#001
Connie miała za sobą tydzień, który zdawał się rozciągać w nieskończoność, pełen drobnych wyzwań, zawodowych obowiązków i cichego oczekiwania na sobotni wyjazd. Praca w kinie jako operatorka projektora wciąż była dla niej nowa, a każdy dzień przynosił coś, co przypominało jej, że dopiero uczy się rytmu tego miejsca. Mimo to radziła sobie coraz pewniej, a satysfakcja z dobrze wykonanej pracy dodawała jej sił. Poniedziałkowy poranek rozpoczął się od porannego seansu dla szkół, który zawsze był głośny, chaotyczny i pełen energii. Connie, z kubkiem gorącej kawy w dłoni, sprawdzała ustawienia projektora, upewniając się, że ostrość obrazu i poziom dźwięku są idealne, przy okazji próbując nie ogłuchnąć od wrzasków dzieciaków. We wtorek kino było spokojniejsze, a Connie mogła pozwolić sobie na chwilę oddechu. Przechadzała się między salami, sprawdzając sprzęt i porządkując taśmy. W przerwie usiadła na skrzynce z kablami na zapleczu, gdzie pachniało kurzem i starymi plakatami, i zaczęła w myślach układać listę rzeczy na biwak. Myśl o wyjeździe z Lettie działała na nią jak cichy promień światła w środku tygodnia z czego była naprawdę zadowolona. Nie mówiła tego głośno ale potrzebowała się wyrwać z miasta. Desperacyjnie. Zbliżał się okres gdy bez śladu zaginęła jej matka przy czym Lettie i jej mama zawsze były przy niej, za co nie mogła wyrazić słowami jak bardzo była wdzięczna.
Gdy przybył środek tygodnia, kino buzowało od ludzi. Podczas popołudniowego seansu projektor w sali numer trzy zaczął wydawać niepokojący dźwięk, a taśma lekko się zacięła. Connie musiała działać szybko, by widzowie nie zauważyli przerwy. Z wprawą, której jeszcze miesiąc temu by nie miała, naprawiła mechanizm i wznowiła projekcję. Zmęczenie, które Connie czuła w nogach i ramionach po trzech długich seansach pod rząd. Po powrocie do domu usiadła przy kuchennym stole z notesem i zaczęła spisywać listę rzeczy na biwak. Jej stary, zielony namiot, który pamiętał wiele wypraw, znalazł się na samej górze listy. Obok niego wpisała kuchenkę przenośną, zestaw konserw, makaron, suszone owoce, kawę, herbatę i pianki na ognisko, cały swój proviant. Dopisała też latarkę, śpiwór i papierową mapę terenu, którą zawsze brała „na wszelki wypadek”.
Czwartek z piątkiem zlały się w jedną plamę z której mało co pamiętała. Premiera nowego thrillera przyciągnęła tłumy, a Connie stała w kabinie projekcyjnej, obserwując przez szybę pełną salę. Wiedziała, że mimo trudów, ta praca miała w sobie coś co pomagało jej się wyciszyć. Coś bardzo technicznego gdzie nie musiała myśleć nad szukaniem rozwiązania, bo było już wiadome. W dzień biwaku Connie obudziła się wcześniej niż zwykle. Zrobiła kawę, sprawdziła listę i zaczęła pakować plecak. Każdy przedmiot miał swoje miejsce, namiot zrolowany i związany sznurkiem, kuchenka w metalowym pudełku, prowiant w szczelnych woreczkach.
Pole biwakowe, do którego dotarły Connie i Lettie, rozciągało się na skraju gęstego lasu, gdzie wysokie sosny tworzyły naturalną ścianę oddzielającą je od reszty świata. Gdy tylko wysiadły z samochodu, Connie poczuła, jak powietrze różniło się od tego miejskiego, było chłodniejsze, bardziej wilgotne, niosło ze sobą zapach żywicy, mokrej ziemi i jeziora, które znajdowało się zaledwie kilkaset metrów dalej. Wciąż czując w nogach zmęczenie całego tygodnia które powoli, z każdym krokiem zaczynało ją opuszczać, im bardziej zanurzała się w ciszy ją otaczającej. Ścieżka którą szły, prowadziła przez niewielkie wzniesienie, a gdy je przekroczyły, krajobraz otworzył się przed nimi jak scena w kinie, którą Connie mogłaby wyświetlić na ogromnym ekranie. Przed nimi rozciągała szeroka, jasna, otulona światłem popołudniowego słońca polana. Trawa była miękka, miejscami przetykana igliwiem, a w oddali widać było taflę jeziora, spokojną jak lustro w której woda odbijała niebo w odcieniach błękitu i złota, a pojedyncze fale poruszały się leniwie, jakby nie chciały zakłócać ciszy tego miejsca.
Connie zatrzymała się na chwilę, wpatrując się w krajobraz. W jej głowie pojawiła się myśl, że to miejsce wygląda dokładnie tak, jak te, o których opowiadały sobie z Lettie w dzieciństwie, te wymyślone, idealne, gdzie mogłyby uciec od wszystkiego choć na chwilę.
-
Co myślisz? - zapytała patrząc na przyjaciółkę. Która bardziej przypominała jej siostrę z niż osobę która nie była nijak z nią spokrewniona. Nie bez powodu mama Lettie była od lat jej "ciocią". -
Moim skromnym zdaniem, w tym roku przeszłyśmy same siebie. Lepiej nie mogłyśmy trafić! - dodała odwracając wzrok z powrotem w stronę jeziora. Co jak co ale Connie uwielbiała wszelkie ciała wodne, w szczególności gdy mogła się w nich "zgubić".
letitia a. satterfield