ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w North York General Hospital
Awatar użytkownika
I had a hole in the middle where the lightning went through, but I told my friends not to worry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#2
look

Thought I'd find you much quicker than this
You must've thought I didn't exist, poor you

Po co mu to było? Dosłownie za każdym razem kończyło się tak samo. Ścieżki były dwie - pisał z kimś tygodniami, robił sobie nadzieję, przywiązywał się do wyobrażenia o mężczyźnie po drugiej stronie, a potem był ghostowany. Rozczarowujące, ale przynajmniej nie wykraczało poza ekran telefonu i jego własną głowę. Ścieżka druga obejmowała już spotkanie, a to nigdy nie kończyło się pozytywnie. Albo okazywało się, że kompletnie nie było chemii na żywo i rozmowa się nie kleiła, co sprawiało, że czuł się ze sobą beznadziejnie. Albo, co gorsza, lądował z kimś w łóżku na niezobowiązujący seks, który był niezręczny i pozbawiony tego, co lubił najbardziej, czyli wzajemnego zrozumienia i komfortu. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz choćby próbował zbudować z kimś poważniejszą relację. Taki był jednak plan, prawda? Nie chciał już nigdy nikogo stracić, tak jak stracił Kayleigh oraz siostrę. Nie przeżyłby tego. Z wiekiem oraz doświadczeniem zdobytym w pracy oswoił się bardziej z konceptem śmierci, ale sprawa była zupełnie inna, kiedy chodziło o kogoś, kogo brało się for granted.
A jednak raz na jakiś czas w jego sercu pojawiała się pustka, która była tak uciążliwa, że nie potrafił jej w stu procentach zignorować ani wypełnić nadgodzinami w szpitalu. Pustka, która zmuszała go do pobrania aplikacji - tym razem padło na Tindera - i przesuwania kciukiem przez kolejne profile godzinami, licząc na nie wiadomo co. Po fiasku ze strażakiem, którego próbowała mu podsunąć Teddy, czuł się strasznie żałosny i potrzebował połechtać swoje ego. Udowodnić sobie, że nawet jeśli miało to do niczego nie prowadzić, to gdzieś tam był jakiś facet, który mógłby się nim zainteresować. Tylko jeden. Taki, który potrafiłby rozmawiać, miał z nim cokolwiek wspólnego, nie był creepem i sprawiłby, że poczułby te słynne motylki w brzuchu (nienawidził tego określenia).
Z początku robił sobie niewiele nadziei, kiedy zmatchował z Salem. Wyglądał mu on bardzo hetero i nigdy w życiu nie pomyślałby, że aplikacja ich ze sobą połączy, ale najwyraźniej musiał mu się omsknąć palec. Skoro jednak ustawił sobie wyświetlanie mężczyzn, to dlaczego miałby nie napisać? Ray nie potrafił być tajemniczy ani uwodzicielski. W gruncie rzeczy nie wierzył nawet, że byłby do tego zdolny. Napisał. Zaczął bezpiecznie, zauważając, że mają ten sam anthem i... cisza. Przez cały tydzień.
Był dosłownie o krok od usunięcia matcha, a potem i całej aplikacji, bo miał naprawdę słaby wieczór. Leżał na łóżku, świeżo po prysznicu, ze słuchawkami na uszach i kontynuował przesuwanie profili, aż w końcu dotarł do końca. Nie było już żadnych innych mężczyzn do posortowania - przejrzał ich wszystkich. Przeraziło go to, bo Toronto było ogromne, więc musiał spędzić na tej czynności dosłownie godziny, żeby osiągnąć coś takiego. Przejrzał wszystkich, a liczba jego matchy wciąż była jednocyfrowa. To definitywnie nie było dla niego.
To właśnie wtedy Sal mu odpisał. Tak go to zestresowało, że przez pierwsze kilka sekund musiał odłożyć telefon i gapił się tępo w sufit, ale nie kazał mu długo czekać na odpowiedź. Nie powinien był robić sobie nadziei, skoro facet dosłownie kazał mu czekać siedem dni na znak życia, ale Ray nie miał do siebie aż tyle szacunku, żeby wziąć to pod uwagę. Zaczęli pisać i... było to całkiem miłe. Od muzyki przeszli do anegdot z pracy, a potem tematy pojawiały się już same. Było w Salu coś takiego... suchego, ale jednocześnie zabawnego.
Plany o usunięciu aplikacji szybko odeszły w niepamięć, kiedy konwersacja z mężczyzną zaczęła wywoływać szeroki uśmiech na jego twarzy. Miał wrażenie, że pisał ze znajomym, którego dopiero zaczynał lepiej poznawać. Nie było w tym nic romantycznego ani seksualnego i właśnie to podobało mu się najbardziej. Nie sądził, żeby Sal cokolwiek udawał. W żaden sposób na niego nie naciskał, więc pisali ze sobą na zupełnym luzie. Nieco inaczej wyglądało to w głowie Raya, ale nie chciał okazywać zainteresowania w zbyt oczywisty sposób, żeby się nie zawieść. Zamiast tego czytał ich rozmowy po kilka razy, przybliżał sobie jego zdjęcia i z ogromną uwagą badał każdy centymetr jego twarzy. Wyobrażał sobie nawet ich pierwsze spotkanie, pierwszy pocałunek czy wspólne życie. Zapędzał się, ale pierwszy raz od dawna miał z kimś tak naturalny vibe. Nie został jeszcze olany - nie licząc oczywiście tego pierwszego tygodnia - i nie chodziło tu wyłącznie o przelotny seks. Pozostał już tylko jeden test: spotkanie na żywo. Bał się jednak je proponować. Bał się, że któryś z nich się rozczaruje i cały czar pryśnie, a było mu jednak zbyt dobrze tak, jak było. Wolał jeszcze przez jakiś czas pobyć w tym stanie.



Open up the sky 'cause I'm coming up to you
So send down your wings and let 'em bring me to you

Był przeogromnie podekscytowany. Niewiele rzeczy cieszyło go w życiu tak bardzo jak smutna muzyka, a już zwłaszcza możliwość przeżywania jej na żywo. Nie był to jego pierwszy koncert. The National widział już dwa razy, a Matta solo raz - wtedy w Massey Hall, więc Roy Thomson Hall było zdecydowanym upgradem pod względem skali. Cieszyło go, że zapotrzebowanie na jego koncerty rosło. Nigdy nie czuł potrzeby gatekeepowania swoich ulubionych artystów; wręcz przeciwnie, życzył im jak największej liczby fanów i wyprzedanych biletów. Zasługiwali na to choćby dlatego, że ich muzyka niejednokrotnie dawała mu spokój ducha w najtrudniejszych momentach życia.
Po porannej zmianie wrócił do domu, zafundował sobie dwugodzinną drzemkę, a potem odświeżył się i przygotował na samotny wieczór w Roy Thomson Hall. Na koncerty prawie zawsze chodził sam, chyba że ktoś znajomy sam go zaprosił. Nie potrzebował jednak towarzystwa. Było to dla niego doświadczenie na swój sposób intymne, emocjonalne, i nie chciał, żeby ktoś z bliskich widział, jak płacze przy All for Nothing, bo było to praktycznie nieuniknione. Uwielbiał ten utwór i już na samą myśl o nim piekły go oczy.
Na miejsce wybrał się z dużym wyprzedzeniem. Nie znosił się spóźniać ani przeciskać przez tłumy ludzi wpadających na ostatnią chwilę. Wydawało mu się to nieeleganckie i zwyczajnie przytłaczające. Miał własny, może trochę dziwny, koncertowy kodeks: przyjść wcześniej, nie przeszkadzać innym swoją obecnością i przede wszystkim - nie nagrywać występu, tylko go przeżywać. Na widok lasu telefonów uniesionych nad głowami zawsze coś w nim umierało. Miał nadzieję, że tego wieczoru los oszczędzi mu takiego widoku.
W całym tym podekscytowaniu kompletnie zapomniał o Salu. Był to pierwszy taki dzień, odkąd zaczęli ze sobą pisać. Dopiero siedząc w uberze wyciągnął telefon i postanowił podzielić się z nim swoją radością. Temat koncertu jakoś wcześniej nie wypłynął, co było o tyle dziwne, że obaj lubili Matta.
jadę właśnie na Berningera, szósty rząd. normalnie czuję, że żyję :D
a Ty jakie plany? miłego wieczoru!
Uśmiechnął się do ekranu i odruchowo otworzył profil Sala. Gdyby aplikacja pokazywała liczbę wyświetleń od konkretnych użytkowników, przy jego koncie widniałoby już grubo ponad tysiąc. Ray nic nie mógł na to poradzić. Nauczyciel był cholernie przystojny, a samo patrzenie na jego zdjęcia działało na niego dziwnie uspokajająco. Czuł się szczęśliwy. Nic nie mogło już popsuć mu tego piątku. No dobra - mógł mieć wypadek albo Matt mógł odwołać koncert, ale poza tym miał ochotę szczerzyć się od ucha do ucha i podskakiwać z ekscytacji. Tak właśnie działała na niego smutna muzyka.
W kolejce spędził zaledwie kilka minut - przychodzenie wcześniej jak zwykle się opłaciło. Uśmiechał się do mijanych ludzi, z zainteresowaniem oglądając fasadę budynku, kierując się na szybkiego papierosa. Nie był tu pierwszy raz, ale zawsze fascynowały go takie nietypowe gmachy. W innym życiu być może zostałby architektem albo projektantem wnętrz, jednak chęć pomagania ludziom ostatecznie wygrała. Nie żałował tej decyzji, choć czasem lubił wyobrażać sobie alternatywną rzeczywistość. Na przykład taką, w której jego siostra wciąż żyła. To była chyba jej największa zaleta (rzeczywistości, nie siostry). Nie pozwolił jednak tej myśli popsuć sobie humoru. Nie dzisiaj. Zamiast tego jego uśmiech jedynie złagodniał. Bardzo chciałby, żeby mogła być tu z nim, ale może właśnie dlatego zawsze chodził na koncerty sam? Lubił wierzyć, że w jakiś sposób wtedy mu towarzyszyła, nawet jeśli nie wierzył w życie po śmierci.
Dopalił papierosa, wrzucił niedopałek do kosza i wszedł do środka, przyglądając się wnętrzu z nie mniejszym zachwytem niż zewnętrznej bryle budynku. Niespiesznie kroczył schodami prowadzącymi do jego rzędu, podczas gdy sala powoli zapełniała się kolejnymi widzami. Wtedy usłyszał krzyki i nawoływania o pomoc. Jakaś kobieta wołała, że potrzebny jest lekarz, i to w zupełności mu wystarczyło. Może był tylko pielęgniarzem, ale zawsze reagował, gdy ktoś potrzebował pomocy medycznej. Ruszył biegiem w stronę zbiegowiska, przecisnął się przez otaczających poszkodowanego ludzi i poinformował, że jest pielęgniarzem. — Co się stało? — zapytał głośno, spoglądając na zakrwawionego mężczyznę. To był ostatni moment, w którym jeszcze nie wiedział, że osobą, której rzucił się na ratunek, był jego match z Tindera - Sal.

sal dykman
panko
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

2


- Co się stało?!

Dobre pytanie.
I to takie, w dodatku, na które Sal Dykman zdecydowanie powinien znać odpowiedź jednocześnie w dwóch kontekstach.
Po pierwsze teraz – kiedy na sfatygowanej tysiącami kroków posadzce Roy Thomson Hall spoczywał w pozycji z gatunku tych raczej żenujących, w pokracznym pół-siadzie, z nogami wyciągniętymi przed siebie tak, jakby to one decydowały za niego, nie zaś on za nie. Z krwią zalewającą mu jakieś siedemdziesiąt procent pola widzenia, i pulsującym tępym bólem łokciem nadal wspartym o płaszczyznę podłogi. Otoczony wianuszkiem zatroskanych gapiów i ze świadomością, że koncert jeszcze nawet się nie zaczął, a dla wielu jego uczestników to on i całe jego zażenowanie, nie zaś Matt Berninger, stanie się najwyrazistszym wspomnieniem dzisiejszego wieczora.
Po drugie, Sal powinien był w stanie udzielić odpowiedzi bardziej generalnie, sprowadzając ją nie tylko do swojego stanu w bieżącej chwili, ale i do kształtu, którą w ostatnich latach przyjęło jego życie.
Co się stało, Sal? Co się stało, że chodzisz na koncerty sam i z przytłaczającym przeświadczeniem, że właśnie tak będzie już zawsze? Co się stało, że społeczne zobowiązania są głównie źródłem tremy, a nie ekscytacji? Co się stało, że nadal noc w noc przekręcasz się z boku na bok, rozmyślając o żonie –
O byłej żonie, Sal.
- choć od rozwodu minęło już tyle czasu, że zdążyłeś zapomnieć jak kształt jej ciała wpasowywał się w łuk Twojego ramienia, markę używanej przez nią odżywki do włosów (choć nigdy nie zapomnisz jej zapachu), numer jej ubezpieczenia zdrowotnego i to, czy do filiżanki kawy zwykła wrzucać dwie, czy trzy kostki cukru?
Co się stało, Dykman? A przecież szło Ci tak dobrze.
Nie wiedział. On, ten sam człowiek, który wiedzą parał się profesjonalnie od dobrych dwóch dekad, i (za dziewięćdziesiąt tysięcy kanadyjskich dolarów rocznie, przed podatkiem) próbował tę wiedzę wsączać w mniej i bardziej chłonne umysły swoich uczniów, uzurpując sobie prawo do przekonywania ich, że wiedza jest kluczem do sukcesu, szczęścia, i w dodatku obowiązkiem jaki winni jesteśmy spełniac względem kolejnych pokoleń.
Nie miał, kurwa, pojęcia co się stało.

Tyle może, że chwilę temu jeszcze sięgał po telefon by odczytać wiadomość otrzymaną jakieś dwa kwadranse wcześniej na aplikacji randkowej, której - zgodnie z oficjalną wersją wydarzeń - nie używał. To znaczy... nie używał jej z własnej inicjatywy. Bo Tinder był w znacznej mierze dziełem Aurory.
Cała historia zaczęła się od jednego niewinnego pytania, czy nastolatka mogłaby na chwilę pożyczyć jego telefon, bo jej własny właśnie dogorywał na jednym procencie baterii. Sal, człowiek naiwny w sposób przekazany mu chyba w genach, podał go dziewczynie bez zastanowienia. Piętnaście minut później miał nowe zdjęcie profilowe, opis, którego samodzielnie nie napisał, i ustawione wyświetlanie zarówno kobiet, jak i mężczyzn.
— Tata, no weź. Zaufaj mi, co?
Lekcja numer jeden: nigdy nie ufać ludziom, którzy prosili o kredyt zaufania z takim przekonaniem. Zwłaszcza, jeśli samodzielnie powołało się ich na świat.

Przez pierwsze dwa tygodnie, Sal praktycznie nie zaglądał do aplikacji. Potem któregoś wieczoru przypomniał sobie o niej z czystej ciekawości. Większość rozmów kończyła się po dwóch albo trzech wiadomościach, kilka nie zaczęło się wcale.
Ale jedna przetrwała.
Zaczęła się, owszem, od The National. Później był Matt Berninger. Potem parę anegdot z pracy. Wymiana opinii o muzyce najlepiej brzmiącej po zmroku. Opowieści o ludziach znanych tylko jednemu z nich, wystarczające by ten drugi szybko wyrobił sobie określoną opinię. Raymond wydawał się zaskakująco... zwyczajny, w ten najlepszy możliwy sposób. Nie próbował imponować. Nie flirtował z desperacją ludzi, którzy trafili na Tindera wyłącznie po walidację. Nie zadawał pytań, na które wypadało mieć przygotowane odpowiedzi. Pisało mu się z nim niebezpiecznie lekko. I być może stąd właśnie brały się przestoje w ich konwersacjach, inicjowane najczęściej zawsze przez Dykmana. Nie z braku zainteresowania, a z ostrożności. W końcu blondyn boleśnie nauczył się, aby nie nabierać się na rzeczy, które przychodzą w życiu zbyt łatwo.

Z tego, że na koncert Berningera wybierają się obydwaj, zwyczajnie nie zdawał sobie sprawy. Jakoś umknęło to jego uwadze, rozproszonej ostatnimi klasówkami do sprawdzenia w tym roku szkolnym.
Bilety kupił z Rory jeszcze zimą, kiedy Matt dopiero ogłaszał trasę. Aurora uznała wtedy, że skoro jej ojciec przez szesnaście lat konsekwentnie wychowywał ją na The National, to uczciwie będzie odwdzięczyć się wspólnym koncertem. Sal nie protestował. Lubił myśl, że istnieją jeszcze rzeczy należące wyłącznie do nich; małe rytuały, których rozwód nie zdołał im odebrać. Dwa dni temu, jego latorośl oznajmiła jednak z rozbrajającą szczerością, że jednak nie może. Bo miała randkę, zakamuflowaną przed matką pod płaszczykiem wspólnej nauki do egzaminów w szkole muzycznej.
Sal przyjął tę wiadomość z desperacką godnością ojca rozumiejącego, że prędzej czy później przegra z jakimś wirtuozem gry w Fortnite, niemającym zwyczaju rozpoczynać rodzinnych obiadów od ciekawostek o ewolucji grzybów.
— Obiecujesz, że nie będzie Ci przykro?
Skłamał, że nie, choć przecież ukłuło. Schlebiało mu jednak, że Rory zdawała się nadal nabierać na te jego drobne, rodzicielskie uniki.
Potem przez chwilę rozważał sprzedaż własnego biletu, albo, żałośnie, zaproponowanie go Diane. Szybko jednak porzucił obydwa pomysły - pierwszy, bo byłoby mu żal koncertu; drugi, bo byłoby mu żal siebie gdyby odmówiła.
A więc solo - tak właśnie trafił do Roy Thomson Hall. Rozproszony, przestymulowany gwarem foyer, odbijającym się od drewnianych ścian echem rozmów, światłem wpadającym przez ogromne przeszklenia i tym osobliwym napięciem, które zawsze towarzyszyło oczekiwaniu na muzykę. Odruchowo bardziej patrzył na ekran telefonu niż pod własne nogi. A to od dzieciństwa kończyło się dla niego mniej więcej tak samo.
Nie pamiętał samego momentu upadku, tylko to krótkie, absurdalne wrażenie nieważkości, jakby przez ułamek sekundy naprawdę udało mu się oderwać od ziemi. Potem telefon - na którym ledwie co odczytał wiadomość od Cassidy'ego - wyślizgnął mu się z dłoni, gumowa podeszwa trampka przejechała po gładkiej krawędzi stopnia, łokieć z hukiem uderzył o metalową poręcz, a twarz — o coś znacznie twardszego, niż powinna kiedykolwiek spotkać na swojej drodze. Następnie był rejwach, gdy dobroduszni nieznajomi rzucili mu się na nieproszony ratunek, i szybka eskalacja, gdy ktoś - na wyrost, w opinii Sala - zawołał, że należy poszukać lekarza. Gdyby przyszło mu do głowy, że to właśnie będą okoliczności jego spotkania z Ray'em, chyba roześmiałby się w głos.
Nie zaczęło się od motylków w brzuchu (zresztą, w wieku czterdziestu trzech lat, motylki w brzuchu zazwyczaj zwiastowały nie miłość, a raczej zgagę i konieczność natychmiastowego posiłkowania się mdłymi tabletkami noszonymi w portfelu tam, gdzie piętnaście lat wcześniej nosiło się gumki), a od zarysu męskiej twarzy przebijającej się z wolna przez rdzawą czerwień zamazującą Dykmanowi wizję. Nie poznał go po głosie, bo nie wiedział jak Ray brzmi - w końcu nigdy nie rozmawiali choćby przez telefon. Umiejętność dedukcji okazywała się być jednak niezawodna; zatem, przetarłszy oczy wierzchem dłoni, Sal jakimś cudem połączył kropki. W zasadzie, przy tym jak absurdalne scenariusze pisało mu niekiedy życie, nie był nawet aż tak zdziwiony, że coś takiego przytrafiło się właśnie jemu.
– Ja też czuję, że żyję – Powiedział słabo, nawiązując do ostatniego zdania z SMSa Cassidy'ego. Smooth, Dykman. Gdyby u jego boku znajdowała się teraz Aurora, powiedziałaby, że rozegrał to całkiem gładki, i że prezentował się całkiem filmowo, nawet – a może zwłaszcza – z czerwienią krwi spływającą graniami jego kości policzkowych na brodę i, z niej, na biel tiszertu. Jego organizm nie zdążył jeszcze rozboleć się na całego, stąd Sal nadal miał siłę posiłkować się żartem. Choć pewnie już nie długo. – Aż za bardzo.

raymond cassidy
32 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w North York General Hospital
Awatar użytkownika
I had a hole in the middle where the lightning went through, but I told my friends not to worry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gotów był zakasać rękawy (dosłownie i w przenośni), wziąć się do roboty i opanować sytuację tak, żeby jeszcze zdążyć na koncert. Gdy jednak rozpoznał w zakrwawionej twarzy to samo oblicze, w które codziennie wpatrywał się przez ekran telefonu, czasem nawet muskając je czule kciukiem, jakby miało to dać mu namiastkę prawdziwej bliskości, zastygł. Zamrugał kilkukrotnie, nieświadomie rozchylając usta w wyrazie szczerego zaskoczenia.
Oczywiście, że tu był. W końcu obaj lubili Matta i The National. Dlaczego więc ten temat nigdy wcześniej nie wypłynął? Być może podświadomie przeczuwał, że zwiastowałoby to ich pierwsze spotkanie na żywo, a rozmawiało im się na tyle lekko, że nie chciał ryzykować przedwczesnego rozczarowania. Może liczył, że znajdą się na przeciwległych końcach sali? Miną się gdzieś w holu bez zauważenia, zupełnie jak bohaterowie filmu romantycznego (koniecznie na jego początku)? Cokolwiek wcześniej myślał o ich potencjalnej interakcji, czegokolwiek się obawiał, obecnego scenariusza nigdy nawet nie brał pod uwagę. Potrzebował kilku sekund na reset oprogramowania. Dopiero po chwili szum otoczenia odzyskał wyrazistość, a obraz przed jego oczami ponownie się wyostrzył.

Sal — wydusił w końcu, przykucając przy mężczyźnie i przyglądając się jego czołu, żeby zlokalizować źródło krwawienia. Kompletnie nie wyłapał nawiązania do swojej wiadomości, choć pewnie zrobiłoby mu się ciepło na sercu, gdyby zauważył, że Sal odwołał się do niej w swojej pierwszej wypowiedzi do niego. Mieli jednak na głowie ważniejsze sprawy. W przypadku Dykmana wręcz dosłownie. Nigdy by na to nie wpadł, ale być może fakt, że musiał przywitać go jako pielęgniarz, a nie jako Raymond, był pewnego rodzaju błogosławieństwem pomimo drastycznych okoliczności.
Wiesz, gdzie jesteś i co się właśnie stało? Na czyj koncert przyszliśmy? — pytania te mogły wydawać się idiotyczne, ale chciał upewnić się, że Sal był nie tylko przytomny, lecz także logicznie myślał. Wyglądało na to, że porządnie uderzył się w głowę, a to mogło nieść za sobą całą masę konsekwencji. Cassidy zwykle radził sobie z podobnymi sytuacjami z profesjonalnym opanowaniem, ale tym razem jego serce znacznie przyspieszyło. Uświadomił sobie, że się o niego martwił.
Czy miał do tego prawo? Tak naprawdę prawie się nie znali. Pisali ze sobą, a przecież za wiadomościami można było ukryć wszystko. A jednak jemu to wystarczyło, żeby przywiązać się emocjonalnie. Zależało mu na tej znajomości i choć świetnie udawał, że wcale nie ma wobec niej większych oczekiwań, obecna sytuacja brutalnie zweryfikowała tę narrację.

Ty, z telefonem, zadzwoń po pogotowie — wskazał konkretną kobietę stojącą niedaleko. Wyglądała mu na gotową do działania i tyle mu wystarczyło. Nie mógł pozwolić sobie na bagatelizowanie jego urazu głowy. Sal powinien zostać przebadany, być może nawet trafić na diagnostykę obrazową. Obecność Raymonda mogła zagwarantować mu szybszą i bardziej uważną opiekę, uroki znajomości w medycznym świecie. Oznaczało to, że potencjalnie spędzą ze sobą znacznie więcej czasu tego wieczoru, ale nie zaprzątał sobie tym teraz głowy. Nie myślał już nawet o Berningerze ani o koncercie, na który tak bardzo czekał. Najważniejsze było to, żeby Salowi nie stało się nic poważnego.
Okej, bardzo ważne. Powiedz mi szczerze: boli Cię szyja? Kręci Ci się w głowie? Głowa boli tylko w miejscu uderzenia czy bardziej rozlegle? — zasypał go pytaniami kontrolnymi, próbując ocenić, czy bezpiecznie będzie przenieść go do holu z pomocą kilku osób. Nie chciał wyrządzić mu dodatkowej krzywdy. Nie wiedział przecież dokładnie, jak doszło do upadku. Może doszło również do urazu kręgosłupa? W takim przypadku podnoszenie go byłoby fatalnym pomysłem. Biedny nie miał jeszcze w ogóle pojęcia, że pośrednio przyczynił się do całej sytuacji swoją wiadomością. Skąd miał jednak wiedzieć, że Sal postanowi odczytać ją akurat krocząc schodami? — Spróbujemy zatamować krwawienie — oznajmił, zdejmując cienki sweter. Bardzo go lubił. Widniał na nim pingwin, a sam sweter należał do tych ubrań, w których czuł się wyjątkowo komfortowo. Miał słabość do rzeczy odrobinę niepoważnych, uroczych i pozbawionych pretensji. Nieważne, że czasem spotykał się przez to z pełnymi zażenowania spojrzeniami. Dla niego była to pewnego rodzaju zbroja.
Sprawnie złożył materiał w kostkę. Jedną dłonią ostrożnie podtrzymał tył głowy Sala, po czym przyłożył sweter do rozcięcia nad brwią i docisnął go do rany. Dotknąć go po raz pierwszy właśnie w taki sposób, w takich okolicznościach i przy tylu świadkach było czymś surrealistycznym. Nie było tu jednak miejsca na skrępowanie ani kurtuazję. — Dasz radę sam przytrzymać materiał? — zapytał spokojnie, patrząc mu uważnie w oczy. Chciał dać mu konkretne zadanie. Coś, na czym mógłby się skupić, a jednocześnie uwolnić dzięki temu swoje ręce.

Kobieta nieopodal poinformowała go, że karetka jest już w drodze, więc przyszła pora na kolejne pytanie. — Jesteś tu z kimś? — jeśli nie przyszedł sam, należało poinformować tę osobę o wypadku i upewnić się, że pojedzie z nim do szpitala. Jeśli jednak był sam... Cóż. Wtedy Sal mógłby pojechać z nim, zamiast dojeżdżać na własną rękę. I choć trochę wstyd było się do tego przyznać, właśnie na to liczył.

sal dykman
panko
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bliskość była dla Sala trudna - w zasadzie od zawsze, w różnych formach, i najpewniej przede wszystkim dlatego, że rzadko kiedy dało się ją zamknąć w równych liniach książkowych definicji. Nie była równaniem, które dało się rozwiązać. Nie była eksperymentem, który dało się zaplanować, kontrolując wszystkie możliwe zmienne tak, by uniknąć potencjalnych komplikacji. Intymność onieśmielała go właśnie dlatego, że nie potrafił objąć jej umysłem - a przecież całe jego życie opierało się na wiedzy, logicznym myśleniu i rozumowaniu opartym na poszukiwaniu reguł, zależności, i sensu.
I może dlatego właśnie jemu także nie przyszło do głowy, żeby uprzedzić Raymonda o swojej obecności na koncercie. Albo żeby odpisywać mu regularnie, skrupulatnie, ze starannością wskazującą, że jest naprawdę zainteresowany tą znajomością. Był, choć równocześnie przerażała go niewiadoma jaka się z nią wiązała. Nawykowo zatem o wiele prościej było jej unikać, niż zmierzyć się z nią bezpośrednio, bez wszelkich tych uników racjonalizowanych wmawianiem sobie, że był zbyt zajęty, zbyt zmęczony, i w dodatku za stary dla faceta, z którym rozmawiało mu się lepiej niż z wieloma innymi osobami w ostatnim czasie.
Los miał jednak całkiem imponujące poczucie humoru, skoro właśnie w taki komiczny d r a m a t y c z n y sposób postanowił spleść ich ścieżki.

Salomon zamrugał, wprawiając jasne rzęsy w ruch godzien wycieraczkom, po pierwsze dlatego, że mruganie było jego automatyczną reakcją za każdym razem kiedy czuł się skonfundowany, a po drugie w desperackiej próbie przegnania sprzed oczu rdzawej mgiełki wpływającej do nich krwi.
- Chryste - Udało mu się wymamrotać, nieszczególnie może elokwentnie, choć stosownie do sytuacji. Gdyby nie pulsujący w skroni ból, i upokarzające zamieszanie, które rozwijało się właśnie naokoło jego nieszczęsnej osoby, chyba poczułby się urażony na myśl, że Ray nie docenił jego żartu. Do głowy by mu pewnie nie przyszło, że mężczyzna mógł być aktualnie zanadto skoncentrowany na jego zdrowiu i bezpieczeństwie, by zawracać sobie głowę poczuciem humoru. Rzeczywiście jednak wydarzenia rozwijały się na tyle szybko, że i Salowi nie starczało teraz czasu na strzelanie focha. Uniósł lekko brwi - a przynajmniej spróbował - co doprowadziło go zaraz do wydania z siebie niskiego jęku, zamaskowanego prędko chrząknięciem. Kurwa. Nikt go nigdy nie uprzedzał, że coś tak idiotycznego jak rozcięcie łuku brwiowego może być tak diabelnie nieprzyjemne. Wciągnął powietrze przez nozdrza, choć nawet to już samo w sobie budziło pewien dyskomfort. - Gdzie jestem? - Zapytał, i być może przysporzył tym chwilowo Ray'owi kolejnych powodów do zmartwień, bo mógł wydawać się stosunkowo niepewny odpowiedzi. Zaraz jednak w tym jednym oku, które nie podbiegało mu jeszcze opuchlizną, pojawił się jakiś żywy blask - Na całe szczęście nadal wewnątrz studni grawitacyjnej Ziemi.
Rory byłaby z niego dumna za żart tego rodzaju - aż szkoda, że nie mógł jej się od razu pochwalić. Rozumiał jednak, że Cassidy zadawał te pytania w kontekście neurologicznym, nie naukowym. Postanowił więc oszczędzić mu kolejnych dwuznaczności.
- Roy Thomson Hall. Toronto. Ontario. Kanada. - Wymienił - Wypierdzieliłem się na schodach, na koncercie Matta Berningera - I dopiero ubierając te zdarzenia w słowa poczuł całą skalę ich niedorzeczności. Może jednak powinien był, do jasnej cholery, zostać w domu? - Nic mi nie jest.
Choć obrazek malujący się przed pielęgniarzem z pewnością wskazywał na coś innego.

Pytania wylewały się spomiędzy warg Raymonda jak strzały z karabinu maszynowego, i gdyby słowa były kulami, świstałyby teraz ponad czubkami salomonowych uszu z dzikim, paraliżującym wizgiem. Sal próbował nadążyć, jednocześnie starając się za bardzo nie gapić na mężczyznę, który wydawał się być zbyt przejęty całym zdarzeniem od niego samego. Być może dlatego, że nigdy nie miał okazji do zaobserwowania, jak Dykman potyka się o własne nogi, zahacza głową o framugi, i trzaska potylicą w niedomknięte drzwi kuchennych szafek z niepokojącą częstotliwością. Ale przynajmniej miał tak od zawsze, więc brak koordynacji nie mógł raczej stanowić objawu wczesnej demencji albo skomplikowanego guza mózgu naciskającego na błędnik. Był po prostu cechą wrodzoną. I w podobnych okolicznościach Salowi w życiu nie przyszłoby na myśl, żeby wzywać do siebie pogotowie.
- Ray - Powiedział miękko, dopiero gdy jego słowa wybrzmiały w wąskiej przestrzeni między nimi zdając sobie sprawę, że właśnie po raz pierwszy wyartykułował na głos imię, które dotychczas odczytywał jedynie w myślach z ekranu własnego telefonu. Podobało mu się, jak układało mu się na języku - z ostrzejszym r na początku, i końcówką zahaczającą o jego dolne jedynki. - Naprawdę nie będzie takiej potrzeby...
Dał się jednak ustawiać dokładnie tak, jak Cassidy sobie aktualnie życzył, nie protestując nawet gdy czysta, miękka tkanina jego swetra zetknęła się z jego skronią. Sal wychowywał się na farmie. Wiedział aż za dobrze, jak trudno pozbyć się krwi z materiału - nieważne, czy była to krew ubijanych przez ojca zwierząt, czy raczej efekt krwotoku z nosa, następstwa bójki między jego starszymi braćmi.
- Boli mnie... Uh - Uniósł rękę, posłusznie starając się udowodnić, że owszem, da radę samodzielnie utrzymać sweter Cassidy'ego, występujący teraz w roli prowizorycznego kompresu - Łokieć? - A to ci plot twist, pomyślał, i prawie się roześmiał - I głowa, tak. Ale nie szyja. Skroń? I jakby policzek... - Dodał, mając na myśli tępe echo bólu, promieniujące od brwi do kości jarzmowej, zwłaszcza po prawej stronie jego twarzy - Chyba nie kręci mi się w głowie... - Powiedział ostrożnie. Bo co, jeśli to obecność samego Raya budziła w nim lekkie vertigo?
Panujący wokół zgiełk przerodził się raczej w tło, które łatwiej było zignorować gdy Sal ogniskował całą swoją uwagę wokół twarzy drugiego mężczyzny. Nie był pewien, co ma odpowiedzieć na jego ostatnie pytanie. Prawdę? Prawda była - w jego odbiorze - dość żałosna.
Docisnął sweter mocniej. Lekko się skrzywił.
A potem się uśmiechnął.
- Cóż - Rzucił, kręcąc głową na tyle, na ile pozwalał jego obecny kontekst - Wygląda na to, że teraz jestem tu z tobą.

raymond cassidy
32 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w North York General Hospital
Awatar użytkownika
I had a hole in the middle where the lightning went through, but I told my friends not to worry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Faktycznie, kiedy usłyszał, jak mężczyzna powtarza jego pytanie, w pierwszej chwili ogarnął go lęk. Czyżby naprawdę było z nim aż tak źle? Na pierwszy rzut oka, pomimo dużej ilości krwi, co akurat przy rozciętym łuku brwiowym było zupełnie normalne, uraz nie wyglądał tragicznie. Z drugiej strony nie widział samego wypadku, więc zakładał, że Sal musiał dość mocno uderzyć głową o barierkę (chyba, tak strzelał). Zdecydowanie łatwiej byłoby mu ocenić sytuację, gdyby był świadkiem upadku, ale i tak robił wszystko, co w jego mocy, żeby jak najsprawniej nad nią zapanować.
Uniósł lekko brwi i kąciki ust, słysząc jego enigmatyczną odpowiedź. Nawet w tak stresującej chwili Salowi udało się go rozbawić, ale Raymond szybko wrócił na profesjonalne tory i kontynuował wywiad. Ku jego ogromnej, wyraźnie widocznej uldze, Dykman w końcu udzielił prawidłowej odpowiedzi. Odetchnął. Gdyby słowa te nie padły z jego ust, sytuacja mogłaby okazać się znacznie poważniejsza.

Ray.
Dziwnie było usłyszeć własne imię wypowiedziane jego głosem. Po karku przeszedł mu przyjemny dreszcz. Na moment zastygł, skupiając całą uwagę na jego oczach i czekając na kolejne słowa. — Rozumiem, że możesz nie czuć się aż tak źle, ale w takich sytuacjach zawsze lepiej dmuchać na zimne. Zaufaj mi, dobrze? — odważnie było prosić go o zaufanie, skoro widzieli się po raz pierwszy. Zresztą nie był nawet wobec niego do końca szczery, przynajmniej jeśli chodziło o własne podejście do tej relacji. Prosił jednak o zaufanie jako pielęgniarz, nie jako Raymond. A poza tym nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał wyznać mu prawdę o swoich uczuciach. Może kiedyś, jeśli ich znajomość przetrwa próbę pierwszego spotkania, zobaczą się jeszcze wiele razy, a jego emocje będą miały solidniejsze podstawy niż fantazje, które zdążył zbudować przez ostatnie tygodnie. Wtedy ta rozmowa byłaby jakkolwiek uzasadniona.
Okej, to świetnie. To znaczy... nie świetnie, że Cię boli, tylko że nie masz zawrotów głowy i nie boli Cię szyja. Myślę, że możemy spróbować przenieść cię do holu. Będzie tam spokojniej i będziemy mieć więcej miejsca - szybko rozejrzał się dookoła. Tłum chyba przestał się już powiększać, a obecni tam ludzie obserwowali ich z niepokojem, część szeptała między sobą, a kilka osób dyskretnie robiło zdjęcia, najwyraźniej chcąc później pochwalić się znajomym tym, czego byli świadkami. Raymond nie zamierzał protestować. Wręcz przeciwnie, przez głowę przemknęło mu, że szkoda, iż nie było tu nikogo znajomego, kto mógłby później przesłać mu takie zdjęcie. Ich pierwsze wspólne zdjęcie. Absurdalne, ale jednocześnie mogłoby kiedyś stać się niezwykłą pamiątką... o ile los rzeczywiście planował dla nich wspólną przyszłość.


Jestem tu z tobą.
Jestem tu z tobą.
Jestem tu z tobą.

Słowa te odbijały się echem w jego głowie. Wargi zadrżały mu niekontrolowanie, po czym szybko ułożyły się w szerokim uśmiechu. Nie potrafił tego powstrzymać. Sposób, w jaki Sal na niego spojrzał, jak się uśmiechnął i jak wypowiedział te słowa, sprawił, że serce Raya zabiło szybciej. Tym razem nie z niepokoju. Jego oczy zdradzały niestety wszystko. Te słowa, choć z pozoru niezbyt znaczące, były jak idealnie trafiony prezent, otrzymany całkowicie niespodziewanie.
Milczał odrobinę za długo. Nie wiedział, co zrobić. Najbardziej pragnął wyciągnąć rękę i pogładzić go po tej części głowy, której nie zakrywał ani sweter, ani krew. W wyobraźni robił to już niezliczoną ilość razy. Kiedy pisali ze sobą i czuł, że pojawia się między nimi przyjemna swoboda, niejednokrotnie przesuwał kciukiem po jego zdjęciu na ekranie telefonu, wyobrażając sobie, że z czułym rozbawieniem mierzwi mu włosy. Bardzo podobały mu się jego włosy. Podobały mu się też jego brwi, oczy, usta. Podobał mu się cały Sal. Nawet teraz - siedzący na zimnych schodach, z rozciętym łukiem brwiowym, lekko opuchnięty i umazany krwią.
Jestem tu z tobą.
Oby został z nim, na długo.

Przenieśmy Cię do holu — powiedział w końcu, ucinając własne myśli. Jeszcze chwila zwłoki i powiedziałby coś, czego później by żałował. Musiał ponownie uruchomić tryb Raymonda-pielęgniarza. Wskazał ręką jednego z mężczyzn stojących najbliżej. Gdy tamten przykucnął obok nich, Raymond zwrócił się do obu: — Weźmiemy Cię pod ramiona, powoli pomożemy Ci wstać i razem wejdziemy po schodach do głównego holu. Posadzimy Cię tam na ławce i poczekamy na karetkę. Dobrze? — ostatnie pytanie skierował już wyłącznie do Sala. Nawet jeśli z medycznego punktu widzenia był to najrozsądniejszy plan, chciał, żeby to właśnie on wyraził na niego zgodę.

pan niezdara
panko
ODPOWIEDZ

Wróć do „Roy Thomson Hall”