Thought I'd find you much quicker than this
You must've thought I didn't exist, poor you
Po co mu to było? Dosłownie za każdym razem kończyło się tak samo. Ścieżki były dwie - pisał z kimś tygodniami, robił sobie nadzieję, przywiązywał się do wyobrażenia o mężczyźnie po drugiej stronie, a potem był ghostowany. Rozczarowujące, ale przynajmniej nie wykraczało poza ekran telefonu i jego własną głowę. Ścieżka druga obejmowała już spotkanie, a to nigdy nie kończyło się pozytywnie. Albo okazywało się, że kompletnie nie było chemii na żywo i rozmowa się nie kleiła, co sprawiało, że czuł się ze sobą beznadziejnie. Albo, co gorsza, lądował z kimś w łóżku na niezobowiązujący seks, który był niezręczny i pozbawiony tego, co lubił najbardziej, czyli wzajemnego zrozumienia i komfortu. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz choćby próbował zbudować z kimś poważniejszą relację. Taki był jednak plan, prawda? Nie chciał już nigdy nikogo stracić, tak jak stracił Kayleigh oraz siostrę. Nie przeżyłby tego. Z wiekiem oraz doświadczeniem zdobytym w pracy oswoił się bardziej z konceptem śmierci, ale sprawa była zupełnie inna, kiedy chodziło o kogoś, kogo brało się for granted.
A jednak raz na jakiś czas w jego sercu pojawiała się pustka, która była tak uciążliwa, że nie potrafił jej w stu procentach zignorować ani wypełnić nadgodzinami w szpitalu. Pustka, która zmuszała go do pobrania aplikacji - tym razem padło na Tindera - i przesuwania kciukiem przez kolejne profile godzinami, licząc na nie wiadomo co. Po fiasku ze strażakiem, którego próbowała mu podsunąć Teddy, czuł się strasznie żałosny i potrzebował połechtać swoje ego. Udowodnić sobie, że nawet jeśli miało to do niczego nie prowadzić, to gdzieś tam był jakiś facet, który mógłby się nim zainteresować. Tylko jeden. Taki, który potrafiłby rozmawiać, miał z nim cokolwiek wspólnego, nie był creepem i sprawiłby, że poczułby te słynne motylki w brzuchu (nienawidził tego określenia).
Z początku robił sobie niewiele nadziei, kiedy zmatchował z Salem. Wyglądał mu on bardzo hetero i nigdy w życiu nie pomyślałby, że aplikacja ich ze sobą połączy, ale najwyraźniej musiał mu się omsknąć palec. Skoro jednak ustawił sobie wyświetlanie mężczyzn, to dlaczego miałby nie napisać? Ray nie potrafił być tajemniczy ani uwodzicielski. W gruncie rzeczy nie wierzył nawet, że byłby do tego zdolny. Napisał. Zaczął bezpiecznie, zauważając, że mają ten sam anthem i... cisza. Przez cały tydzień.
Był dosłownie o krok od usunięcia matcha, a potem i całej aplikacji, bo miał naprawdę słaby wieczór. Leżał na łóżku, świeżo po prysznicu, ze słuchawkami na uszach i kontynuował przesuwanie profili, aż w końcu dotarł do końca. Nie było już żadnych innych mężczyzn do posortowania - przejrzał ich wszystkich. Przeraziło go to, bo Toronto było ogromne, więc musiał spędzić na tej czynności dosłownie godziny, żeby osiągnąć coś takiego. Przejrzał wszystkich, a liczba jego matchy wciąż była jednocyfrowa. To definitywnie nie było dla niego.
To właśnie wtedy Sal mu odpisał. Tak go to zestresowało, że przez pierwsze kilka sekund musiał odłożyć telefon i gapił się tępo w sufit, ale nie kazał mu długo czekać na odpowiedź. Nie powinien był robić sobie nadziei, skoro facet dosłownie kazał mu czekać siedem dni na znak życia, ale Ray nie miał do siebie aż tyle szacunku, żeby wziąć to pod uwagę. Zaczęli pisać i... było to całkiem miłe. Od muzyki przeszli do anegdot z pracy, a potem tematy pojawiały się już same. Było w Salu coś takiego... suchego, ale jednocześnie zabawnego.
Plany o usunięciu aplikacji szybko odeszły w niepamięć, kiedy konwersacja z mężczyzną zaczęła wywoływać szeroki uśmiech na jego twarzy. Miał wrażenie, że pisał ze znajomym, którego dopiero zaczynał lepiej poznawać. Nie było w tym nic romantycznego ani seksualnego i właśnie to podobało mu się najbardziej. Nie sądził, żeby Sal cokolwiek udawał. W żaden sposób na niego nie naciskał, więc pisali ze sobą na zupełnym luzie. Nieco inaczej wyglądało to w głowie Raya, ale nie chciał okazywać zainteresowania w zbyt oczywisty sposób, żeby się nie zawieść. Zamiast tego czytał ich rozmowy po kilka razy, przybliżał sobie jego zdjęcia i z ogromną uwagą badał każdy centymetr jego twarzy. Wyobrażał sobie nawet ich pierwsze spotkanie, pierwszy pocałunek czy wspólne życie. Zapędzał się, ale pierwszy raz od dawna miał z kimś tak naturalny vibe. Nie został jeszcze olany - nie licząc oczywiście tego pierwszego tygodnia - i nie chodziło tu wyłącznie o przelotny seks. Pozostał już tylko jeden test: spotkanie na żywo. Bał się jednak je proponować. Bał się, że któryś z nich się rozczaruje i cały czar pryśnie, a było mu jednak zbyt dobrze tak, jak było. Wolał jeszcze przez jakiś czas pobyć w tym stanie.
Open up the sky 'cause I'm coming up to you
So send down your wings and let 'em bring me to you
Był przeogromnie podekscytowany. Niewiele rzeczy cieszyło go w życiu tak bardzo jak smutna muzyka, a już zwłaszcza możliwość przeżywania jej na żywo. Nie był to jego pierwszy koncert. The National widział już dwa razy, a Matta solo raz - wtedy w Massey Hall, więc Roy Thomson Hall było zdecydowanym upgradem pod względem skali. Cieszyło go, że zapotrzebowanie na jego koncerty rosło. Nigdy nie czuł potrzeby gatekeepowania swoich ulubionych artystów; wręcz przeciwnie, życzył im jak największej liczby fanów i wyprzedanych biletów. Zasługiwali na to choćby dlatego, że ich muzyka niejednokrotnie dawała mu spokój ducha w najtrudniejszych momentach życia.
Po porannej zmianie wrócił do domu, zafundował sobie dwugodzinną drzemkę, a potem odświeżył się i przygotował na samotny wieczór w Roy Thomson Hall. Na koncerty prawie zawsze chodził sam, chyba że ktoś znajomy sam go zaprosił. Nie potrzebował jednak towarzystwa. Było to dla niego doświadczenie na swój sposób intymne, emocjonalne, i nie chciał, żeby ktoś z bliskich widział, jak płacze przy All for Nothing, bo było to praktycznie nieuniknione. Uwielbiał ten utwór i już na samą myśl o nim piekły go oczy.
Na miejsce wybrał się z dużym wyprzedzeniem. Nie znosił się spóźniać ani przeciskać przez tłumy ludzi wpadających na ostatnią chwilę. Wydawało mu się to nieeleganckie i zwyczajnie przytłaczające. Miał własny, może trochę dziwny, koncertowy kodeks: przyjść wcześniej, nie przeszkadzać innym swoją obecnością i przede wszystkim - nie nagrywać występu, tylko go przeżywać. Na widok lasu telefonów uniesionych nad głowami zawsze coś w nim umierało. Miał nadzieję, że tego wieczoru los oszczędzi mu takiego widoku.
W całym tym podekscytowaniu kompletnie zapomniał o Salu. Był to pierwszy taki dzień, odkąd zaczęli ze sobą pisać. Dopiero siedząc w uberze wyciągnął telefon i postanowił podzielić się z nim swoją radością. Temat koncertu jakoś wcześniej nie wypłynął, co było o tyle dziwne, że obaj lubili Matta.
Uśmiechnął się do ekranu i odruchowo otworzył profil Sala. Gdyby aplikacja pokazywała liczbę wyświetleń od konkretnych użytkowników, przy jego koncie widniałoby już grubo ponad tysiąc. Ray nic nie mógł na to poradzić. Nauczyciel był cholernie przystojny, a samo patrzenie na jego zdjęcia działało na niego dziwnie uspokajająco. Czuł się szczęśliwy. Nic nie mogło już popsuć mu tego piątku. No dobra - mógł mieć wypadek albo Matt mógł odwołać koncert, ale poza tym miał ochotę szczerzyć się od ucha do ucha i podskakiwać z ekscytacji. Tak właśnie działała na niego smutna muzyka.jadę właśnie na Berningera, szósty rząd. normalnie czuję, że żyję
a Ty jakie plany? miłego wieczoru!
W kolejce spędził zaledwie kilka minut - przychodzenie wcześniej jak zwykle się opłaciło. Uśmiechał się do mijanych ludzi, z zainteresowaniem oglądając fasadę budynku, kierując się na szybkiego papierosa. Nie był tu pierwszy raz, ale zawsze fascynowały go takie nietypowe gmachy. W innym życiu być może zostałby architektem albo projektantem wnętrz, jednak chęć pomagania ludziom ostatecznie wygrała. Nie żałował tej decyzji, choć czasem lubił wyobrażać sobie alternatywną rzeczywistość. Na przykład taką, w której jego siostra wciąż żyła. To była chyba jej największa zaleta (rzeczywistości, nie siostry). Nie pozwolił jednak tej myśli popsuć sobie humoru. Nie dzisiaj. Zamiast tego jego uśmiech jedynie złagodniał. Bardzo chciałby, żeby mogła być tu z nim, ale może właśnie dlatego zawsze chodził na koncerty sam? Lubił wierzyć, że w jakiś sposób wtedy mu towarzyszyła, nawet jeśli nie wierzył w życie po śmierci.
Dopalił papierosa, wrzucił niedopałek do kosza i wszedł do środka, przyglądając się wnętrzu z nie mniejszym zachwytem niż zewnętrznej bryle budynku. Niespiesznie kroczył schodami prowadzącymi do jego rzędu, podczas gdy sala powoli zapełniała się kolejnymi widzami. Wtedy usłyszał krzyki i nawoływania o pomoc. Jakaś kobieta wołała, że potrzebny jest lekarz, i to w zupełności mu wystarczyło. Może był tylko pielęgniarzem, ale zawsze reagował, gdy ktoś potrzebował pomocy medycznej. Ruszył biegiem w stronę zbiegowiska, przecisnął się przez otaczających poszkodowanego ludzi i poinformował, że jest pielęgniarzem. — Co się stało? — zapytał głośno, spoglądając na zakrwawionego mężczyznę. To był ostatni moment, w którym jeszcze nie wiedział, że osobą, której rzucił się na ratunek, był jego match z Tindera - Sal.
sal dykman