If I would feel better just lightly sedated
The feeling comes so fast and I cannot control it
I'm on fire, but I'm trying not to show it
Oleander, ten sam Oleander, który w drodze na zajęcia z domu zwykle wybiegał z ceramicznym kubkiem w dłoni i desperackim łykiem kawy na wargach, ten, który na egzaminy wpadał na minutę przed ostatecznym zamknięciem drzwi przez komisję, ten, wreszcie, który potrzebował trzech alarmów nastawionych jeden po drugim, aby mieć pewność, że nie spóźni się na pociąg, autobus czy, rzadziej, samolot, gdy zależał od tego sukces danej podróży, przyszedł za wcześnie. Jak zawsze wtedy, gdy coś było odrobinę ważniejsze, niż chciał przyznać przed samym sobą.
Szpitalna poczekalnia przywitała go znajomą, niezmienną fuzją sensorycznych doznań: chłodem nadgorliwej klimatyzacji rozkręconej o jeden stopień za wysoko w nadziei, że regularne podmuchy syntetycznego wiatru rozgonią, być może, kłębiące się na korytarzu zarazki; zapachem lizolu i taniego mydła w płynie; miarową symfonią telefonów, drukarek i innych elektronicznych urządzeń pracujących w równym unisono. Na zewnątrz dzień był ostry i jasny — z błękitem nieba i niemal agresywnym blaskiem wiosennych promieni słońca, ale tutaj wszystko wydawało się mniej wyraźne i przytłumione, jak zwykle bywa to w miejscach, w których czas płynie na zupełnie innych zasadach niż te, które obowiązują całą resztę świata.
Zgłosiwszy swoje imię w recepcji, znalazł wolne miejsce na jednym z chwiejnych, plastikowych krzesełek, które sprawiały, że zawsze czuł się za duży i jakby nieforemny. Zanim usiadł, rozpiął guzik ciemnego płaszcza; pod spodem miał prosty, grafitowy w barwie sweter i koszulę, której kołnierz wystawał niedbale spod dzianiny — jeszcze ślad po zajęciach na uczelni, do pary z wypchanymi książkami i notatnikami torbą zawieszoną przez ramię. Jeszcze do teraz łudził się, że być może – czekając na wizytę – uda mu się nadrobić jakieś zaległości; wiecznie miał wrażenie, jakby lektur tylko przybywało, a czas na ich ukończenie permanentnie się kurczył. Teraz jednak nie było co się oszukiwać: jakkolwiek mocno Ollie by się nie starał, nie byłby w stanie skupić się na przetrawianiu równych rzędów akademickiej czcionki.
Najpierw subtelnie (no, przynajmniej taką miał nadzieję…) powiódł wzrokiem po kilku innych osobach towarzyszących mu w poczekalni, potem przez chwilę obserwował odbicie światła na wypolerowanej podłodze, a wreszcie — zupełnie bezwiednie — jego uwaga powędrowała niżej. Tam, gdzie zamiast obecności zawsze odnajdował bolesny brak. Choć minęły już prawie cztery lata, jego mózg nadal niekiedy potrzebował sekundy żeby nadążyć za faktem, że zamiast żywej skóry, ostrej linii goleni i mięsistej tkanek łydki, część oleandrowego ciała zastępował teraz skryty pod nogawką metal protezy.
Choć, o ironio, ta pustka nadal potrafiła boleć z siłą typową dla faktycznego ciała.
Czasem nagle, bez zapowiedzi — jakby organizm Everharta przypominał sobie o pożarze potężnym, paraliżującym skurczem. Niekiedy o wiele bardziej subtelnie – rozmytym cieniem cierpienia, które potrafiło utrzymywać się przez wiele godzin, niewystarczająco znaczącym, by odwoływać plany albo zgłaszać chorobowe, ale na tyle wyraźnym, by rozpraszać, dekoncentrować i wybudzać ze snu, jakkolwiek ambitnie brunet nie starał się go zignorować.
Z wizytą, oczywiście, zwlekał. Tygodniami. Tłumacząc sobie, że było to ważne, jasne, ale nie pilne; poza tym terminy zawsze były odległe, rzadko zgrywały się z jego planem na uniwersytecie, a w dodatku nie chciał zabierać miejsca komuś, kto konsultacji z lekarzem potrzebowałby znacznie bardziej niż on. Mógł, oczywiście, spróbować także zgłosić się gdzie indziej, u kogoś innego, nowego, w znacznie bezpieczniejszy, bardziej anonimowy sposób.
A jednak siedział tutaj, w poczuciu specyficznego deja vu, z mieszanką ekscytacji i niepokoju zwijającego się gdzieś pod jego splotem słonecznym w ciasny węzeł.
W oczekiwaniu, aż ktoś – recepcjonistka, lub sam
Uniósł wzrok dopiero wtedy, gdy drzwi jednego z gabinetów uchyliły się z cichym kliknięciem, i gdy w peryferiach pola widzenia zamajaczyła mu znajoma, choć dawno niewidziana, męska sylwetka.
Na moment, Ollie Everhart w zasadzie zapomniał, po co właściwie tu przyszedł.
Miles Howard