Niektóre na długo, a niektóre na zawsze.
Gdyby Mark wiedział, na kogo wpadnie w sklepie, pewnie wybrałby inny sklep.
Uważał, że to, co wydarzyło się w Wielkiej Brytanii, powinno zostać właśnie tam - to tak jakby rzucił w Londynie wypełniony wspomnieniami kamień do wody i pozwolił mu opaść na dno, będąc przekonanym, że już więcej go nie zobaczy. Albo jakby zamknął książkę, nie zamierzając więcej do niej wracać, lecz ostatecznie coś zmusiło go, by kontynuować czytanie opowieści.
Było pochmurno, a Mark za kilkanaście minut planował wyjść z biura. Miał nadzieję, że naprawdę uda mu się opuścić miejsce pracy ze względu na to, iż zamierzał wstąpić do sklepu po produkty spożywcze, ponieważ jego lodówka praktycznie świeciła pustkami. Jasne, miał tam jakiś jogurt, kawałek żółtego sera, paprykę i mleko. Jasne, zjadł obiado-kolację w pracy, ale wolał mieć nieco lepiej wyposażoną lodówkę na weekend.
Nerwowo zerkał w kierunku wiszącego na ścianie zegara, a pod biurkiem chodziła mu noga - normalnie starał się nad tym panować, lecz ponieważ nikogo w biurze nie było, nie powstrzymywał nogi przed poruszaniem.
Gdy zapoznał się ze wszystkimi ważnymi dokumentami, podpisał umowy i pozatwierdzał obecność na najbliższych spotkaniach, resztę spraw postanowił zostawić na następny dzień.
Wyszedł, a nie! Wybiegł czym prędzej, otworzył drzwi auta i ruszył pod sklep. Zaparkował jak najbliżej drzwi, lecz nim przeszedł przez drzwi, wrzucił monetę, by poluzować łańcuszek służący jako blokada przed kradzieżą takowego wózka. Raz czy dwa Rosenhall będąc w parku, widział wózki sklepowe pozostawione tuż obok lub nawet w jeziorze.
No ale on nie miał niecnych celów względem wózka - chciał po prostu mieć do czego wrzucać zakupy - choć on to akurat często uważał, że poradzi sobie S A M bez żadnego koszyka, ani wózka, lecz koniec końców prawie wszystko mu z rąk leciało, więc ostatecznie szedł po koszyk.
Wszedłszy do sklepu i przekraczając bramki wejściowe, zaczął zastanawiać się, czego tak właściwie potrzebował. Ostatecznie zaczął po prostu iść przed siebie i kiedy coś go zainteresowało z mijanej alejki, to zwyczajnie po to sięgał. Nagle zaczął rozbrzmiewać dźwięk wydobywający się z telefonu komórkowego Marka, oznaczający nadchodzące połączenie. Sięgnął do kieszeni, odebrał praktycznie od razu i słuchał - musiał, ponieważ dzwoniła jedna z osób będąca zainteresowaną kupnem domu. Grzecznie zaczął wszystko tłumaczyć i słuchał, co ma do powiedzenia, gdy nagle uderzył w pchany przez kogoś innego wózek. Już miał podnosić głos, by ta osoba UWAŻAŁA, lecz po uniesieniu głowy dostrzegł znajomą twarz.
O cholera… powiedział do samego siebie, odnosząc wrażenie, że zapomniał, jak się mówi poprawnie. Ostatecznie nie powiedział nic. Wyminął tylko kobietę i zaczął iść dalej, co chwila zerkając za siebie, jakby miał nadzieję, iż pójdzie za nim.
Tylko jeśli pójdzie za mną… no to będzie ciekawie, ponieważ sprawa była nieco skomplikowana. Normalnie by skakał z radości, że całkowicie przypadkiem trafił na
Briony Hawthorne