ODPOWIEDZ
23 y/o
For good luck!
187 cm
muzyk/malarz/graficiarz
Awatar użytkownika
My shadow's the only one that walks beside me
Sometimes I wish someone out there will find me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracji
postać
autor

Obrazek


Dziwna sprawa z tą całą Birdie. Elwood nadal do końca nie wiedział czego dziewczyna od niego chce. Nie tylko nalegała na spotkanie, ale też prosiła by odbyło się bez świadków. Znajomy skierował ją do Madry'ego z polecenia, podobno tylko on mógł zaradzić bolączce tej klientki. Ciekawe. Woody zażartował nawet, że usług gigolo nie świadczy. Do zaoferowania miał głównie robaki, substancje niedozwolone i kilka średnich tekstów na podryw.

Dzień był długi i męczący. Jeden z tych, po których człowiek musi napić się zimnego piwa. Shake proteinowy byłby lepszy, bo ostatnie co zrobił przed powrotem do domu to szybki trening z kolegami. Właściwie to rozważył dosypanie odżywki do Budweisera, ale w nieczęstym przypływie zdrowego rozsądku pomysł ostateczne odrzucił. Zostało mu mało czasu, a musiał wcisnąć jeszcze prysznic. Do tego był głodny. Oby sprawę z Ptaszynką udało się szybko załatwić. Serio, czego mogła od niego chcieć?

Chyba.. chyba nie szukała go, żeby go zabić, prawda? Jasne, Madry miał w Toronto nieco wrogów, jednak nikomu nie zalazł za skórę na tyle by ktoś pragnął jego śmierci. Jeśli zostawiał za sobą długi, to tylko wdzięczności. Układy pozostawały w końcu ważnym elementem systemu jego samozatrudnienia i samoutrzymania. Żył tu sobie jak pączek w maśle, za punkt honoru obierając cel, by w życiu nie przepracować uczciwie choćby dnia. Niewolnicy systemu, korpo-zombie, do tych klubów nie miał zamiaru przystępować.

- Powinienem przestać się bujać z Ashem, chyba wyprał mi mózg - mruknął brunet, ocierając twarz z potu papierowym ręcznikiem. Kapsel od piwa zostawił na blacie, razem z butelką przenosząc się do salonu. Był cały mokry, więc tylko przycupnął na brzegu obrotowego krzesła żeby wysączyć kilka ostatnich łyków. Serio, czas najwyższy na prysznic.

Briony Hawthorne
Stasz
nie czytaj mi w myślach
26 y/o
For good luck!
163 cm
Studentka Malarstwa i Pomoc Biblioteczna what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
once I stop people pleasing it's over for you btches if that's ok with you, no worries if not!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna/jej
typ narracji3os. Liczby pojedynczej
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Briony przez dłuższą chwilę stała po drugiej stronie ulicy, patrząc na budynek, jakby sam jego widok miał pomóc jej podjąć decyzję. Wcale nie wiedziała, czy chciała tu być.
Od początku towarzyszyło jej nieprzyjemne przeczucie, którego nie potrafiła uciszyć. Nie wynikało z konkretnego powodu. Raczej z tego cichego napięcia, które od kilku miesięcy pojawiało się zawsze wtedy, gdy przeszłość upominała się o swoje miejsce.
Między palcami obracała niewielką kartkę papieru z zapisanym adresem. Poprosiła Asha, by podał go wyłącznie w tej formie. Żadnych wiadomości, żadnych zdjęć, żadnych śladów. Obiecała nawet, że później ją zutylizuje. Sama nalegała na tę ostrożność, a teraz? Niemalże prychnęła sama na siebie. Skoro i tak stała już przed właściwym budynkiem, wydawała się ona odrobinę spóźniona.
Westchnęła cicho i wsunęła złożoną kartkę do niewielkiej skórzanej torebki przewieszonej przez ramię. Jasna, lniana sukienka sięgała jej do połowy łydki, a cienki kardigan spoczywał swobodnie na ramionach, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Ciepły, lipcowy wiatr poruszał luźne kosmyki włosów wymykające się z nisko upiętego koka.
Ash nie był człowiekiem, którego szukała w pierwszej kolejności. Trafiła do niego dopiero wtedy, gdy kolejne tropy prowadziły donikąd. To właśnie on wspomniał o kimś, kto podobno potrafił załatwiać sprawy, od których inni trzymali się z daleka.
Madry.
Tak miał się nazywać. Nie wiedziała o nim właściwie nic. Dzisiejsze spotkanie miało być jedynie próbą zorientowania się, czy warto wykonać następny krok. Prawdę mówiąc, gdyby nie wiadomość od ojca, zapewne nigdy by się tutaj nie pojawiła. Zaskoczyła ją. Nie dlatego, że pisał. Pisał rzadko. Dlatego, że dotyczyła właśnie tego. Przecież obiecał, że więcej nie będzie wciągał jej w podobne sprawy. Klient zaczynał się niecierpliwić. Obraz wymagał dokończenia. Pozostało zaledwie kilka fragmentów, tych najbardziej wymagających, których Richard od lat nie powierzał nikomu poza nią. Najwyraźniej uznał, że miesiące rehabilitacji przyniosły oczekiwany efekt. Że odzyskała dawną precyzję. Że pieniądze wydane na lekarzy i terapię pozwoliły jej wrócić do tego, co kiedyś przychodziło z taką łatwością. Nie powiedziała mu, że było zupełnie inaczej.
Że prawa dłoń nadal drżała po większym wysiłku. Że cienkie pociągnięcia pędzla coraz częściej wymagały kilku prób. Że czasami samo utrzymanie odpowiedniego nacisku kosztowało ją więcej, niż chciała przyznać.
Richard nie mógł o tym wiedzieć. Nie pozwoliła mu. Na końcu wiadomości dopisał tylko jedno. To ostatni raz. Nigdy więcej nie poprosi jej już o nic. Od tamtej chwili nie potrafiła przestać o tym myśleć. Nie wiedziała, czy były to słowa ojca, który rzeczywiście chciał zamknąć pewien rozdział, czy człowieka, który wiedział, że właśnie nimi najłatwiej trafi do jej sumienia. Może właśnie dlatego ostatecznie przyszła. Nie dlatego, że wierzyła, iż znajdzie rozwiązanie. Przyszła, bo po raz pierwszy od wyjazdu do Toronto zaczęła naprawdę rozważać, że nie będzie w stanie pomóc ojcu. A jeśli istniała choćby niewielka szansa, że ten człowiek okaże się odpowiedzią na problem, musiała przynajmniej sprawdzić. Nawet nie wiedziała, kiedy znalazła się pod właściwym numerem mieszkania. Uniosła wzrok na drzwi.
Po krótkiej chwili zawahania zapukała.

Elwood Madry
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Liv
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”