P o c a ł u n e k
był delikatny, ledwo wyczuwalny, lecz został z Rainem na dłużej. Dotyk ust Syd na swoich wargach wciąż był wyczuwalny mimo tego, że od ich pierwszego spotkania w zarezerwowanej przez nią sali minęło już sporo czasu. Od tamtego dnia, albo raczej popołudnia, zdążyli się już kilka razy spotkać. Rozmowa z Syd przychodziła mu z naturalną łatwością. Ciemnowłosa miała w sobie przyciągające ciepło, któremu nie mógł się oprzeć — odnosił wrażenie, że z każdym spotkaniem przyciągała go do siebie coraz bardziej, a on... Nie wiedział, co z tym zrobić. Sama obecność dziewczyny wywoływała w nim niepewność i czuł się zawstydzony. Próbował nie zerkać w jej stronę zbyt często, a przynajmniej nie wzrokiem zauroczonego szczeniaka. Rain nie był przyzwyczajony do tak intensywnych emocji. Zawstydzenie, zmieszane z nieśmiałością i chęcią przygarnięcia jej do siebie, wywoływało w nim mnóstwo sprzecznych uczuć, przez to czasem nie bardzo wiedział, jak się zachować. Miał wcześniej do czynienia z kobietami, ale nie... Takimi.
Syd była delikatna. Przypominała mu piękny kwiat o delikatnych płatkach, którego nie chciał zniszczyć. Była człowiekiem, oczywiście — a ludzie wbrew pozorom nie byli tak delikatni. Tyle, że gdy patrzył w te jej sarnie oczy, zatracał się w nich. I nie chciał zrobić niczego niewłaściwego — obawiał się, że ją spłoszy. Może traktował ją ze zbyt dużą ostrożnością. Wydawało mu się, że dobrze odczytywał znaki; że przytulał ją wtedy, gdy tego chciała. Udało im się wymienić również kilka nieśmiałych pocałunków. Czuł się beznadziejnie z faktem, że nie potrafił wziąć sprawy w swoje ręce i czekał na Syd, na sygnały od niej. Dbał o to, by czuła się dobrze, bo wbrew wszystkiemu, to właśnie na jej komforcie zależało mu najbardziej. Nie wiedział, z kim wcześniej miała do czynienia, czy wolała powściągliwość, czy śmiałość. Czy on w ogóle potrafił być śmiały? Syd naprawdę mu się podobała. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł te dziwne motylki w brzuchu. Nawet jeśli z kimś się widywał, nigdy tego nie czuł. To była nowość. A on się w tym gubił. Pisali ze sobą. Rozmawiali. Widywali się. Wydawało mu się, że nabierał tej śmiałości, ale później się wycofywał, jakby był cholernym tchórzem. Naprawdę nie wiedział, dlaczego Syd wciąż chciała utrzymywać z nim kontakt — sam nie uważał się za kogoś godnego aż takiej uwagi. Był jednak szczęśliwy. Lubił jej słuchać. Opowiadała mu o pracy o swoim hobby, a on... po prostu słuchał, chłonąc jej słowa, jakby były świętym sakramentem. Czymś, czego nie chciał skalać swoim głosem. Rain był mniej rozmowy, ale to nie oznaczało, że niczego o sobie nie mówił. Trochę nie potrafił o sobie opowiadać i często w geście niepewności przeczesywał palcami włosy, uciekając spojrzeniem. Opowiadał o studiach, o swoim hobby, jakim było granie w gry, czasem o książkach, które przeczytał... Ale starał się nie poruszać tematu swojej rodziny. Nie miał czym się chwalić. Syd wiedziała, że mieszkał ze starszym bratem i babcią... Mówił, że przyjechał z Nowego Orleanu, ale to było chyba wszystko. Słowo rodzice nie istniało w jego słowniku. Te wspomnienia sprawiały mu zbyt dużo bólu.
Leżał akurat na łóżku, gdy zaproponowała spotkanie. Uśmiechał się do telefonu, czując rozlewające się po klatce piersiowej ciepło i radość, gdy do niego pisała. Zaskoczyła go, gdy wspomniała o alkoholu, o drinkach... Próbował obrócić to w żart, pytając, czy picie dalej, gdy była w tym stanie, było dobrym pomysłem. Później zapytała, czy mógłby ją odebrać i odstawić do mieszkania. Nie wahał się z odpowiedzią. Zależało mu na bezpieczeństwie Syd i wiedział, że najbezpieczniejsza będzie przy nim. Czuł się za nią po części odpowiedzialny. Z drugiej strony przyłapywał się na tym, że tak naprawdę chciał ją zobaczyć i nieszczególnie cieszył go fakt, że przebywała w nieznanym mu miejscu. W dodatku w klubie. Wśród obcych mężczyzn, dla których mogła być łatwą ofiarą. Oczywiście, że po nią pojechał. W odstępie trzech godzin od pierwszej wiadomości. Pożyczył samochód od babci i nawet nie próbował udawać przed samym sobą, że robi to wyłącznie z troski. Na miejsce wszedł ubrany całkowicie na czarno — w luźną, skórzaną kurtkę narzuconą na ciemny t-shirt, szerokie jeansy i ciężkie sneakersy. Głośna muzyka nie była w jego stylu. Nie przepadał za chodzeniem do klubów. Ilość zgromadzonych tam osób go przytłaczała, podobnie jak brak przestrzeni osobistej. Syd znalazł bez problemu — napisał do niej wcześniej wiadomość z prośbą o opisanie tej części klubu, w której właśnie przebywała. Opis dała poprawny, nie licząc może kilku literówek. Zapewne poprosiła go jeszcze o zostanie przez chwilę, bo chciała ostatniego drinka. Cierpliwie na nią poczekał.
Odetchnął dopiero wtedy, gdy przekroczyli próg jej mieszkania — miejsca, w którym mogła czuć się bezpiecznie. Służył jej oczywiście pomocą, gdyby jej potrzebowała. Wszak nie była najtrzeźwiejsza, więc kontrolował każde jej zachwianie, podtrzymując ją, by się nie wywaliła. Ludzie pod wpływem alkoholu go fascynowali. Zastanawiał się jakie to uczucie, odcięcie od rzeczywistości w taki sposób, że nawet wsunięcie klucza do zamka w drzwiach sprawiało problem. Przyglądał się z reguły takim widowiskom z rozbawieniem, ale teraz... Cóż. Teraz po prostu był zadowolony z faktu, że ciemnowłosa wróciła do mieszkania.
— Zaszalałaś, Syd. Nie wiedziałem, że masz słabość do drinków — spod nonszalanckiego tonu, którym się posłużył, dało się wychwycić dozę rozbawienia. Zamknął za sobą, ignorując fakt, że ciemna kurtka zsunęła się nieco z jego ramienia — i tak planował zaraz się jej pozbyć. — Pomóc ci w czymś? Dobrze się bawiłaś? — dopytywał, nie spuszczając z niej czujnego spojrzenia. Sądząc po jej stanie — owszem, bawiła się świetnie. A jednak wolał dopytać, bo być może tylko mu się wydawało. Nie wiedział co — poza alkoholem — zajmowało jej myśli.