ODPOWIEDZ
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

012
look

Maj 2024
Adeline zawsze z niecierpliwością czekała na moment, w którym mogła wyrwać się ze szponów codzienności i znów ruszyć na obrzeża Toronto do miejsc, które znała niemal jak własną kieszeń. Usilnie przy tym wmawiała sobie, że chodziło jej przede wszystkim o chwilę oddechu od trosk, które zostawiała za sobą w momencie przekraczania granic Guildwood. To jednak nierozerwalnie wiązało się z towarzystwem pewnego blondyna, dzięki któremu wszystko, za czym tęskniła, stawało się o wiele łatwiejsze i bardziej osiągalne.
Max. Na Maxa zawsze mogła liczyć. Ilekroć udawało jej się znaleźć wolną chwilę między pracą a uczelnią, zwykle wystarczyła jedna wiadomość, żeby niedługo potem udać się na przejażdżkę konną czy gdziekolwiek, gdzie mogła swoją skromną osobą umilić mu czas. Tym razem nie było inaczej.
Blondwłosa lubiła cenne chwile wolności poświęcać budowaniu ich przyjaźni, bo tak pewnie określiłby to blondyn. Zawsze wiedział, co powiedzieć i jak ładnie ubrać pewne rzeczy w słowa, żeby nie brzmiały zbyt pospolicie. I ilekroć nadarzała się okazja, nie omieszkał jej poprawiać, wywołując tym w niej szczere rozbawienie. Miał duszę pisarza i żałowała, że wszystkie pomysły, jakie zapisywał na przypadkowych karteczkach czy serwetkach, chował do szuflady. Nie musiała wiedzieć, co tak skrzętnie sobie notował, by mieć pewność, że jego potencjał marnował się wraz z odkładaniem tych zapisków gdzieś głęboko, bez perspektyw na ujrzenie światła dziennego. Na nic jednak zdawały się jej słowa, by w końcu zebrał te pomysły w całość i wydał książkę. Mężczyzna był jednak zbyt uparty, żeby jej posłuchać.
Czasem odnosiła wrażenie, że za tymi spotkaniami kryły się czysto egoistyczne pobudki, bo obecność blondyna przynosiła jej znacznie więcej, niż chciała to przed sobą przyznać - w jakiś magiczny sposób potrafił poprawić jej humor nawet w chwilach, w których wydawało się to niemożliwe. Przy nim nigdy nie musiała niczego udawać, mogła być w pełni sobą. No, prawie, bo choć zwykle nie potrafiła pohamować bijącej od niej pewności siebie i skłonności do żartów, tak czasem prowadziły ją zbyt daleko, w o wiele bardziej niebezpieczne rejony, których odkrycie wywoływało w niej niewytłumaczalny dreszcz emocji. Było coś, co skutecznie powstrzymywało ją przed przekroczeniem magicznej linii między przyjaźnią, której kurczowo starała się trzymać, a czymś, czego bała się nazwać. Najbezpieczniej było uznać, że niektórych rzeczy nie warto było nazywać po imieniu.
Co nie oznaczało, że słuchała rozsądku, który dawał jej ciche sygnały, że nie powinna cieszyć się aż tak na wspólną wizytę w sklepie budowlanym. W zasadzie nie było to nic wielkiego, miała pomóc Maxowi w wyborze farby i nawet zaoferowała się nieść te puszki z powrotem do pickupa w zamian za skromną opłatę w wysokości jej ulubionych chrupków. Trzymała właśnie otwartą paczkę i podjadała je w drodze powrotnej z wyraźną beztroską wymalowaną na twarzy, jakby jej największym problemem był wybór piosenki w radio. Z głośników słychać było Forget You, którą sobie nuciła pod nosem bez skrępowania, aż dotarła do fragmentu o Ferrari.
O, właśnie, jak Ci się teraz jeździ z naprawioną skrzynią? — zapytała po chwili, spoglądając na Maxa z szerokim uśmiechem i niewinną miną, udając, że piosenka wcale tego tematu jej nie zasugerowała. — Przypomnij mi, czemu właściwie nie wymienisz tego starego, wysłużonego pickupa na coś, co bardziej… — ściągnęła brwi, na chwilę przerywając, by znaleźć odpowiednie określenie — …wtopi się w otoczenie? - dokończyła z cieniem rozbawienia widocznym w kącikach ust. To auto zdecydowanie zwracało na siebie uwagę, a jednak Max uparcie w kółko go naprawiał, ani myśląc o zmianie. — To znaczy, ja rozumiem, że traktujesz to jako część Twojej tożsamości, wiesz, masz starą duszę, ale na taką furę nie poderwiesz żadnej panny — zasugerowała z powagą, choć zawadiackie iskry w jej oczach całkowicie temu zaprzeczały. Nie potrafiła oprzeć się przed tą zaczepką, ale była też niezmiernie ciekawa jego odpowiedzi.
Dlatego oparła się łokciem o drzwi auta i przekręciła nieco w stronę blondyna, by z nieco figlarnym uśmiechem móc mu się przyglądać bez przeszkód. Lubiła go w tym wydaniu - w koszuli w kratę, z włosami w wiecznym nieładzie i rozbawieniem, które właśnie wywołała na jego twarzy. Z resztą, Maxa nie dało się nie lubić. Ani przeoczyć wzrokiem. Żadna z kobiet w sklepie, w którym jeszcze parę chwil temu robili zakupy, nie przeszła obok niego zupełnie obojętnie. Adeline nie mogła tego nie zauważyć. Trochę ją jednak bawiło, że kiedy idąc obok niego, łapała ich spojrzenia, pospiesznie odwracały wzrok.

Max Korhonen
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Max zawsze powtarzał sobie, że na obrzeża Toronto jeździ przede wszystkim dla świętego spokoju. Tam wszystko wydawało się prostsze. Nie było telefonów urywających się od kolejnych zleceń, klientów zmieniających zdanie co pięć minut ani wiecznego pośpiechu, który od kilku lat zdawał się nieodłącznym elementem jego codzienności. Wystarczyło wyjechać kilkanaście kilometrów za miasto, żeby świat zwolnił do tempa, które pamiętał jeszcze z dzieciństwa. Z czasem zaczął jednak podejrzewać, że nie tylko o to chodziło. Bo odkąd w jego życiu pojawiła się Adeline, coraz częściej łapał się na tym, że na te wspólne wypady czekał bardziej niż chciał przed samym sobą przyznać. Wystarczała jedna wiadomość z pytaniem, czy ma wolne popołudnie, a wszystkie wcześniejsze plany nagle przestawały mieć większe znaczenie. Zadziwiająco łatwo znajdował czas dla niej, choć dla większości ludzi uparcie powtarzał, że ma go zdecydowanie za mało. Lubił jej towarzystwo. Było lekkie, niewymuszone i pozbawione oczekiwań. Nie musiał niczego udowadniać ani zastanawiać się nad każdym wypowiedzianym zdaniem. Przy Adeline wszystko przychodziło naturalnie. Potrafili przez godzinę rozmawiać o rzeczach całkowicie błahych, by chwilę później przejść do tematów, których z większością ludzi Max nigdy by nie poruszył. Coraz częściej dochodził do wniosku, że właśnie takich relacji najbardziej brakowało mu przez ostatnie lata. Nigdy jednak nie rozumiał, dlaczego z takim uporem wracała do tematu jego zapisków. Dla niego były jedynie luźnymi myślami, krótkimi historiami i zdaniami, które pojawiały się niespodziewanie, a równie szybko mogły zniknąć z pamięci. Zapisywał je wyłącznie po to, żeby ich nie zgubić. Nie uważał się za pisarza. Nie miał ambicji wydawania książek ani opowiadania ludziom historii o bohaterach, których sam stworzył. Wystarczało mu, że istniały gdzieś pomiędzy kartkami starych notesów i przypadkowymi serwetkami, do których zaglądał wyłącznie on. A mimo to za każdym razem, kiedy Adeline kolejny raz próbowała przekonać go, żeby coś z nimi zrobił, uśmiechał się pod nosem dokładnie tak samo. Bo nawet jeśli nadal uważał, że nigdy nie ujrzą światła dziennego, świadomość, że ona wierzyła w niego bardziej niż on sam, była dziwnie… przyjemna.
Zdecydowanie z czasem za ich spotkaniami zaczęły kryć się czysto egoistyczne pobudki, chociaż chyba oboje nie chcieli przyznać tego na głos. Nić porozumienia, jaką nawiązali początkowo, z czasem zaczęła przeradzać się w więź, która czasami zdawała się balansować między przyjaźnią a czymś znacznie trudniejszym do zdefiniowania. Jednak nigdy tego czegoś nie nazwali. Nie dlatego, że tego nie zauważali, ale dlatego, że oboje doskonale wiedzieli, gdzie znajdowała się granica, której nie powinni przekraczać. Granica wyznaczona przez pierścionek z diamentem znajdujący się na serdecznym palcu Adeline. Max przez długi czas wmawiał sobie, że właśnie tak jest najprościej. Że wystarczy trzymać się tego, co było bezpieczne, nie zadawać pytań, na które odpowiedzi mogłyby skomplikować wszystko, co udało im się zbudować. Problem polegał jednak na tym, że uczucia rzadko kiedy przejmowały się rozsądkiem. Mimo wszystko nauczył się z tym żyć. Nauczył się zatrzymywać tam, gdzie powinien. Doceniać to, co miał, zamiast ryzykować utratę wszystkiego. Dlatego pozwalał sobie na te chwile — na śmiech, drobne zaczepki i rozmowy, które mogły trwać godzinami — ale nigdy nie robił kroku dalej. Wiedział, że czyny, podobnie jak słowa, niosły za sobą konsekwencje. A na te konsekwencje nie byli jeszcze gotowi. Właśnie dlatego tak łatwo było mu wrócić do tej codzienności, w której ich rozmowy przeplatały się z drobnymi docinkami, śmiechem i pozornie nieistotnymi tematami. To było chyba najprostsze. Skupić się na tym, co było tu i teraz, zamiast zastanawiać się nad wszystkim, czego nie powinien chcieć. Adeline miała niezwykłą zdolność sprawiania, że przy niej rzeczy wydawały się mniej skomplikowane, nawet jeśli sam doskonale wiedział, że w rzeczywistości wcale takie nie były.
Dlatego też zaskakująco szybko przestał myśleć o tym, że jeszcze kilkanaście minut wcześniej stali w sklepie budowlanym, wybierając farbę jakby była to decyzja wymagająca niemal strategicznego planowania. Wystarczyło, że usłyszał jej nucenie dobiegające z głośników radia, żeby mimowolnie uśmiechnąć się pod nosem. Była jedną z niewielu osób, które potrafiły wejść do jego świata i od razu zachowywać się tak, jakby od zawsze miały tam swoje miejsce. Zerknął na nią kątem oka, kiedy podjadała chrupki z paczki, którą trzymała w dłoni, i przez chwilę zastanawiał się, czy kiedykolwiek przestanie go bawić to, jak bardzo potrafiła być jednocześnie absurdalna i całkowicie naturalna. Kobieta, która jeszcze chwilę wcześniej prowadziła z nim poważną rozmowę, nagle potrafiła siedzieć obok niego, nucąc piosenkę i traktując kilka przekąsek jako całkowicie uczciwą zapłatę za pomoc przy zakupach.
Na wzmiankę o skrzyni biegów odruchowo przeniósł wzrok na deskę rozdzielczą, jakby naprawdę musiał się zastanowić nad odpowiedzią. Prawda była taka, że po tylu naprawach znał ten samochód niemal na pamięć. Wiedział, które dźwięki oznaczały drobną usterkę, a które powinny skłonić go do zatrzymania się i sprawdzenia problemu. Pickup dawno przestał być dla niego tylko środkiem transportu. Był historią zapisaną w zadrapaniach lakieru, wymienionych częściach i wspomnieniach, których nie chciał oddawać za nic nowego. — Powiem ci, że jak na samochód, który według większości ludzi powinien już dawno przejść na emeryturę, radzi sobie całkiem nieźle. — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Skrzynia działa, nic nie stuka, nic nie próbuje odpaść w trakcie jazdy. Na moje standardy to prawie luksus. Kiedy jednak usłyszał jej kolejne pytanie, a przede wszystkim sposób, w jaki próbowała znaleźć odpowiednie określenie dla jego auta, od razu domyślił się, do czego zmierzała. To charakterystyczne zawieszenie głosu znał już zbyt dobrze. Adeline nigdy nie zostawiała zaczepki bez odpowiedniego komentarza.
Uniósł brew, przenosząc na nią spojrzenie pełne udawanego oburzenia. — Wtopi się w otoczenie? — powtórzył. — Czyli chcesz powiedzieć, że mój pickup jest zbyt charakterystyczny? pokręcił głową z cichym śmiechem, chociaż doskonale wiedział, że miała trochę racji. Samochód zdecydowanie nie należał do tych, które ginęły w tłumie. Był duży, stary i miał w sobie dokładnie ten rodzaj surowego charakteru, który sprawiał, że ludzie albo go kochali, albo kompletnie nie rozumieli. — Clem, gdybym chciał jeździć czymś, co wygląda jak każde inne auto na parkingu, już dawno bym to zrobił. — wzruszył ramionami. — Ale problem w tym, że wtedy musiałbym mieć samochód, który nic o mnie nie mówi.
Na chwilę jego spojrzenie uciekło przed siebie, na drogę rozciągającą się przed nimi. To nie był pierwszy raz, kiedy ktoś pytał go, dlaczego wciąż trzyma się tego konkretnego auta. Wielu ludzi uznałoby to za niepotrzebny sentyment. Dla niego jednak było w tym coś więcej. Nie chodziło o samą wartość samochodu, ale o wszystkie momenty, których był świadkiem. — Poza tym… — dodał po chwili, wracając spojrzeniem do niej. — Nie wszystko, co stare, trzeba od razu wymieniać na nowszy model. - kącik jego ust uniósł się lekko, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że to zdanie mogło zabrzmieć bardziej dwuznacznie, niż planował. Nie skomentował tego jednak. Zamiast tego pozwolił jej samej zdecydować, czy chce się tego doszukać. — A jeśli chodzi o poderwanie jakiejś panny… — zaczął z udawaną powagą, po czym zerknął na nią kątem oka. — To naprawdę myślisz, że problemem jest samochód? Uśmiechnął się zaczepnie, dając jej dokładnie tę odpowiedź, której prawdopodobnie się po nim spodziewała. — Myślę, że gdybym musiał liczyć na auto, żeby zrobić na kimś wrażenie, to miałbym większy problem niż stary pickup. Przez moment milczał, po czym dodał już lżej: — Ale przyznaję, trochę mnie bawi wizja, że jedyną rzeczą stojącą między mną a tłumem zachwyconych kobiet jest brak Ferrari. Parsknął cicho śmiechem, bo wiedział, że Adeline właśnie tego od niego oczekiwała — nie poważnej odpowiedzi, tylko kolejnej słownej potyczki. A tych, ku własnemu zaskoczeniu, nigdy nie miał dość.
Max przez chwilę nie zwrócił uwagi na to, że jej spojrzenie zatrzymało się na nim odrobinę dłużej. Był zbyt skupiony na drodze i na tym, by nie wjechać w żaden z tych irytujących fragmentów ulicy, które od lat zdawały się pojawiać dokładnie tam, gdzie najmniej ich potrzebował. Dopiero po chwili, czując na sobie jej wzrok, zerknął w jej stronę kątem oka. Nie musiał nawet pytać, bo znał ten wyraz twarzy. Ten lekko rozbawiony, trochę zaczepny uśmiech oznaczał, że Adeline właśnie znalazła kolejny temat, którego nie zamierzała odpuścić.
— Co? — zapytał z udawaną niewinnością. — Mam coś na twarzy, czy po prostu oceniasz, czy ta koszula w kratę faktycznie pasuje do mojego bardzo przemyślanego wizerunku człowieka, który nie próbuje robić na nikim wrażenia? Uśmiechnął się pod nosem, bo doskonale wiedział, że w jej przypadku cisza nigdy nie oznaczała braku komentarza. Wręcz przeciwnie — najczęściej była tylko krótką przerwą przed kolejną uwagą, którą musiał odeprzeć. Prawda była taka, że Max od dawna zdawał sobie sprawę z tego, że zwraca uwagę. Trudno było tego nie zauważyć, kiedy ludzie czasami odprowadzali go wzrokiem albo kiedy starsze kobiety z zadziwiającą regularnością próbowały zeswatać go ze swoimi wnuczkami przy każdej możliwej okazji. Aparycja była czymś, co dostał niejako w pakiecie, i nauczył się z niej korzystać, kiedy było to wygodne. Nie traktował tego jednak jako czegoś, czym powinien się chwalić. Sam wygląd potrafił otworzyć kilka drzwi, ale nigdy nie sprawił, że ktoś został na dłużej. Zresztą bardziej niż przypadkowe spojrzenia zawsze interesowało go to, co działo się później. Moment, w którym ktoś odkrywał, że za tą całą pewnością siebie i pozornym spokojem kryje się człowiek, który czasami zdecydowanie za dużo analizuje, za mało mówi i ma ogromny problem z wpuszczeniem kogokolwiek naprawdę blisko. Wychowanie ojca skutecznie nauczyło go, że emocje najlepiej trzymać pod kontrolą, a słabości nie pokazywać nikomu. Przez lata działało. Był samodzielny, poukładany i niezależny. Tylko czasami zastanawiał się, czy przypadkiem nie nauczył się tak dobrze chronić, że zapomniał, jak właściwie pozwalać komuś zostać.

I chyba właśnie dlatego spojrzenie Adeline znaczyło dla niego więcej niż wszystkie przypadkowe zainteresowane spojrzenia mijanych kobiet. Bo ona nie patrzyła tylko na koszulę, włosy czy to, że ktoś w sklepie zwrócił na niego uwagę. Ona znała człowieka, który znajdował się pod tym wszystkim. I może właśnie to było najbardziej niebezpieczne.
— Ale przyznam, że trochę mnie martwi twoja teoria. — dodał po chwili, wracając do ich wcześniejszego tonu. — Jeżeli naprawdę uważasz, że problemem jest tylko brak Ferrari, to chyba będę musiał przemyśleć swoje życiowe wybory. Posłał jej rozbawione spojrzenie. — Chociaż z drugiej strony… skoro jakoś udało mi się zdobyć twoją uwagę bez Ferrari, to może jednak nie jest ze mną tak źle. Powiedział to lekko, jak żart, ale przez krótką chwilę jego spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, niż wymagała tego zwykła rozmowa. Zupełnie tak, jakby oboje doskonale wiedzieli, że w tych ich słownych przepychankach od dawna było coś więcej niż tylko niewinna zabawa.[/akapit]






Adeline Covington
wanilia
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”