ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

003

Adeline Covington

Poranek ciągnął się leniwie, jakby miasto jeszcze nie do końca zdecydowało się obudzić. Max nie miał konkretnego celu — przynajmniej tak to sobie tłumaczył — kiedy wszedł do małego sklepu na rogu, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Dzwonek zawieszony nad drzwiami, pamiętający jeszcze jego dziecięce, nieco bardziej beztroskie czasy zadzwonił znajomo, wywołując na ustach blondyna półuśmiech.
Dłuższą chwilę, jakby przeciągając podjęcie decyzji o tym, jaki będzie jego kolejny krok, stał w bezruchu przy wejściu, omiatając wzrokiem półki. Jakby szukał czegoś konkretnego, choć w rzeczywistości jego myśli były gdzieś zupełnie indziej. Ostatnio coraz częściej wracały do miejsc, których dawno nie odwiedzał, chociaż ciężko było orzec, jaki był tego powód. Wszakże niepozorny sklep znajdował się znacznie bliżej niżeli market odwiedzany przez Korhenon’a co drugi dzień, a jednak niebieskooki omijał go z uporem maniaka, zupełnie jakby czegoś się obawiał.
Westchnął pod nosem i ruszył w głąb sklepu, zatrzymując się przy regale z przekąskami. Zamarł, sięgając po ostatnią paczkę chrupek dokładnie w tym samym momencie, w którym czyjaś dłoń zrobiła to samo. Mimowolnie powoli uniósł wzrok napotykając znajomą twarz. — …Adeline? - jej imię rozbrzmiało ciszej niż planował. Ostrożnie? A może wypowiedziane na głos mogło coś naruszyć?
Przez moment tylko na nią patrzył — jakby próbował upewnić się, że to naprawdę ona, a nie kolejne wspomnienie, które wróciło w najmniej odpowiednim momencie. Minęło tyle czasu - za dużo, żeby to było normalne spotkanie, za mało, żeby było obojętne. Kącik jego ust drgnął w czymś, co mogło być początkiem uśmiechu, ale nie do końca nim było.
— Nie wiedziałem, że… — urwał, jakby nagle zgubił sens zdania. — Dawno cię tu nie widziałem. - i choć brzmiało to zwyczajnie, w jego spojrzeniu było coś więcej — coś pomiędzy ulgą a napięciem, którego sam jeszcze nie potrafił nazwać. Jakby los właśnie postanowił sprawdzić, czy są gotowi wrócić do rozmów, które nigdy się tak naprawdę nie skończyły.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
wanilia
27 y/o
For good luck!
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

003
Potrzebowała klementynek. Słodkich, soczystych, wyrazistych. Świeżych. Tylko tyle, albo tyle, bo szukała ich już w wielu sklepach w całym Toronto, z marnym skutkiem. Niestety, albo nie było ich wcale, albo coś było z nimi nie tak. Cichy głos w jej głowie podpowiadał jej jedno konkretne miejsce, w którym na pewno mogła je znaleźć, jednak uparcie omijała je szerokim łukiem. Z resztą, tak jak wiele innych miejsc w okolicy. Ostatecznie wewnętrzną w niej walkę wygrało własne łakomstwo. Prawda była taka, że rudowłosa nie potrafiła odmówić sobie ani dobrego posiłku, ani słodkości, a już tym bardziej swojego popisowego ciasta klementynkowego.
Pojawienie się w tym niewielkim, acz w kwestii świeżych owoców i warzyw nie mający sobie równych sklepie, było nieuniknione. Gdy tylko przekroczyła próg, w jej uszach zadźwięczał znajomy dzwonek. Przystanęła na moment, rozglądając się z uwagą po lokalu. Już na pierwszy rzut oka mogła stwierdzić, że niewiele się tu zmieniło. Ruszając na dział z owocami, odnosiła dziwne wrażenie, że największą zmianą była ona.
Dostrzegłszy za rogiem piękne, pomarańczowe kulki, oczy jej zaiskrzyły i aż uśmiechnęła się do siebie, po czym od razu zaczęła pakować je do torebki, zapełniając ją niemal całą. To nic, że właśnie wyglądała, jakby szykowała się na armagedon, musiała wziąć je na zapas, bo nie była pewna, kiedy zajrzy tutaj po raz kolejny.
Z wyraźną ulgą, zadowoleniem i pełną torbą klementynek postanowiła przejść się między półkami z myślą, że może uda jej się jeszcze znaleźć jakiś skarb, którego dawno nie jadła. Gdy więc zobaczyła znajome opakowanie jednej z jej ulubionych przekąsek, bez zastanowienia podeszła do półki, by sięgnąć po nie ręką, a dostrzegłszy drugą dłoń, nagle zatrzymała się skonsternowana. Przesunęła swoim zielonym spojrzeniem wzdłuż ręki, ostatecznie napotykając wzrok jej właściciela i rozchyliła lekko wargi w zaskoczeniu. Usłyszała swoje imię, cicho, miękko, jakby mężczyzna, zupełnie tak jak ona, nie ufał temu, co widział. Przez kilka sekund wstrzymała powietrze, nie potrafiąc wydobyć z siebie żadnego słowa.
Max… - niemal wyszeptała, nie wiedząc, co powinna teraz zrobić. Patrząc na niego, próbowała wrócić pamięcią do momentu, kiedy widzieli się po raz ostatni. Momentalnie napłynęło do niej wspomnienie, jak siedzieli w cieniu dębu, a ich śmiech odbijał się echem od ścian drzew. Była blondynką, miała wtedy intensywny czas, przeplatany studiami, przeprowadzką do nowego mieszkania i pracą, a konna przejażdżka z Maxem stanowiła dla niej idealne wytchnienie, pozwalając na chwilę zapomnieć o rzeczywistości. A później nastąpił wypadek, po którym zniknęła całkowicie. Na jego spostrzeżenie Ade mimowolnie przełknęła ślinę.
To tu sprzedają najlepsze klementynki w mieście - Clem, bo tak ją czasem nazywał, uśmiechnęła się niepewnie kącikiem ust, podnosząc torbę owoców do góry. Jako jeden z nielicznych znał jej słabość do tego pomarańczowego ciasta, które uwielbiała robić na potęgę. Nieraz zabierała je ze sobą na konne przejażdżki w formie babeczek, które podjadali wspólnie w drodze. Podobnie, jak chrupki, po które oboje teraz sięgali.
Nadal je kupujesz? - zapytała, spoglądając na stojącą na półce paczkę, której ostatecznie żadne z nich nie zabrało. Gdzieś w zakamarkach umysłu rudowłosej pojawiło się naiwne pytanie, czy wciąż woził je ze sobą w nadziei, że spotka ją na plaży. Tam czas się zatrzymywał, gdy spędzali go na rozmowach i żartach, te nieszczęsne chrupki traktując jako awaryjne źródło przekąski. Ade zawsze z niego korzystała, nie potrafiąc wyzbyć się z siebie swojego łakomstwa. A Max jakimś cudem zawsze miał je ze sobą. Wraz ze wspomnieniami nasunęło jej się pytanie, czy wśród fal uderzających o brzeg wciąż było słychać ich śmiech?

Max Korhonen
25 y/o
For good luck!
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Przez dłuższą chwilę Max w milczeniu patrzył na Adeline, zupełnie jakby próbował dopasować postać dziewczyny do wspomnień, które czas zdążył już trochę zatrzeć, jednak one nigdy całkiem nie zniknęły. Z wyuczonym przez ojca analitycznym chłodem przyglądał się jej, lecz w błękicie oczu blondyna wciąż tliło się ciepło, którego nigdy nie potrafił do końca ukryć.
Od razu dostrzegł, że była inna i nie chodziło jedynie o to, że rude włosy zastąpiły tamten znajomy blond, a rysy twarzy obecnie wydawały się ostrzejsze, dojrzalsze. W jej postawie pojawiło się coś, czego wcześniej nie było, zdradzała, że przeszła więcej niżby mógł zgadnąć. Było w niej coś nowego — i coś znajomego jednocześnie.
Tuż za pierwszym zaskoczeniu, które lekko szarpnęło ciałem Korhenon’a, krótką chwilę później pojawiło się znajome ciepło, jednak znacznie spokojniejsze, niż się spodziewał. Inne. Przecież nie mogę oczekiwać, że będzie tak samo zganił siebie samego w myślach. Kiedyś łapał się na tym, że słucha jej uważniej niż kogokolwiek innego. Że czeka na te ich rozmowy, przeciągające się w nieskończoność. Że w jej obecności wszystko wydawało się… prostsze. I przez długi czas myślał, że to coś więcej. Może nawet chciał, żeby było, jednak czas zrobił swoje. Zostawił po tym coś trwałego — tylko już bez tego ciężaru, bez napięcia, bez niewypowiedzianych oczekiwań. Bardziej jak miejsce, do którego zawsze można wrócić.
Cichy wydech wyrwał się spomiędzy warg, będąc czymś na kształt lekkiego rozbawienia, kiedy pokazała mu siatkę pełną pomarańczowych, słodkich owoców. — Czyli jednak nic się nie zmieniło — rzucił, a fala wspomnień ponownie zalała ciało chłopaka, pozostawiając na koniuszku języka posmak babeczek, którymi go częstowała podczas licznych spotkań - uwielbiał je. Instynktownie oblizał wargi, na ułamek sekundy zatrzymując wzrok na twarzy rudowłosej, jednak tym razem bez tej dawnej niepewności. Bardziej… pewnie. Swobodniej. — Nadal robisz z nich to swoje uzależniające ciasto? — dodał, lekko unosząc brew. To właśnie dzięki niemu zyskała przezwisko Clem, jak często, pieszczotliwie się do niej zwracał.
Pytanie Adeline zawisło między nimi na moment, a Max mimowolnie spojrzał na paczkę chrupek, by następnie przenieść spojrzenie na ich dłonie, które ponownie od dawna znalazły się zbyt blisko siebie, zupełnie jak kiedyś. Przez sekundę nic z tym nie zrobił, jakby pozwalał tej chwili po prostu być, bez analizowania, poddając się ponownie zapomnianym uczuciom. Kącik jego ust drgnął. — Chyba weszło mi to w nawyk — odpowiedział — Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. - dodał, robiąc charakterystyczną pauzą, aby zakończyć - Lub dla kogo - obdarzył rudowłosą wymownym spojrzeniem, jednak ostatecznie nie sięgnął po upragnioną paczkę, żadne z nich tego nie zrobiło.
Stare przyzwyczajenia ciężko się wykorzenia — oznajmił, wsuwając dłonie w kieszenie wysłużonych dresów, ubrudzonych farbą, którą wciąż pachniał. — Zniknęłaś — powiedział po dłuższej chwili, ale bez tej ostrości, której można by było się spodziewać. Brzmiał raczej jak ktoś, kto dawno pogodził się z brakiem odpowiedzi. — Przez chwilę próbowałem to rozgryźć… a potem chyba po prostu uznałem, że tak miało być - wyjawił to, co od dawna huczało mu w głowie, za każdym razem gdy postać panny Covington pojawiała się w jego myślach. Wzruszył przy lekko ramionami. — Ale dobrze cię widzieć, Clem. Naprawdę. - i tym razem się uśmiechnął — już bez zawahania, bez ukrytego napięcia, jak do kogoś, kto kiedyś znaczył dużo… i wciąż znaczy, tylko inaczej. Był ciekawy czy wypowiedziane przez niego słowa, chociaż oszczędne, obudzą w dziewczynie potrzebę, aby wyjaśnić mu sytuację czy jednak zbyje go lakoniczną odpowiedzią, jakiej niewątpliwie się spodziewał.



Adeline Covington
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
wanilia
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Sweet Potato”