieć inaczej. - Pewnie. Nawet więcej. O ile będzie Ci po drodze do Greektown - odparła i posłała mu delikatny uśmiech. O ile perspektywa ponownego spotkania z nim brzmiała zachęcająco, tak poczuła lekkie ukłucie na myśl, że nie mogła wrócić do ich dotychczasowych przejażdżek.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
To krótkie zawahanie, moment, w którym jej głos niemal się załamał, zanim zdążyła go opanować. Sposób, w jaki uciekła w bardziej neutralny ton, jakby próbowała zamknąć temat, zanim zdąży się rozwinąć w coś trudniejszego. Kiedy powiedział, że jest okej — bardziej stwierdził niż zapytał — zauważył tę niemal niezauważalną reakcję, cień zawahania, który przemknął przez jej twarz szybciej, niż większość ludzi byłaby w stanie go wychwycić. Znał ten mechanizm aż za dobrze i właśnie dlatego nie próbował go podważać. Dawał Adeline czas na oswojenie się z własnymi emocjami, które nadal zdawało się, targały jej drobną postacią mimo upływu czasu. Czy to dziwne, że wydała się mu być jeszcze bardziej krucha niż typowa kobieta?
Wraz z tym odkryciem, niebieskie tęczówki złagodniały w swoim spojrzeniu, przenikliwość ustąpiła zrozumieniu, nawet jeśli koniuszek języka nadal go delikatnie mrowił od niezadanych pytań. Coś w Maxie nieznacznie się zacisnęło na myśl, że opuszczającego jego usta okej było raczej czymś, co należało przyjąć, niż czymś, co faktycznie istniało. Ale tym razem nie zamierzał naciskać. Nie tutaj. Nie teraz.
Kącik ust drgnął, gdy wspomniała o naprawach. — Nadal — odpowiedział na zadane pytanie, zerkając przelotnie na własne ubrania, jakby dopiero teraz rejestrował ślady farby i smaru, które zdążyły wsiąknąć w materiał na dobre. — Nawet trochę bardziej niż kiedyś. - uniósł lekko głowę, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś na kształt cichego rozbawienia. — Ktoś musi ratować cudze błędy - słowa padły lekko, niemal odruchowo, ale jego spojrzenie na ułamek sekundy gdzieś uciekło — jakby zahaczyło o coś, co nie należało do tej chwili. Przez myśl przemknął mu obraz stosunkowo nowego pensjonatu, który już zdążył zacząć się sypać w miejscach, w których nikt nie powinien jeszcze nawet zaglądać z narzędziami. Zapach świeżej farby mieszający się z niedoróbkami, których nie dało się już ukryć pod warstwą estetyki. I ona. Wnuczka właścicielki z ramionami skrzyżowanymi na piersi i spojrzeniem, które jasno dawało do zrozumienia, że jego obecność była ostatnią rzeczą, jakiej tam chciała. Każdy jego ruch zdawał się być przez nią oceniany, każde słowo ważone z góry na nie. Nie próbowała nawet udawać uprzejmości. A jednak został - jak zawsze.
Mrugnął powoli, odcinając się od tego wspomnienia, zanim zdążyłby się w nim zatrzymać na dłużej, i wrócił do teraźniejszości z tą samą, spokojną powściągliwością, którą nosił na sobie jak drugą skórę. Pozwolił, by słowa Adeline o klementynkach i projekcie wybrzmiały swobodnie, bez ciężaru, który jeszcze przed chwilą wisiał między nimi. Przyjął tę zmianę bez oporu — jakby rozumiał, że to jedyny sposób, w jaki na ten moment była w stanie z nim rozmawiać. — Wygląda to poważnie — rzucił, a cień uśmiechu przemknął przez jego twarz. — Czyli klasycznie — odezwał się po chwili, spokojnie, niemal miękko. — Im ważniej, tym więcej pieczenia. - jeśli go pamięć nie myliła to rudowłosa właśnie w taki sposób radziła sobie ze stresem, przekuwając go w działanie, głównie to pieczenie.
Kiedy wspomniała o Greektown, jego spojrzenie na moment się zatrzymało. Dłużej, uważniej, jakby ważył coś w myślach, zanim pozwolił temu wybrzmieć na głos. Bo to nie było tylko zaproszenie, a przynajmniej nie chciał, żeby było. To był ten moment, w którym uświadomił sobie jak bardzo tęsknił za jej osobą, jednak nie dał tego po sobie poznać, bo co jeśli ona nie podzielała jego uczuć? — Po drodze da się zrobić — odpowiedział w końcu, spokojnie, ale z wyczuwalną nutą decyzji, której wcześniej nie było. Krótka cisza przeciągnęła się o ułamek sekundy za długo. — Zwłaszcza dla sprawdzonych rzeczy. - nie sprecyzował, nie musiał. Wszystko można było wyczytać w niebieskich tęczówkach Maxa, te patrzyły bardziej świadomie niż wcześniej, mniej przypadkowo, bardziej obecnie, Jakby nie tylko słuchał tego, co mówiła, ale też decydował, że tym razem nie pozwoli, żeby wszystko znowu rozmyło się w niedopowiedzeniach. Tym razem nie zamierzał dać jej uciec.
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Doceniała także to, że przy nim nigdy nie musiała stwarzać żadnych pozorów, ani powstrzymywać własnych reakcji czy ważyć słów, ujawniając przed nim tę wersję siebie, której większość nie znała - pozbawioną masek i ciężaru problemów, pogodną, trochę zadziorną i przede wszystkim pełną ciepła, troskliwą dziewczyną. Co z niej pozostało? Nie miała pewności. Czasem spotykała jej przebłyski, ale obecny ciężar zbytnio ją przytłaczał, żeby się przez niego przebiła. Może jeszcze gdzieś tam tkwiła i czekała, aż ktoś wyciągnie do niej dłoń?
— Och, czyli stałeś się specjalistą do spraw beznadziejnych? - rzuciła, unosząc brew do góry. - Wcale się nie dziwię. Jesteś najporządniejszym fachowcem, jakiego znam - przyznała całkiem poważnie z nutą uznania w głosie, a kąciki jej ust drgnęły nieznacznie do góry. - W tej kwestii poczta pantoflowa nie ma sobie równych - dodała jeszcze, odnosząc się do zwiększonej ilości zleceń. Myślami bezwiednie odbiegła do swojego mieszkania w poszukiwaniu usterek do naprawy, ale gdy tylko się na tym złapała, zganiła się w myślach, bo przecież nie zamierzała go wykorzystywać. Co więc było powodem poszukiwania tak płytkiej wymówki? Sama jeszcze nie do końca to rozumiała.
— Tak poważnie, że po powrocie do domu nie zamierzam wychodzić z kuchni aż do wieczora - lekki ton jej wypowiedzi był nieznaczną próbą zbagatelizowania stresu związanego z tym projektem. Przy czym nie próbowała zaprzeczyć temu, że nie istniał, w duchu ciesząc się, że przynajmniej tym była w stanie podzielić się z Maxem bez najmniejszych oporów. — To jeden z tych projektów, który ma otworzyć mi drogę do awansu - wytłumaczyła powagę sytuacji. Jeśli dobrze na spotkaniu wypadnie, w końcu przejmie nad projektem całkowitą odpowiedzialność, od początku do końca, a następnie od wyników sprzedaży będzie zależało, czy zaufanie do niej i jej strategicznego myślenia wzrośnie. Wbrew pozorom sama praca nie była dla niej tak stresująca, jak zetknięcie się z opinią jej własnego ojca na temat jej pracy. - Myślisz, że zarząd spojrzałby na mnie przychylniej, gdybym na spotkanie przyszła z ciastem? - ściągnęła brwi z rozbawieniem czającym się w kącikach jej ust, kiedy spoglądała na blondyna w oczekiwaniu na odpowiedź. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w rzeczywistości taka sytuacja nigdy nie mogła mieć miejsca. Z drugiej strony takiej słodyczy trudno było się oprzeć, coś na ten temat wiedziała.
W momencie, gdy wyszła do niego z propozycją, zrozumiała, że naprawdę chciała, żeby było mu po drodze. Kiedy mężczyzna na kilka sekund zatrzymał na niej spojrzenie, wbrew obawom czającym się w jej głowie, to uczucie się wzmogło. Zaufała instynktowi, który przypominał jej o tym, jak bezpiecznie i spokojnie zawsze czuła się w jego towarzystwie. Brakowało jej tego. Brakowało jej go.
Na jego odpowiedź skinęła nieznacznie głową, z przyspieszonym biciem serca uświadamiając sobie, że nawet, jeśli nie miał po drodze, zamierzał do niej dotrzeć. Ale dopiero jego kolejne słowa sprawiły, że nieoczekiwanie rozlało się po niej przyjemne ciepło, dające nadzieję, że czuł to samo.
— Pozostaje więc pytanie, kiedy bohater ratujący cudze błędy znajdzie czas? - zapytała, powoli wypowiadając każde słowo, dając im wybrzmieć cichym, niemal miękkim tonem w przestrzeni między nimi. Doprecyzowanie tej informacji pozwalało przypieczętować spotkanie i sprawić, że stanie się realne. Obawiała się tego, co się wtedy stanie, ale chęć ponownego spotkania go, tym razem pozbawionego przypadku, była od niej silniejsza.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Na co dzień bywał oszczędny — w słowach, w gestach, w reakcjach. Zdystansowany, czasem chłodny, czasem zwyczajnie nieprzyjemny. Łatwiej było mu zbudować mur niż pozwolić komukolwiek podejść bliżej. Dla większości ludzi pozostawał kimś trudnym do odczytania, a jeszcze trudniejszym do zatrzymania przy sobie na dłużej. Ale nie dla niej. Przy Adeline ten schemat tracił znaczenie. Nie musiał odmierzać słów, pilnować każdego gestu ani trzymać wszystkiego pod kontrolą. Obecność przy niej nie była kolejną rolą do odegrania ani reakcją wyuczoną przez lata. „Była… jego.” To przy niej po raz pierwszy od dawna nie czuł się jak marionetka w rękach ojca — ktoś ukształtowany, wytrenowany, zamknięty w ramach, które ktoś inny wyznaczył dawno temu. Nie analizował każdego ruchu pod kątem tego, jak powinien wyglądać. Nie ważył słów tak, jak robił to na co dzień. Po prostu był. I choć mogła odbierać to jako coś naturalnego, coś, co po prostu się działo, dla niego nigdy nie było to przypadkowe. Nie była jednym z wielu głosów. Była tym, którego naprawdę słuchał.
Korhonen uniósł lekko brew, gdy nazwała go „specjalistą do spraw beznadziejnych”, a kącik jego ust drgnął w czymś na pograniczu rozbawienia i cichego przyjęcia tego określenia na własność. Nie zaprzeczył. W gruncie rzeczy to nawet do niego pasowało. — Można tak to nazwać — rzucił spokojnie, z tą charakterystyczną dla siebie powściągliwością, jakby nie widział potrzeby, by cokolwiek tu prostować.
Kolejne słowa rudowłosej zatrzymały go na moment dłużej. Nie odwrócił wzroku, kiedy mówiła. Wręcz przeciwnie — patrzył na nią uważniej, jakby próbował wyłapać, czy to tylko rzucone od tak zdanie, czy jednak coś więcej. Uznanie w jej głosie nie umknęło jego uwadze. Tak samo jak to, że nie próbowała go przykryć żartem. Przyjął to w ciszy, bez typowej dla wielu reakcji potrzeby umniejszania albo odbijania komplementu. Ale coś w nim się poruszyło.— Poczta pantoflowa bywa bardziej skuteczna niż jakakolwiek reklama — odpowiedział po chwili, lekko wzruszając ramionami.
Max wysłuchał uważnie Adeline, nie przerywając ani razu, jakby każde kolejne słowo miało dla niego znaczenie większe, niż sugerowałby temat rozmowy. Oparł się lekko ciężarem ciała o najbliższą półkę, swobodnie, bez cienia napięcia, ale jego spojrzenie pozostało skupione — czujne, wychwytujące więcej, niż było powiedziane wprost. Kącik jego ust drgnął, gdy wspomniała o zamknięciu się w kuchni. - Brzmi jak plan przetrwania — zauważył cicho, z ledwo uchwytnym rozbawieniem, które jednak nie próbowało umniejszyć tego, co naprawdę za tym stało. Bo widział; to, jak lekko próbowała to podać, jak oswoić coś, co wcale nie było takie lekkie. Kiedy wspomniała o awansie, jego spojrzenie na moment się zmieniło — nieznacznie, ale wyraźnie dla kogoś, kto potrafiłby to odczytać. Bardziej uważne. Bardziej… osadzone. — Czyli to nie jest „po prostu projekt” — stwierdził spokojnie, bardziej dla uporządkowania niż dopytania. — Ma znaczenie…. dla ciebie. - skwitował, nie dodając nic więcej, ale sposób, w jaki to powiedział, był wystarczający — bez oceniania, bez doradzania. Po prostu przyjęcie tego faktu takim, jakim był.
Dopiero na jej kolejne pytanie uniósł lekko brew, a cień uśmiechu wrócił na jego twarz. — Jeśli zarząd miałby choć odrobinę rozumu, to tak — zaśmiał się. — Ale wtedy musieliby przyznać, że podejmują decyzje na podstawie ciasta, a to mogłoby podkopać ich autorytet. - rzucił przypuszczeniem, a kącik ust blondyna uniósł się odrobinę wyżej. — Chociaż… — zawahał się na moment, mierząc ją spojrzeniem — w twoim przypadku mogliby zrobić wyjątek. - to nie zabrzmiało jak żart, raczej jak coś powiedzianego z pełnym przekonaniem. Przez chwilę jeszcze się jej przyglądał, jakby coś w jego głowie próbowało ułożyć ostatni element. — I tak to nie ciasto zrobi różnicę — dodał ciszej, spokojniej. — Tylko ty. - stwierdził fakt, a spojrzenie niebieskich oczu zatrzymało się na postaci dziewczyny na moment dłużej, jakby chciał upewnić się, że tym razem tego nie zbagatelizuje.
Max przez chwilę nic nie powiedział, ale tym razem cisza między nimi nie była ciężka. Raczej spokojna, jakby pozwalał jej słowom po prostu opaść tam, gdzie powinny, bez potrzeby rozkładania ich na części. Przyglądał się jej uważnie, z tym charakterystycznym dla siebie skupieniem, które nie było nachalne, a mimo to trudno było je zignorować. Kącik jego ust drgnął lekko, gdy usłyszał to „bohater ratujący cudze błędy”. Cień uśmiechu przemknął przez jego twarz, trochę lżejszy, bardziej znajomy, pogłębiając się, wraz z pytaniem, kiedy znajdzie czas. Bo to nie było już tylko przypadkowe spotkanie. — Jutro po południu mam wolne — powiedział już konkretniej, jakby to była najprostsza rzecz na świecie, chociaż dla obojga miała ogromną wagę i wartość — Pasuje ci? - dopytał, niby lekko, jednak waga tego pytania była ogromna. — Tylko tym razem uprzedzam — dodał jeszcze z lekkim rozbawieniem — nie przyjmuję odwołań w ostatniej chwili. - słowa te nie brzmiały na zarzut, raczej jak coś pomiędzy żartem a cichym przypomnieniem, że… tym razem naprawdę chce się pojawić.
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy rudowłosa wspomniała o kuchni, zauważyła czające się w kącikach jego ust niewielkie rozbawienie. Na użyte przez blondyna określenie mówiące o planie przetrwania pokiwała głową, odpowiadając mu tym samym drgnięciem ust, ale mimowolnie na ułamek sekundy zatrzymała się na tym myślami - cichy głos w jej głowie podpowiadał jej, że realizowała ten plan znacznie dłużej, niż potrafiła przyznać. - I co ważne, działa. Bo grunt to dobra strategia - przytaknęła z żartobliwą nutą w głosie związaną z dość specyficznym doborem swoich słów, gdyż w rzeczywistości była przecież specem od strategii. O tym, jak dobrym, miała się przekonać już całkiem niedługo. - Tak. Może nawet trochę za bardzo - stwierdziła, nieznacznie się przy tym krzywiąc w geście bezradności na własne zachowanie. Zwykle miała w sobie znacznie więcej pewności siebie, ba, w pracy w ogóle nie okazywała słabości. Ale przy Maxie? Z klementynkami w rękach i wspomnieniami w głowie? Z emocjami, które wywołało spotkanie z nim? Chcąc, nie chcąc, swoją obecnością i spojrzeniem przełamywał w niej bariery. A ona z każdą chwilą przestawała czuć przy nim zagrożenie.
— Odpowiedniejszym określeniem byłoby “gdyby nie mieli kijków w tyłkach” - zawtórowała mu śmiechem. - Gdybym mogła w ten sposób rozwiązać ten problem to każdemu przyniosłabym po blaszce tego ciasta - uznała z rozbawieniem, wyobrażając sobie, jak mogłoby to wyglądać, ale zaraz na chwilę odbiła wzrokiem gdzieś w bok. Niestety, mogła o tym jedynie pomarzyć. Jej ciasto nie zmieni zdania jej ojca w kwestii tego, czy nadawała się na jego przyszłą następczynię. Z tą myślą uporczywie tkwiącą gdzieś z tyłu jej głowy podjęła spojrzenie blondyna, które w połączeniu ze słowami o zrobieniu wyjątku sprawiło, że zatrzymała na nim zielone tęczówki na dłuższą chwilę. Rozsądek nadal próbował podać jego stwierdzenie w zwątpienie, bo zdawała sobie sprawę, że zarząd był wobec niej bardziej surowy, niż dla innych. Z drugiej strony na moment zastanowiło ją, czy słowa Maxa powinna potraktować dwojako, ale nim ten impuls na dobre zdążył się zadomowić w jej głowie, skarciła się w myślach. Po takim czasie było to bezcelowe.
Mimo to niepostrzeżenie na kilka sekund wstrzymała powietrze, słysząc jego następne, pełne przekonania słowa. I tak to nie ciasto zrobi różnicę. Tylko ty.. Przez chwilę dźwięczały w jej głowie. Chciała mu wierzyć. - Skąd ta pewność? - zapytała w odpowiedzi, zdobywając się na lekki ton, z którego jednak nie potrafiła pozbyć się nutki ostrożności. Sama miała coraz mniejszą pewność, czy rzeczywiście miała o co walczyć, skoro do tej pory wszystkie jej starania niczego nie zmieniały. Czemu więc on wciąż w nią wierzył?
Słysząc konkretną odpowiedź, na ułamek sekundy uniosła wyżej brew, nieco zaskoczona nie tyle szybkością, z jaką padła, a raczej sprawnością w wyznaczeniu daty ich spotkania. Po chwili jednak skinęła głową, unosząc przy tym kąciki ust, które po usłyszeniu jego warunku zaraz zwinęła w linijkę, próbując w ten sposób ukryć swoje rozbawienie.
— Jest w porządku - odparła zgodnie. - Poza tym, ktoś to ciasto musi zjeść. Przyda mi się pomoc - przyznała z błyskiem w oczach. I towarzystwo, które odwróci jej uwagę od wracania myślami do prezentacji, ale o tym już nie zamierzała wspominać. - W takim razie jesteśmy umówieni - przypieczętowała spotkanie z uśmiechem na ustach. Na kilka sekund zawahała się, jakby jeszcze analizowała jego ostatnie słowa, zanim finalnie dodała: - Daj swój telefon, zapiszę Ci mój numer. - Wyciągnęła do niego dłoń, tym samym dając mu dowód na to, że nie zamierzała przed nim uciekać, albo raczej dawała mu szansę, żeby jej to uniemożliwić, gdy dopadną ją wątpliwości. Nawet nie zdała sobie sprawy, że była to ta sama dłoń, na której jeszcze dwa lata temu błyszczał pierścionek z diamentem.
Choć patrzyła na Maxa z typową dla siebie w ostatnim czasie odwagą, część niej nadal nie czuła się pewnie z tym, że tak łatwo przystała na ich spotkanie. Musiał jednak odezwać się do niej choćby po to, żeby podesłała mu konkretną lokalizację. Ich dotychczasowe spotkania zwykle ograniczały się do przejażdżek konnych, jeszcze nigdy nie był w jej mieszkaniu. Poza tym, poprzedni numer straciła podczas wypadku. A do Volty na razie nie zamierzała wrócić.
Max Korhonen