-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
W stronę jego.
W stronę zaczepnego uśmiechu.
W stronę ogników czających się w znajomych oczach, które zapraszały do zabawy, kusząc.
Uniósł głowę, spoglądając na zielone liście przez które przebijały się promienie słońca. Patrzył przez chwilę na błyszczące refleksy, czując pod drugą dłonią miękką trawę. Lubił jej dotyk, chociaż ktoś kiedyś zarzucił mu, że nigdy jej nie dotknął. W żartach, teraz już to wiedział. Czemu właściwie pamiętał tak nielogiczne elementy swojej przeszłości? Nie były mu potrzebne i nie rzutowały na przyszłości. A jednak tam były, poczynając sobie coraz to śmielej. Ostatnio często pojawiało się wiele pytań, które kwestionowały jego dotychczasowe jestestwo i rzeczywistość, do której był przyzwyczajony.
Wszystko przez niego. Przez tę pewność siebie, niereformowalność, buńczuczność i żywiołowość. To było dla niego nieznane, do tej pory nie znajdował się tak często w towarzystwie osoby, która pozbawiona był alogicznego planu działania, po prostu żyjąc spontanicznie.
Nowość, która przyciągała.
Wziął do ręki pióro wiedząc, że jak tak dalej pójdzie, ta chwila, którą wygospodarował na wypracowanie, odejdzie w zapomnienie, stając się wyjątkowo bezproduktywną.
Skup się, robisz to od zawsze.
Ale zawsze przestało być takie samo od tamtego dnia w uczelnianej auli. Zawsze uległo zmianie odkąd nie pojawił się sam w ulubionej kawiarni. Stało się nowym odkąd poczuł na swojej dłoni delikatny dotyk pozostawiając ślad w pamięci.
Za dużo myślał. Nie powinien. To nie było nic takiego.
Wpatrzył się w białe kartki pozwalając, by dłoń wykonywała znajome ruchu. Umysł nie rejestrował, skupiony na znajomej twarzy, która patrzyła na niego wyzywająco. Na ostro zarysowaną linię żuchwy. Na idealne brwi, pod którymi znajdowały się idealne oczy.
Ocknął się, wracając do rzeczywistości, by uświadomić sobie z zaskoczeniem, że z białej wcześniej kartki patrzył na niego Benjamin, przeniesiony z pamięci.
Cholera.
Przewrócił stronę, rozglądając się przy okazji na około. Dostrzegł w niedalekiej odległości samotnie spacerującego mężczyznę. Coś w jego pozie było na tyle interesującego, że Kieran postanowił uwiecznić go na papierze. Tylko po to, by stłumić na chwilę wspomnienia Thallmana. Za dużo go tam było, a to robiło się niebezpieczne. Noc, dzień, ranek, wieczór. Obiad, śniadanie. Nie ważne kiedy, po prostu był odciśnięty w jego głowie. Przerażało go to. Musiał to stłumić, chwilę odpocząć, by przeanalizować na spokojnie.
Co rusz przenosił na papier kolejne linie, nadając szkicowi kształt nieznajomego mężczyzny. Tylko gdzie podział się jego obiekt? Zmarszczył lekko brwi. Nie zarejestrował, kiedy zniknął z jego pola widzenia. Rozczarowujące, mógł być dobrym modelem, bo chociaż sylwetka była, tak bez twarzy była niekompletna. Mógł ją wymyślić, ale jakże kłamliwa byłaby to wizja!
Niespodziewanie poczuł czyjąś obecność, tak różną od tej jednej, do której nawykł. Spiął się, obracając głowę tylko po to, by odnaleźć właściciela beztwarzowej sylwetki, który stał tuż za nim.
Jude Iverson