Najpierw dom to koślawy rysunek kwadratu z trójkątnym dachem. Dwa okna i drzwi po środku, żółte słońce w rogu. Potem mówi się, że dom to nie tylko budynek, a ludzie, którzy go tworzą. To codzienne rytuały, wspólne posiłki, siadanie przed telewizorem do tego jednego programu w sobotę wieczorem, ceremonialne ubieranie choinki. Nie do końca potrafi się z tym utożsamić, bo dla niego dom to coś nieuchwytnego, coś, co zawsze mu się wymyka z rąk i nie jest niczym stałym.
Najpierw jest dom jego matki, z którego niewiele pamięta. Ma w głowie jedynie niewyraźne obrazy: swojej matki rozłożonej na kanapie, mruczącej coś niewyraźnie, gdy chciał się pobawić, szklanych butelek, wystawionych poza kosz, bo nie mieściły się już w środku, niemal zawsze zaciągniętych zasłon i pełnych popielniczek na stole kawowym w salonie, jadalnianym w kuchni i na tarasie. Później jest dom babci, w którym spędził pięć lat, zanim nie zmarła nagle na zawał. Ten dom to wiszące na ścianach wyhaftowane obrazki, zapach herbaty i różanych perfumów, koc w konie, którym przykrywała go, gdy zasnął na kanapie. Ten dom to miłość, spokój i troska.
Później odkrył jeszcze inne oblicza domu. Miejsca zamieszkania zmieniał tak często, że niektóre szczegóły mu się zacierają. Nie jest pewien, czy ten uroczy drewniany dom z pięknym ogrodem, w którym lubił siadać z zabranymi z domowej biblioteczki książkami był w Stratford czy w Tillsonburgu i czy złamał rękę, będąc u Millerów czy Adamsów. Wie za to na pewno, że bił go stary Wilson, u którego musiał opiekę „odpracować” na jego farmie ananasów i u którego, ilekroć tylko zrobił coś nie tak, jak powinien, lenił się pod drzewem, zajadając zebranym owocem lub coś popsuł, dostawał lanie przy wszystkich dzieciakach ku przestrodze. U Wilsona przynajmniej wiedział, jak mógł tego uniknąć, podczas gdy Marvin Irving bił wtedy, gdy miał zły humor (najczęściej wtedy, gdy ktoś nadepnął na jego kruche ego, a już szczególnie, gdy zrobił to któryś z dzieciaków) i czasem po prostu nie dało się tego przewidzieć. U Gilmore’ów nie było najgorzej, choć zawsze traktowali go gorzej, niż swoje własne dzieci. Farrah Wilkinson zapisała go na lekcje pływania, a u Terrence’ów mógł spędzać całe dnie na okolicznym boisku. Pierwszą dziewczynę miał u Farrowów, a pierwszy chłopak, na którego zwrócił uwagę spał z nim w jednym pokoju u Levingtonów. Najlepiej było jednak wtedy, gdy trafił do pani Harrow w Toronto. Kendall miał już szesnaście lat, gdy z nią zamieszkał, był trudny i wycofany i na tamtym etapie rodzice zastępczy szybko rezygnowali z opieki nad nim, nie potrafiąc sobie z nim poradzić. Pani Harrow potrafiła znaleźć z nim wspólny język, a on przestał się obawiać, że ten dom też będzie tylko jednym z przystanków.
Prawdziwy dom stworzył w końcu z Sage. Po wszystkich relacjach, które sabotował, ilekroć zrobiły się zbyt poważne, z Sage w końcu udało mu się stworzyć coś trwałego i prawdziwego. Zamieszkali razem, adoptowali pieska, zaręczyli się i wszystko wydawało się w końcu takie normalne i stabilne, nawet jeśli nie całkiem idealne. I tylko cichy, irytujący głosik z tyłu głowy przypomina mu raz na jakiś czas, że przecież nie może mieć w życiu nic dobrego na zbyt długo.
Ciekawostki
Nie lubi być dotykany, na pewno nie przez przypadkowe osoby czy takie, które mógłby nazwać ledwie znajomymi. Wszystkie klepnięcia w plecy, złapanie za ramię podczas rozmowy czy nawet oparcie kolana o jego są nieszczególnie mile widziane. Akceptuje wyłącznie dotyk ze strony najbliższych osób, które można policzyć na palcach jednej ręki (nawet takiej pozbawionej czterech palców).
Słucha głównie muzyki rockowej (new wave i post-punk) z lat 70. i 80., za to najlepiej bawi się przy Abbie. Rzadko kiedy słucha czegoś, co wyszło w ostatnich latach. W dodatku do tego stopnia nie orientuje się w aktualnych wykonawcach muzyki popularnej, że nie odróżnia Taylor Swift od Sabriny Carpenter czy Olivii Rodrigo od Billie Eilish.
Miłość lub sympatię wyraża poprzez drobne przysługi. Nie trzeba go prosić, sam wyczuje, jeśli potrzebujesz pomocy i po prostu coś zrobi, przyniesie, naprawi czy załatwi sprawę na mieście. Drugim językiem miłości jest u niego wspólny, jakościowy czas – dba o to, by zawsze go znaleźć i przeorganizuje swój terminarz tak, by mieć czas dla bliskiej osoby. Poświęca go wtedy w pełni drugiej osobie, nie patrzy na powiadomienia w telefonie, nie zajmuje się innymi sprawami, ale jest jak najbardziej obecny.
Jest chronicznie offline, więc kompletnie nie rozumie wszystkich internetowych żarcików i czasem trochę gubi się w skrótach, szczególnie tych nowych. Z aktualnych osiągnięć: wie już, czym jest ick i co znaczy skrót ISTG (wcześniej myślał, że to takie dźwięk mlaśnięcia z dezaprobaty).
Lubi Shreka bardziej niż dorosły mężczyzna powinien i uważa, że jest dobry na wszystko. I jak jest źle, i jak jest dobrze, i jak jest tak o. Dobry na randkę, do oglądania czegoś w tle i gdy jest się chorym. Być może (na pewno) zna już na pamięć wszystkie kwestie z pierwszych dwóch filmów, bo te ogląda najczęściej. Jego największym marzeniem jest wziąć ślub w Grundtvigs Kirke, w kopenhaskim kościele, na którym wzorowany był ten z pierwszej części Shreka.