szczegółowy opis miejsca zbrodni
Nie spał tej nocy więcej niż trzy godziny – nic nowego, ale telefon i tak wyrwał go z tej cienkiej, niespokojnej drzemki, w którą zapadł dopiero tuż przed świtem. Wziął szybki prysznic, złapał odznakę i pojechał do pracy, nie spodziewając się jeszcze, co dzisiejszego dnia spadnie na jego barki.
Wiadomość dotarła, zanim zdążył się w pełni obudzić, gdy Cree siedział przy swoim biurku, próbując się rozbudzić kawą, która smakowała bardziej jak spalona woda niż jak cokolwiek innego. Zerknął nieco zaspanym wzrokiem na informacje przekazane przez dyspozytora – podwójne zabójstwo, Port Union, potrzebne wsparcie.
Nie zdążył nawet dopić tego, co miał w kubku. Odstawił go na blat z głuchym stuknięciem i sięgnął po kluczyki do służbowego auta, zanim jeszcze w pełni przetworzył treść zgłoszenia. Ruszył w stronę biurka Aarona, który siedział po drugiej stronie open space'u.
–
Port Union, dwa ciała – rzucił krótko, zatrzymując się przy jego biurku. –
Gotowy?
Nie czekał długo na odpowiedź, zanim skierował się w stronę wyjścia, licząc na to, że partner ruszy za nim.
Wyszedł przez główne drzwi, mijając recepcję, gdzie ktoś z nocnej zmiany wciąż wypełniał papierologię z jakiejś zupełnie innej sprawy. Uśmiechnął się pod nosem, gorzko, bez cienia rozbawienia. Sam taki bywał. Często zerkał na zegar po godzinach ślęczenia nad papierami, by z przerażeniem dostrzec, że nastał już nowy dzień, a on wciąż tkwił w tym samym miejscu, otoczony teczkami ludzi, którym już nic nie mogło pomóc.
Swoje kroki skierował w stronę czarnego jak smoła Forda Explorera. Usiadł za kierownicą, poprawił lusterko, a następnie siedzenie – dziś przypadła mu ta wątpliwa przyjemność prowadzenia tej krowy – i wyprowadził samochód z parkingu, kierując się w stronę Lawrence Avenue East, skąd mieli skręcić na południe, w stronę wody.
Ruch nie ułatwiał sprawy. Poranny korek, wypełniony ludźmi jadącymi do pracy, którzy nie mieli pojęcia, że kilka kilometrów od ich trasy leżały dwa ciała, ciągnął się dłużej, niż powinien. Detektyw bębnił palcami o kierownicę, milcząc przez większość drogi, obserwując, jak niebo nad jeziorem powoli jaśnieje w odcieniach szarości i brudnego różu – kolorach zupełnie nieadekwatnych do tego, co ich czekało. Skręcili w końcu w Bridgend Street, wąską, senną ulicę obudowaną szeregowcami, które nie miały pojęcia, że tego dnia ich sąsiedztwo trafi do wieczornych wiadomości.
Port Union przywitało ich zapachem wody i chłodnym wiatrem znad jeziora. Miejsce, zwykle ciche o tej porze, senne, otulone szumem fal rozbijających się o kamienie, dzisiaj tętniło ruchem, którego nikt z mundurowych tu nie chciał. Taśma policyjna, żółta, napięta, jakby lada moment miała się zerwać, otaczała fragment terenu wokół niewielkiego wniesienia z głazów – tego samego, które w każdy normalny dzień było idealnym miejscem widokowym i do pstryknięcia kilku zdjęć przy wschodzie słońca. Trawy i chwasty otaczające ścieżkę, jeszcze wilgotne od nocy, kołysały się leniwie na wietrze, obojętne na to, co rozgrywało się kilka metrów dalej. Kilku gapiów zdążyło się już zebrać za taśmą, otuleni kurtkami, z telefonami uniesionymi w dłoniach, jakby śmierć dwojga ludzi była czymś, co zasługiwało na relację na żywo. Nie brakowało też wozu transmisyjnego jednej ze stacji telewizyjnych z anteną wystrzeliwującą w stronę jaśniejącego nieba.
Bellerose wysiadł z samochodu, zapinając ostatni guzik kurtki, i ruszył w stronę taśmy ze znajomym spokojem, który zawsze towarzyszył mu w takich chwilach – tym wypracowanym, narzuconym spokojem kogoś na służbie, pod którym kryło się coś znacznie cięższego, coś, czego nie pokazywał po sobie zbyt często.
–
Proszę się cofnąć – rzucił do najbliższej grupki gapiów, uprzejmie, ale stanowczo, unosząc odznakę. Ludzie rozeszli się na strony, co nieco uspokoiło detektywa. –
Dziękuję za współpracę.
Ktoś z mikrofonem w dłoni, z logo lokalnej stacji przypiętym do klapy, wcisnął się między niego a taśmę, zanim zdążył przejść dalej. Gdyby jego spojrzenie mogło zabić, kobieta stałaby się trzecią ofiarą tego dnia.
–
Detektywie, czy może pan potwierdzić, że to podwójne zabójstwo? Mieszkańcy chcą wiedzieć, czy powinni się obawiać –
–
Jesteśmy w trakcie prowadzenia śledztwa i nie możemy teraz niczego komentować – uciął krótko, nie zwalniając kroku, z wyćwiczoną gładkością kogoś, kto powtarzał tę samą formułkę setki razy wcześniej, aż straciła dla niego wszelkie znaczenie. Wyminął ją i gościa z kamerą. –
Oficjalne oświadczenie wyda rzecznik prasowy, gdy będziemy mieć informacje, które mogą trafić do publicznej wiadomości.
Przeszedł pod taśmą, unosząc ją ręką, kierując się w stronę zamieszania przy głazach. Kilka tych kamieni, tworzących naturalną barierę przed upadkiem w stronę wody, było splamionych brunatniejącą, zaschniętą krwią, ciemną jak stary rdzawy lakier na kamieniu, który nigdy nie powinien nosić takiego koloru. Bliżej, zapach zmienił się – słony wiatr znad jeziora ustąpił miejsca czemuś cięższemu, metalicznemu, temu specyficznemu odorowi, który Cree znał aż za dobrze i z którym nigdy w pełni się nie oswoił, bez względu na to, ile razy go spotykał. Miał wrażenie, że ten zapach zostawał w nozdrzach na długo po tym, jak opuszczał miejsce zbrodni – że wracał do niego w najmniej odpowiednich momentach, gdy próbował zjeść kolację albo zasnąć.
Tuż przy kamieniach, tych najbardziej oddalonych, najbliżej krawędzi patrzącej w stronę jeziora – leżały dwa ciała. Mężczyzna i kobieta, oboje w średnim wieku, ułożeni w sposób, który natychmiast wykluczał przypadkowość. Ich twarze, zastygłe w czymś pomiędzy przerażeniem a rezygnacją, zwrócone były w stronę wody, jakby ostatnią rzeczą, jaką widzieli, był posępny i obojętny horyzont jeziora Ontario, nieświadomy tego, co działo się tuż przy jego brzegu. Obok dłoni kobiety leżała przewrócona torba płócienna, z której wysypały się dwie butelki wina i bagietka, już wilgotna od porannej rosy. Ktoś planował kolację. Nigdy się jej nie doczekał. Rany na ich ciałach mówiły o czymś szybkim, brutalnym, wykonanym z bliska, przez kogoś, kto nie zawahał się ani przez chwilę. Skrzepła krew znaczyła piasek i kamienie w nierównych, rozległych plamach, które śledczy kryminalni dokumentowali z tą samą, chłodną precyzją, z jaką robili to zawsze – aparaty fotograficzne, żółte oznakowanie z czarnymi numerkami wbite w ziemię niczym małe, groteskowe nagrobki, cichy, metodyczny rytm pracy ludzi dawno przyzwyczajonych do patrzenia na śmierć bez mrugnięcia okiem, choć on sam wiedział, że nie wynikało to z przyzwyczajenia, co po prostu nauczyli się to lepiej ukrywać.
Przełknął ślinę, która nagle stała się gęstsza, niż powinna. To była jedna z tych rzeczy, których nauczył się nie okazywać na twarzy – nie dlatego, że niczego nie czuł, tylko dlatego, że nikt nie płacił mu za współczucie.
Bellerose zatrzymał się tuż przed pierwszym zaznaczonym na podłodze dowodem, naciągając parę lateksowych rękawiczek, zanim ruszył dalej. Nawyk silniejszy od niego samego – nie dotykał niczego ani nie robił niczego, dopóki jego dłonie nie były odpowiednio zabezpieczone, nawet jeśli technicy już zdążyli przejść przez większość sceny.
–
Kto ich znalazł? – zapytał jedną z techniczek, kobietę w białym kombinezonie ochronnym, klęczącą przy ciele mężczyzny z pęsetą w dłoni.
–
Biegacz z owczarkiem. Około szóstej. Zadzwonił od razu, bo dostrzegł ciała, kiedy pies zaczął ujadać i próbować mu się wyrwać w tę stronę – odpowiedziała, nie odrywając wzroku od tego, co robiła. –
Biedny facet zwymiotował dwa razy, zanim zdążyliśmy z nim porozmawiać. Sądząc po stanie ciał i temperaturze, szacujemy zgon na kilka minut po północy. Gdzieś między dwunastą a pierwszą w nocy, ale to wstępne dane. Koroner powie więcej.
Cree skinął głową, przyglądając się miejscu z tym samym uważnym spojrzeniem, jakim zawsze obejmował scenę zbrodni – rejestrując każdy szczegół, każdy kąt, każdy element, który wydawał się nie na miejscu. Brak śladów przeciągania ciał. Brak oznak walki poza samymi ranami kłutymi. Ktoś, kto wiedział, gdzie ich znaleźć, i nie musiał się siłować, żeby dopiąć swego. To go niepokoiło bardziej niż sama brutalność – precyzja, z jaką wszystko zostało wykonane, jakby sprawca znał tę okolicę równie dobrze, jak miejscowi biegacze i ich psy.
Przez ułamek sekundy pomyślał o innym mieście, innym brzegu, innym ciele leżącym w nienaturalnej pozycji – i o tym, jak bardzo nie chciał, żeby Toronto zaczęło mu przypominać Nowy Orlean.
–
Sprawca? – zapytał, zwracając się do drugiego technika, młodego mężczyzny odkładającego właśnie próbkę do torebki dowodowej.
–
Na razie zero śladów. Żadnych odcisków, żadnej broni na miejscu. Ktokolwiek to zrobił, wiedział, co robi. To było zaplanowane zabójstwo, nie awantura, która wymknęła się spod kontroli.
Detektyw przyklęknął przy ciele kobiety. Rękawiczki skrzypnęły cicho, gdy przesunął palcem tuż nad jej dłonią, nie dotykając skóry, tylko sprawdzając kąt, w jakim leżała ręka, oraz sposób, w jaki palce były zaciśnięte, jakby w ostatniej sekundzie życia próbowała jeszcze czegoś się złapać, czegokolwiek, co mogłoby ją uratować. Coś w tym układzie nie dawało mu spokoju – zbyt uporządkowane jak na przypadkową brutalność i zbyt celowe.
Za jego plecami usłyszał, jak ktoś z tłumu krzyczy coś do kogoś przez telefon, głosem drżącym z emocji, których nie potrafił ukryć – strach, ciekawość i ta okropna, ludzka fascynacja cudzą tragedią. Poranne słońce zaczynało wspinać się nad wodę, rozjaśniając scenę w sposób, który wydawał się niemal obsceniczny wobec tego, co leżało przed nim na ziemi – jakby natura sama drwiła sobie z powagi tego miejsca nad dwoma ciałami, które stygnęły na kamieniach.
Wyprostował się powoli, zdejmując wzrok z ofiar tylko po to, by przenieść go na pobliskie szeregowce, wychodzące tylnymi oknami wprost na plażę i wodę rozciągającą się aż po horyzont. Gdzieś za tymi zasłonami ktoś właśnie parzył sobie poranną kawę, nieświadomy tego, że jego sąsiedztwo stało się dziś miejscem, o którym będzie się mówić w okolicy przez tygodnie.
Woda jeziora wciąż uderzała o kamienie w tym samym obojętnym rytmie, jakby nic się nie wydarzyło. Bellerose zerknął w jej stronę jeszcze raz, zanim odwrócił się z powrotem do miejsca zbrodni, wracając tym samym do pracy. Jezioro nie miało obowiązków, w przeciwieństwie do niego.
Aaron Blackwood