ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

1#
Well, too bad.
trigger warning
szczegółowy opis miejsca zbrodni
Nie spał tej nocy więcej niż trzy godziny – nic nowego, ale telefon i tak wyrwał go z tej cienkiej, niespokojnej drzemki, w którą zapadł dopiero tuż przed świtem. Wziął szybki prysznic, złapał odznakę i pojechał do pracy, nie spodziewając się jeszcze, co dzisiejszego dnia spadnie na jego barki.
Wiadomość dotarła, zanim zdążył się w pełni obudzić, gdy Cree siedział przy swoim biurku, próbując się rozbudzić kawą, która smakowała bardziej jak spalona woda niż jak cokolwiek innego. Zerknął nieco zaspanym wzrokiem na informacje przekazane przez dyspozytora – podwójne zabójstwo, Port Union, potrzebne wsparcie.
Nie zdążył nawet dopić tego, co miał w kubku. Odstawił go na blat z głuchym stuknięciem i sięgnął po kluczyki do służbowego auta, zanim jeszcze w pełni przetworzył treść zgłoszenia. Ruszył w stronę biurka Aarona, który siedział po drugiej stronie open space'u.
Port Union, dwa ciała – rzucił krótko, zatrzymując się przy jego biurku. – Gotowy?
Nie czekał długo na odpowiedź, zanim skierował się w stronę wyjścia, licząc na to, że partner ruszy za nim.
Wyszedł przez główne drzwi, mijając recepcję, gdzie ktoś z nocnej zmiany wciąż wypełniał papierologię z jakiejś zupełnie innej sprawy. Uśmiechnął się pod nosem, gorzko, bez cienia rozbawienia. Sam taki bywał. Często zerkał na zegar po godzinach ślęczenia nad papierami, by z przerażeniem dostrzec, że nastał już nowy dzień, a on wciąż tkwił w tym samym miejscu, otoczony teczkami ludzi, którym już nic nie mogło pomóc.
Swoje kroki skierował w stronę czarnego jak smoła Forda Explorera. Usiadł za kierownicą, poprawił lusterko, a następnie siedzenie – dziś przypadła mu ta wątpliwa przyjemność prowadzenia tej krowy – i wyprowadził samochód z parkingu, kierując się w stronę Lawrence Avenue East, skąd mieli skręcić na południe, w stronę wody.
Ruch nie ułatwiał sprawy. Poranny korek, wypełniony ludźmi jadącymi do pracy, którzy nie mieli pojęcia, że kilka kilometrów od ich trasy leżały dwa ciała, ciągnął się dłużej, niż powinien. Detektyw bębnił palcami o kierownicę, milcząc przez większość drogi, obserwując, jak niebo nad jeziorem powoli jaśnieje w odcieniach szarości i brudnego różu – kolorach zupełnie nieadekwatnych do tego, co ich czekało. Skręcili w końcu w Bridgend Street, wąską, senną ulicę obudowaną szeregowcami, które nie miały pojęcia, że tego dnia ich sąsiedztwo trafi do wieczornych wiadomości.
Port Union przywitało ich zapachem wody i chłodnym wiatrem znad jeziora. Miejsce, zwykle ciche o tej porze, senne, otulone szumem fal rozbijających się o kamienie, dzisiaj tętniło ruchem, którego nikt z mundurowych tu nie chciał. Taśma policyjna, żółta, napięta, jakby lada moment miała się zerwać, otaczała fragment terenu wokół niewielkiego wniesienia z głazów – tego samego, które w każdy normalny dzień było idealnym miejscem widokowym i do pstryknięcia kilku zdjęć przy wschodzie słońca. Trawy i chwasty otaczające ścieżkę, jeszcze wilgotne od nocy, kołysały się leniwie na wietrze, obojętne na to, co rozgrywało się kilka metrów dalej. Kilku gapiów zdążyło się już zebrać za taśmą, otuleni kurtkami, z telefonami uniesionymi w dłoniach, jakby śmierć dwojga ludzi była czymś, co zasługiwało na relację na żywo. Nie brakowało też wozu transmisyjnego jednej ze stacji telewizyjnych z anteną wystrzeliwującą w stronę jaśniejącego nieba.
Bellerose wysiadł z samochodu, zapinając ostatni guzik kurtki, i ruszył w stronę taśmy ze znajomym spokojem, który zawsze towarzyszył mu w takich chwilach – tym wypracowanym, narzuconym spokojem kogoś na służbie, pod którym kryło się coś znacznie cięższego, coś, czego nie pokazywał po sobie zbyt często.
Proszę się cofnąć – rzucił do najbliższej grupki gapiów, uprzejmie, ale stanowczo, unosząc odznakę. Ludzie rozeszli się na strony, co nieco uspokoiło detektywa. – Dziękuję za współpracę.
Ktoś z mikrofonem w dłoni, z logo lokalnej stacji przypiętym do klapy, wcisnął się między niego a taśmę, zanim zdążył przejść dalej. Gdyby jego spojrzenie mogło zabić, kobieta stałaby się trzecią ofiarą tego dnia.
Detektywie, czy może pan potwierdzić, że to podwójne zabójstwo? Mieszkańcy chcą wiedzieć, czy powinni się obawiać –
Jesteśmy w trakcie prowadzenia śledztwa i nie możemy teraz niczego komentować – uciął krótko, nie zwalniając kroku, z wyćwiczoną gładkością kogoś, kto powtarzał tę samą formułkę setki razy wcześniej, aż straciła dla niego wszelkie znaczenie. Wyminął ją i gościa z kamerą. – Oficjalne oświadczenie wyda rzecznik prasowy, gdy będziemy mieć informacje, które mogą trafić do publicznej wiadomości.
Przeszedł pod taśmą, unosząc ją ręką, kierując się w stronę zamieszania przy głazach. Kilka tych kamieni, tworzących naturalną barierę przed upadkiem w stronę wody, było splamionych brunatniejącą, zaschniętą krwią, ciemną jak stary rdzawy lakier na kamieniu, który nigdy nie powinien nosić takiego koloru. Bliżej, zapach zmienił się – słony wiatr znad jeziora ustąpił miejsca czemuś cięższemu, metalicznemu, temu specyficznemu odorowi, który Cree znał aż za dobrze i z którym nigdy w pełni się nie oswoił, bez względu na to, ile razy go spotykał. Miał wrażenie, że ten zapach zostawał w nozdrzach na długo po tym, jak opuszczał miejsce zbrodni – że wracał do niego w najmniej odpowiednich momentach, gdy próbował zjeść kolację albo zasnąć.
Tuż przy kamieniach, tych najbardziej oddalonych, najbliżej krawędzi patrzącej w stronę jeziora – leżały dwa ciała. Mężczyzna i kobieta, oboje w średnim wieku, ułożeni w sposób, który natychmiast wykluczał przypadkowość. Ich twarze, zastygłe w czymś pomiędzy przerażeniem a rezygnacją, zwrócone były w stronę wody, jakby ostatnią rzeczą, jaką widzieli, był posępny i obojętny horyzont jeziora Ontario, nieświadomy tego, co działo się tuż przy jego brzegu. Obok dłoni kobiety leżała przewrócona torba płócienna, z której wysypały się dwie butelki wina i bagietka, już wilgotna od porannej rosy. Ktoś planował kolację. Nigdy się jej nie doczekał. Rany na ich ciałach mówiły o czymś szybkim, brutalnym, wykonanym z bliska, przez kogoś, kto nie zawahał się ani przez chwilę. Skrzepła krew znaczyła piasek i kamienie w nierównych, rozległych plamach, które śledczy kryminalni dokumentowali z tą samą, chłodną precyzją, z jaką robili to zawsze – aparaty fotograficzne, żółte oznakowanie z czarnymi numerkami wbite w ziemię niczym małe, groteskowe nagrobki, cichy, metodyczny rytm pracy ludzi dawno przyzwyczajonych do patrzenia na śmierć bez mrugnięcia okiem, choć on sam wiedział, że nie wynikało to z przyzwyczajenia, co po prostu nauczyli się to lepiej ukrywać.
Przełknął ślinę, która nagle stała się gęstsza, niż powinna. To była jedna z tych rzeczy, których nauczył się nie okazywać na twarzy – nie dlatego, że niczego nie czuł, tylko dlatego, że nikt nie płacił mu za współczucie.
Bellerose zatrzymał się tuż przed pierwszym zaznaczonym na podłodze dowodem, naciągając parę lateksowych rękawiczek, zanim ruszył dalej. Nawyk silniejszy od niego samego – nie dotykał niczego ani nie robił niczego, dopóki jego dłonie nie były odpowiednio zabezpieczone, nawet jeśli technicy już zdążyli przejść przez większość sceny.
Kto ich znalazł? – zapytał jedną z techniczek, kobietę w białym kombinezonie ochronnym, klęczącą przy ciele mężczyzny z pęsetą w dłoni.
Biegacz z owczarkiem. Około szóstej. Zadzwonił od razu, bo dostrzegł ciała, kiedy pies zaczął ujadać i próbować mu się wyrwać w tę stronę – odpowiedziała, nie odrywając wzroku od tego, co robiła. – Biedny facet zwymiotował dwa razy, zanim zdążyliśmy z nim porozmawiać. Sądząc po stanie ciał i temperaturze, szacujemy zgon na kilka minut po północy. Gdzieś między dwunastą a pierwszą w nocy, ale to wstępne dane. Koroner powie więcej.
Cree skinął głową, przyglądając się miejscu z tym samym uważnym spojrzeniem, jakim zawsze obejmował scenę zbrodni – rejestrując każdy szczegół, każdy kąt, każdy element, który wydawał się nie na miejscu. Brak śladów przeciągania ciał. Brak oznak walki poza samymi ranami kłutymi. Ktoś, kto wiedział, gdzie ich znaleźć, i nie musiał się siłować, żeby dopiąć swego. To go niepokoiło bardziej niż sama brutalność – precyzja, z jaką wszystko zostało wykonane, jakby sprawca znał tę okolicę równie dobrze, jak miejscowi biegacze i ich psy.
Przez ułamek sekundy pomyślał o innym mieście, innym brzegu, innym ciele leżącym w nienaturalnej pozycji – i o tym, jak bardzo nie chciał, żeby Toronto zaczęło mu przypominać Nowy Orlean.
Sprawca? – zapytał, zwracając się do drugiego technika, młodego mężczyzny odkładającego właśnie próbkę do torebki dowodowej.
Na razie zero śladów. Żadnych odcisków, żadnej broni na miejscu. Ktokolwiek to zrobił, wiedział, co robi. To było zaplanowane zabójstwo, nie awantura, która wymknęła się spod kontroli.
Detektyw przyklęknął przy ciele kobiety. Rękawiczki skrzypnęły cicho, gdy przesunął palcem tuż nad jej dłonią, nie dotykając skóry, tylko sprawdzając kąt, w jakim leżała ręka, oraz sposób, w jaki palce były zaciśnięte, jakby w ostatniej sekundzie życia próbowała jeszcze czegoś się złapać, czegokolwiek, co mogłoby ją uratować. Coś w tym układzie nie dawało mu spokoju – zbyt uporządkowane jak na przypadkową brutalność i zbyt celowe.
Za jego plecami usłyszał, jak ktoś z tłumu krzyczy coś do kogoś przez telefon, głosem drżącym z emocji, których nie potrafił ukryć – strach, ciekawość i ta okropna, ludzka fascynacja cudzą tragedią. Poranne słońce zaczynało wspinać się nad wodę, rozjaśniając scenę w sposób, który wydawał się niemal obsceniczny wobec tego, co leżało przed nim na ziemi – jakby natura sama drwiła sobie z powagi tego miejsca nad dwoma ciałami, które stygnęły na kamieniach.
Wyprostował się powoli, zdejmując wzrok z ofiar tylko po to, by przenieść go na pobliskie szeregowce, wychodzące tylnymi oknami wprost na plażę i wodę rozciągającą się aż po horyzont. Gdzieś za tymi zasłonami ktoś właśnie parzył sobie poranną kawę, nieświadomy tego, że jego sąsiedztwo stało się dziś miejscem, o którym będzie się mówić w okolicy przez tygodnie.
Woda jeziora wciąż uderzała o kamienie w tym samym obojętnym rytmie, jakby nic się nie wydarzyło. Bellerose zerknął w jej stronę jeszcze raz, zanim odwrócił się z powrotem do miejsca zbrodni, wracając tym samym do pracy. Jezioro nie miało obowiązków, w przeciwieństwie do niego.

Aaron Blackwood
Kri
zaskocz mnie
29 y/o
For good luck!
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Praca policjanta nie należała do najłatwiejszych zawodów, jakie człowiek mógł wykonywać. Nie dość, że w robocie trzeba było mierzyć się z licznymi problemami, zapychając głowę coraz to nowszymi sprawami, nie rozwiązując przy tym wcześniejszych, tak na dodatek człowiek, niezależnie od siebie, znosił wszystko do domu. Kto wie, może właśnie to było jednym z powodów, przez które Blackwood nie ułożył sobie życia rodzinnego. Szansa w przeszłości, którą zmarnował na własne życzenie, zdawała się być jego ostatnią i teraz, pochłonięty przez wir akt oraz innych dokumentów, nie potrafił zaangażować się w uczucia tak, jak dawniej, zanim wstąpił do Akademii. Codziennie, kiedy tylko kładł się do pustego łóżka, odtwarzał w umyśle na nowo dowody pojawiające się w aktualnej sprawie. Szukał rozwiązania na beznadziejne przypadki, kierowany zasadą, że to właśnie w nocy myślało się najlepiej. Żadna kobieta nie była w stanie konkurować z jego zapałem względem wykonywanej profesji.
Nawet teraz, siedząc w rozgardiaszu panującym na komendzie, Aaron wertował akta nierozwiązanej sprawy dotyczącej zamordowania siedemnastolatki. Brutalna zbrodnia zapadająca w pamięć. Każde porwane, zabite lub okaleczone dziecko zostawiało ślad, niezależnie od stażu jaki się tu miało. Na dodatek tutaj nie było żadnego konkretnego podejrzanego, bo o ile gdzieś pojawiały się domysły, tak poza poszlakami nie było twardych dowodów. A bez tych podobna sprawa w sądzie nie miała najmniejszych szans.
Wczytywał się właśnie w zeznania świadków, skupiony do granic możliwości, starając się dostrzec wszystko to, co mogło umknąć jego poprzednikowi, kiedy niespodziewanie przy jego biurku pojawił się Bellerose. Do licha ciężkiego, kiedy on w ogóle zdążył tutaj przyjść? Blackwood tak musiał się zaczytać, że nawet nie zarejestrował, że faktycznie, komenda zaczynała robić się tłoczna pomimo tak wczesnej godziny.
-Ta, jasne - mruknął, kiedy rzucono mu sprawą w twarz. Niby nic, niby spoko, a jednak poczuł dziwne rozdrażnienie w środku, że mu przerwano. Kolejne zabójstwo, kiedy tak wiele czekało jeszcze na rozwiązanie.
Zgarnął kurtkę wiedząc, że kanadyjska pogoda potrafi być zdradliwa i udał się za kolegą po fachu do samochodu, którym mieli dostać się na miejsce zbrodni. Co tym razem? kolejna nastolatka? Porachunki gangów? Czy religijny psychopata, który sądził, że składa grzeszników w ofierze wyimaginowanego boga? W tak dużym mieście jak Toronto człowiek mógł spodziewać się dosłownie wszystkiego.
Zajął miejsce pasażera, marząc o kawie. Porządnej, a nie rozwodnionej lury, na którą mogli liczyć na komendzie. Nic dziwnego, że przesłuchiwani podejrzani narzekali na warunki, skoro nie mogli nawet przez chwilę poczuć się normalnie, pojeni takimi sikami. Sam, gdyby tylko mógł, złożyłby oficjalną skargę do jakiegoś Związku Zawodowego, ewentualnie Przedstawiciele Ochrony Praw Człowieka.
Gdy dotarli na miejsce, odetchnął z ulgą. Rozmowa ewidentnie tego ranka im się nie kleiła, a Blackwood nie lubił napiętej atmosfery, w której każdy zastanawiał się, czy właśnie wybił czas, by coś powiedzieć. Poza tym umówmy się, bez kofeiny był drażliwy i mało przyjemny, o czym zaraz miało się przekonać parę osób.
Pierwszym, co dostrzegł, był tłum gapiów. Na litość wszystkiego, byli jak sępy złaknione sensacji. Marzeniem było pojawienie się na miejscu zbrodni bez konieczności użerania się z ludźmi, którzy chcieli podzielić się nowinkami na Instagramie, czy innym portalu społecznościowym. Zasięgi i lajki były zmorą społeczeństwa.
-Niech ktoś się zajmie tym motłochem, bo zaraz zadepczą wszystkie potencjalne ślady - mruknął Aaron do pobliskiego policjanta, który akurat go mijał. Zero profesjonalizmu, który sam tak lubił. - I zajmijcie się tymi sępami, zanim narobią bałaganu medialnego. nie potrzeba nam żadnych spekulacji na tak wczesnym etapie - skrzywił się, kiedy nastąpił atak ze strony dziennikarzy. Jeszcze trochę, a ktoś oberwie kamerą, jeśli nikt nad tym nie zapanuje. Ostatnią rzeczą, której Aaron pragnął, było błędne ukazanie prawdy w telewizji. nie raz, nie dwa przekonał się, jakiego burdelu potrafią narobić, przekręcając nawet najbardziej podstawowe informacje.
Poszedł za przymusowym partnerem do miejsca, w którym spoczywały zwłoki. Jadąc tutaj był niemal pewien, że chodziło o jedną osobę, dlatego jego brwi powędrowały ku górze, gdy okazało się, że zbrodnia dotyczyła dwóch osób - pary w średnim wieku. Przykry widok, nie ma co. Tyle niespełnionych obietnic, tyle pogrzebanych marzeń.
Przysłuchiwał się uważnie wymianie zdań pomiędzy techniczką, a Cree, samemu przemykając wzrokiem po twarzach gapiów, jakby doszukując się osoby, która mogła być winna. Wiedział z doświadczenia, że wielu sprawców pozostawało na miejscu, napawając się swoim dziełem. Lubili patrzeć na całe zamieszanie, jakie wywołali, chełpiąc się zwycięstwem nad policją. Miał zamiar przekonać się, czy tym razem nie było podobnie.
Kiedy tak wodził wzrokiem, coś wydało mu się niebywale podejrzane. Twarz, która nie pasowała do reszty. Nie była zaciekawiona, nie była zrozpaczona, ani nie przeżywała nie swojej tragedii. Nie, ona zdawała się być w stanie błogości. Gdy do niej wrócił, przechylając głowę, twarz zniknęła. W tłumie nie było już człowieka, do którego należała.
-Ej ty - przywołał do siebie jednego z policjantów. - Czy ktoś przesłuchał już wszystkich gapiów? - spytał, a w jego głosie nadal dało się wyczuć tę poranną irytację. Potrzebował kawy.
-Tak, spisaliśmy też dane wszystkich - odpowiedział młodziak, który pewnie ledwo skończył akademię.
-Ten mężczyzna, w okularach, który był tutaj przed chwilą, jak się nazywał? - czuł, że to było ważne, a jednak nie potrafił określić dlaczego. Intuicja napędzana doświadczeniem, ot co!
Po minie młodego policjanta widział, że nie miał pojęcia. Jak do kurwy nędzy, nie wiedział go kogo należały czyje dane.
-Mam wrażenie, że mieliśmy tutaj albo ważnego świadka, albo samego sprawcę. Dowiedziałeś się czegoś nowego? Nadal żadnych nowych śladów? - rzucił do swojego partnera, kiedy znalazł się tuż obok niego.

Cree Bellerose
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree znał Aarona na tyle, na ile pozwalała im na to sama praca – czyli, jeśli miał być ze sobą szczery, wcale nie tak dobrze, jak mogłoby się wydawać komuś z zewnątrz, obserwującemu ich synchroniczną, niemal wyćwiczoną współpracę. Nie umawiali się na piwo po dniówce. Nie wymieniali się wiadomościami poza tymi ściśle związanymi z bieżącym śledztwem, które przyszło im wspólnie prowadzić. Gdyby miał uczciwie odpowiedzieć, kiedy ostatni raz napisał do mężczyzny z czymś, co nie dotyczyło ich pracy, prawdopodobnie musiałby przyznać, że nigdy. Panowała między nimi zupełna cisza komunikacyjna poza godzinami pracy – żadnych SMS-ów o życiowych dramach, wiadomości z miejscem spotkania, by razem coś zjeść lub wypić, żadnej tej powierzchownej zażyłości, jaką niektórzy koledzy z wydziału budowali między sobą na drodze wielu wspólnie przeżytych akcji. A jednak nie nazwałby go złym partnerem. Może był nieco trudnym człowiekiem w codziennym obyciu – bo Blackwood potrafił bywać szorstki, zgryźliwy, niecierpliwy wobec wszystkich wokół – ale kiedy przychodziło do samej roboty, ich partnerstwo zawsze przebiegało sprawnie, niemal bez większego wysiłku. Nie byli przyjaciółmi. Byli, jakby to sam ujął, kumplami po fachu – dwójką ludzi, którzy rozumieli się bez zbędnych słów tylko dlatego, że łączyła ich podobna determinacja i żelazne podejście do wykonywanego zawodu.
Za to prywatnie różniło ich wiele. Charakter, sposób, w jaki podchodzili do ludzi, oraz to, jak radzili sobie ze stresem w tej pracy. Ale jedną cechę mieli wspólną i to właśnie ona sprawiała, że Cree cenił sobie te rzadkie okazje, gdy los zestawiał ich razem – skrupulatność. Aaron nie odpuszczał, dopóki wszystko się nie zgadzało. Złapał się już nawet na tym, że kiedy pracował z kimś innym, modlił się do wymyślonych przez siebie bożków, żeby przydzielono mu kogoś z takim zaangażowaniem jak u Blackwooda, nawet jeśli sam detektyw na co dzień bywał niełatwym człowiekiem.

Tłum za taśmą nic sobie nie robił ze słów funkcjonariuszy. Policjanci próbowali ich odgonić, przepychając do tyłu, aż w końcu któryś z mundurowych założył nową, świeżą taśmę kilka metrów dalej od poprzedniej, dając pracującym na miejscu kryminalnym więcej przestrzeni i przynosząc choćby odrobinę spokoju. Dziennikarka też nie planowała tak łatwo odpuścić – krążyła gdzieś w pobliżu, próbując złapać spojrzenie któregokolwiek z nich – mimo wcześniejszych zapewnień Bellerose'a, że skontaktują się, gdy tylko będą mieli coś, co nadawałoby się do publicznej wiadomości. Rozumiał jej upór. Rozumiał, że robiła swoje, tak samo, jak on. Ale nie mógł pozwolić, żeby przeinaczyła ich słowa, gdyby teraz, wiedząc tak niewiele, zdecydowali się na jakikolwiek wywiad przed kamerą.
Cenił w koledze po fachu także to, że bez wcześniejszych ustaleń, bez konieczności dzielenia zadań na głos, wiedzieli, kto zajmuje się czym. Jeden przyglądał się ofiarom, szukając czegoś, co technicy mogli przeoczyć, by uniknąć zadeptania tropów przez cywilów, a w tym czasie drugi wyciągał informacje od funkcjonariuszy pilnujących miejsca zbrodni i skanował otoczenie w poszukiwaniu czegokolwiek, co nie pasowało do reszty układanki. Przy tym słuchali z uwagą swoich wniosków, uzupełniając wiedzę o tym, co zauważył drugi, i budując w oparciu o nią przebieg śledztwa krok po kroku, nie marnując czasu na zbyteczne konsultacje.
Miał już w głowie dość jasny obraz tego, co najprawdopodobniej wydarzyło się na miejscu poprzedniej nocy. Wstał niepospiesznie, otrzepał rękawiczki z piasku i ziemi, zdjął je wprawnym, precyzyjnym ruchem, zawinął do środka i wrzucił do niewielkiego pojemnika, który jeden z techników kryminalnych wystawił przed nim, nie odrywając się przy tym od swoich zajęć.
Wygląda na to, że para znała sprawcę – powiedział, stając pewnie obok partnera, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą klęczał przy ciele kobiety. – Zabezpieczone ślady butów należą do trzech osób, które przeszły z chodnika na to wzniesienie. Ofiary ewidentnie nie spodziewały się ataku. Nie widać żadnych śladów walki ani obrony, a pozycja ciał i mimika twarzy sugerują, że zostały kompletnie zaskoczone skalą przemocy. Rany są nieprecyzyjne, ale głębokie, co wskazuje na sporo siły włożonej w każdy cios, więc stawiam na osobnika płci męskiej.
Fale wciąż uderzały gdzieś za jego plecami, w tym samym obojętnym rytmie. Zatrzymał się na moment, rozglądając się po tłumie zebranym za taśmą, jakby szukał wśród przypadkowych twarzy tego mężczyzny w okularach, o którym wcześniej wspominał Aaron. Nikt jednak mu nie pasował do opisu. Ludzie stali skuleni w kurtkach, wpatrzeni w telefony albo w ich stronę, ale jak na złość, wszyscy zdawali się posiadać całkiem sprawny wzrok. Poczuł krótkie ukłucie irytacji, że ktoś, kto mógł przybliżyć ich do rozwiązania sprawy, rozpłynął się w tłumie bez śladu. Parszywy los.
To też nie była żadna profesjonalna robota – dodał w końcu, odwracając się na pięcie w stronę połyskującej za górką wody. – Typowa fuszerka. Prawdopodobnie efekt silnych, niekontrolowanych emocji, nie żadnego wcześniej zaplanowanego ataku. To albo gość lubi się wyżyć.
Rozpiął kurtkę – pogoda okazała się łaskawsza, niż się spodziewał – i zaczepił jednego z przechodzących techników, prosząc, żeby, jeśli jeszcze tego nie zrobili, sprawdzili dokładnie krzaki rosnące pod samym wzniesieniem. Miał przeczucie, silne, oparte na latach doświadczenia i wypatrzone w innych sprawach, że często narzędzie zbrodni nie zostaje zabrane przez sprawcę, tylko porzucone gdzieś w pobliżu, niezgrabnie, jakby ten, kto to zrobił, chciał jak najszybciej pozbyć się dowodu ze swoich rąk. Tylko jeszcze nie wiedział, czy mordercą kierował strach, a może wprost przeciwnie, chciał, by policjanci je znaleźli.
Głośny trzask drzwi radiowozu gdzieś w oddali przywołał go do rzeczywistości. Nie zastanawiał się nad tym dłużej, niż musiał. Wrócił wzrokiem do partnera, chcąc kontynuować rozpoczęte śledztwo.
Chcesz zerknąć na monitoring z okolicy? – zapytał. – Kamer co prawda tu niewiele, bo to jednak park i plaża, nie centrum miasta, ale na pewno znajdziemy coś przy parkingu i przy wjeździe na teren portu. Strzał w ciemno, może nietrafiony, ale lepsze to niż siedzenie tutaj z założonymi rękami.
W oczekiwaniu na decyzję partnera, zerknął przez ramię na raport, który czytał jeden z policjantów stojących tuż obok.

Aaron Blackwood
Kri
zaskocz mnie
ODPOWIEDZ

Wróć do „Port Union Waterfront Park”