ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

05.


Życie tylko z pozoru było bez przerwy w biegu; o wiele częściej ulegał jednak wrażeniu, że stoi okrutnie w miejscu, że czas jest woskiem topiącym się mozolnie bez żadnych przejawów wdzięku; że tkwi tak naprawdę zawieszony, przebierając nogami, myśląc, że w szarpiących się, desperackich odruchach będzie mógł udać się do przodu; ale to nic, mimo działań stał w miejscu, ścigając postęp jak zwierzę które stara się żałośnie dogonić własny ogon, kręcąc się niczym gryzoń w kołowrotku dla wspaniałej rozgrywki nawet nie wiedział k o g o , bo przecież sam w nic nie wierzył, bo przecież nie umiał na to tak, jak niektórzy, całkowicie beztrosko odpowiedzieć. Zdarzenia, nawet, gdy przechodziły burzliwie, wyglądały podobnie; identyczny rytuał, praca, kilka momentów przerwy i znowu te same ściany, znowu ci sami ludzie których sylwetki widział na korytarzach. Czuł, że mógł utknąć w czymś mdłym, pozbawionym smaku; nawet gdy tolerował bez przeszkód tę rutynę, której główną zaletą stała się trudność do przewidzenia co wydarzy się w ciągu najbliższych kilku godzin, bo mogło się nic nie zdarzyć i mogło się zdarzyć wszystko. Zawsze, jeśli uważał że nic już nie zdoła go zaskoczyć świat serwował mu siarczyste uderzenie, w którym mu udowadniał, jak wielki popełnił błąd. Mimo wszystko wciąż uwierała go jedna, niezwykle prosta wątpliwość; że w jego życiu zwyczajnie czegoś jeszcze brakowało. Jest układanką pozbawioną ważnego elementu. Jest dymem, który zupełnie nagle wymyka się z jego rąk.
- Jasne. Wiem, że ma tam powietrze, ale zanim zaczniemy, musi mieć tomografię. Z kontrastem przecież, a z czym? - rzucał wartko i migrował przez następujące po sobie węzły korytarzy, przeklinając w myślach, że dał jednemu z młodych prywatny numer telefonu komórkowego. Powstrzymał się od prychnięcia, odetchnął jedynie głośniej, tłumiąc pierwsze z emocji zanim mogły na dobre opuścić jego gardło. - Pisz, że ze wskazań życiowych. Na gówno mu TSH - nie pamiętał już ile razy to powtarzał. Niektórzy ludzie kochają niezwykle czekać; czekanie jest mimo tego przywilejem jakiego nie zawsze będą w stanie pojąć. W tym kryło się całe sedno medycyny ostrej. Na Oddział Ratunkowy szedł z nieco innych przyczyn niż zazwyczaj, mniej formalnych na pewno, wiedział, że musi zamienić kilka słów z jednym z pracowników. Zatrzymał się mimo tego, pozwalając sobie na moment konsternacji. Czy to nie ta dziewczyna, której wskazywał drogę? Nie spodziewał się, że ją spotka, dokładnie w obecnym miejscu.
- Nie miałaś iść do szpitala - wytknął, zupełnie jakby zabronił jej wypadków jakie mogły wydarzyć się po drodze, w trakcie krótkiego czasu, który dzielił ich dwa kapryśne, przypadkowe zetknięcia, jakby może w ogóle chciał jej czegoś zabronić, uprawiając wspaniały, znany sposób myślenia magicznego niech nie chorują-i niech nie przychodzą wcale, który równał się temu, że choć przez chwilę mógł trwać upragniony spokój… albo chociaż nadzieja, że kiedyś wreszcie nastanie.

Charly Hayes
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
21 y/o
For good luck!
174 cm
workin' nine to five Szukam
Awatar użytkownika
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjiTrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Jeszcze kilka godzin temu była przekonana, że największym upokorzeniem dzisiejszego dnia było pytanie przypadkowego mężczyzny o metro w mieście, które najwyraźniej nie posiadało metra. Co gorsza, zrobiła to z pełnym przekonaniem osoby, która uważa się za doskonale przygotowaną do życia w nowym miejscu. Toronto bardzo szybko zweryfikowało jej pewność siebie. Teraz jednak zaczynała podejrzewać, że los przygotował dla niej znacznie bardziej widowiskowy finał.— To nie jest moja wina. — oznajmiła niemal natychmiast, jeszcze zanim zdążył dokończyć zdanie. Stała pośrodku oddziału ratunkowego z miną człowieka, który sam nie jest pewien, czy właśnie wydarzyło się coś bardzo poważnego, czy może tylko dramatyzuje. Prawa dłoń była owinięta kilkoma warstwami papierowych ręczników, które dawno przestały spełniać swoją funkcję. Na jasnej bluzce widniało kilka niepokojąco czerwonych plam, a Charly konsekwentnie unikała patrzenia zarówno na własną rękę, jak i wszystko, co mogło znajdować się pod prowizorycznym opatrunkiem.
— Po pierwsze, nie planowałam odwiedzać szpitala. Po drugie, gdybyś zobaczył ten nóż, też byś mi uwierzył, że próbował mnie zamordować. — dodała całkowicie poważnym tonem. Dopiero po chwili zmrużyła oczy, przyglądając mu się uważniej. Rozpoznanie przyszło nagle i wywołało cichy jęk zażenowania.— O nie. — westchnęła. — [/b]Oczywiście, że to ty. Na moment opuściła głowę, jakby naprawdę rozważała możliwość zawrócenia i ucieczki z budynku.— Wiesz, ile wynosiło prawdopodobieństwo, że spośród wszystkich lekarzy w Toronto trafię akurat na tego samego człowieka, przy którym kilka godzin temu zrobiłam z siebie idiotkę?
Nie czekała jednak na odpowiedź. Nerwowo przesunęła ciężar ciała z jednej nogi na drugą.— I zanim cokolwiek powiesz, chciałabym oficjalnie zaznaczyć, że tym razem przynajmniej wiem, gdzie jestem. — uniosła lekko brodę, jakby był to znaczący sukces. — Natomiast nie jestem już taka pewna, ile dokładnie palców nadal posiadam. Przełknęła ślinę i natychmiast odwróciła wzrok od własnej dłoni.— Tak między nami… jeśli hipotetycznie odcięłabym sobie kawałek palca, to chyba byś mi tego teraz nie powiedział od razu, prawda? Bo jestem na granicy paniki i bardzo zależy mi na odpowiedzi, która pozwoli mi jej nie przekroczyć.



Jude Iverson
wanilia
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”