Clea przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, pozwalając mu dokończyć cały ten mały pokaz zwycięstwa. Nie miała nic przeciwko temu, że cieszył się z wygranej. Właściwie nawet ją to bawiło. Renoir nie należał do ludzi, którzy potrzebowali wiele, żeby zacząć sobie dogryzać, a dwadzieścia siedem punktów najwyraźniej wystarczyło, żeby przez najbliższe kilka minut poczuł się jak król tej przeklętej strzelnicy. Problem polegał tylko na tym, że Clea znała go zdecydowanie za dobrze. Wiedziała, że jeśli pozwoli mu teraz za bardzo się rozpędzić, za godzinę nadal będzie jej przypominał o tych pięciu punktach różnicy. A jutro prawdopodobnie powiedziałby o nich dzieciom przy śniadaniu. Może nawet przesłałby zdjęcie tarczy rodzinnej grupie, gdyby tylko znalazł odpowiednio irytujący podpis. Nie zamierzała dawać mu takiej satysfakcji.
—
Skończyłeś już świętować? — zapytała w końcu, unosząc lekko brew. —
Bo jeśli tak, możemy przejść do tej części, w której przypominam ci, że to dopiero pierwsza runda.
Nie brzmiała na złą. Wręcz przeciwnie. Na jej ustach pojawił się niewielki uśmiech, choć w spojrzeniu miała już coś znacznie bardziej konkretnego. Pierwsza seria jej nie wyszła. Trudno. Dwudziestu dwóch punktów nie dało się zaczarować ani wyjaśnić w żaden szczególnie przekonujący sposób. Renoir miał dwadzieścia siedem i tym razem to on mógł sobie pozwolić na odrobinę pewności siebie. Clea potrafiła to przyznać. Nie oznaczało to jednak, że zamierzała siedzieć i patrzeć, jak jej mąż buduje sobie z tego pomnika. Trzy rundy. Sam je zaproponował. I właściwie już sam ten fakt sprawił, że w jej głowie coś przestawiło się na właściwe miejsce. Nie chodziło już o to, żeby po prostu postrzelać i pośmiać się z siebie nawzajem. Teraz chciała sprawdzić, czy naprawdę jest w stanie odrobić stratę. A najlepiej zrobić to na tyle wyraźnie, żeby Renoirowi trochę zrzedła ta zadowolona mina.
—
W porządku. — rzuciła, podchodząc ponownie do stanowiska. —
Masz swoją rundę. Ciesz się nią, póki możesz. — Nie czekała nawet na jego odpowiedź. Przygotowała się. Tym razem nie było już miejsca na zaczepki. Przynajmniej przez chwilę. Clea stanęła przed stanowiskiem i spojrzała na tarczę. Pierwsza seria była już za nią. Nie zamierzała jej rozpamiętywać. Wiedziała, gdzie popełniła błąd. Za bardzo chciała dobrze wypaść, za bardzo skupiała się na wyniku i na tym, co Renoir robił obok. To było trochę irytujące, ale również bardzo charakterystyczne dla niej. Nie znosiła poczucia, że mogła zrobić coś lepiej, ale nie zrobiła tego przez własną nieuwagę. Dlatego tym razem postanowiła po prostu odciąć wszystko, co nie było potrzebne. Renoir mógł sobie mówić, co chciał. Mógł się uśmiechać, prowokować ją, udawać, że już wygrał cały zakład. Jej zadaniem było tylko trafić. Wzięła spokojny oddech. Przez moment pozwoliła sobie całkowicie wyciszyć głowę. Huk pierwszego strzału przeszedł przez salę, ale Clea nawet nie drgnęła. Drugi. Potem trzeci. Każdy kolejny był bardziej pewny. Nie spieszyła się, nie próbowała nadrabiać szybkością. Pozwoliła sobie na dokładność. Problem w tym, że Clea miała wyjątkowo duży talent do przeszkadzania samej sobie analizowaniem absolutnie wszystkiego. Tym razem jednak odpuściła. Po prostu strzelała. I tym razem każdy kolejny wynik na tarczy wyglądał lepiej. Przy którymś z ostatnich strzałów poczuła, że wróciła jej pewność siebie. Nie ta irytująca, która pojawiała się chwilę przed pierwszą rundą, kiedy była przekonana, że pójdzie jej świetnie. Ta właściwa. Spokojna. Opanowana. Wiedziała już, że potrafi. Teraz wystarczyło tylko tego nie zepsuć. Ostatni strzał wybrzmiał w pomieszczeniu i Clea opuściła broń. Przez chwilę jeszcze stała bez ruchu, a potem odłożyła ją zgodnie z zasadami. Zdjęła okulary ochronne i poprawiła włosy, tym razem bardziej z przyzwyczajenia niż po to, żeby kogokolwiek rozpraszać. Dopiero wtedy spojrzała na tarczę. I zatrzymała wzrok na wyniku.
Trzydzieści dziewięć. Jej brwi uniosły się lekko. To było znacznie więcej, niż zrobiła w pierwszej serii. Na tyle dużo, że przez krótką chwilę nawet sama nie miała ochoty udawać obojętności. Satysfakcja pojawiła się na jej twarzy zupełnie naturalnie. Mała, ale bardzo wyraźna.
—
No. — powiedziała spokojnie. —
Teraz już trochę bardziej przypomina to wynik, z którym mogę żyć. — Zerknęła na Renoir. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby na jej twarzy pojawił się ten znajomy, lekko zadziorny uśmiech. Nie musiała nawet mówić, że jest z siebie zadowolona. On i tak by to zobaczył. Nie należała do osób, które potrafiły dobrze ukrywać satysfakcję, kiedy naprawdę na coś zapracowały. Podeszła do tarczy jeszcze kawałek, przyjrzała się jej dokładniej i pokiwała głową.
—
Trzydzieści dziewięć. — powtórzyła, tym razem bardziej do siebie. —
Czyli jednak pierwsza seria była wypadkiem przy pracy. — odwróciła się do męża. Nie zamierzała oczywiście dać mu zapomnieć, że to właśnie on przed chwilą triumfował nad jej dwudziestoma dwoma punktami. Ale teraz sytuacja wyglądała już trochę inaczej. Pierwsza runda należała do niego. Druga dopiero czekała na jego odpowiedź. I choć Clea nie znała jeszcze jego wyniku, miała przynajmniej poczucie, że wróciła do gry. Co więcej, zaczynało jej się to coraz bardziej podobać. Właściwie właśnie dlatego lubiła rywalizację. Nie chodziło o to, żeby zawsze wygrywać. Chodziło o ten moment, kiedy coś nie wychodziło, człowiek zaciskał zęby, poprawiał to i próbował jeszcze raz. Dokładnie tak samo było z końmi. Nie każdy trening kończył się sukcesem. Nie każdy koń reagował od razu. Czasem trzeba było powtórzyć coś pięćdziesiąt razy, zanim w końcu zadziałało. I Clea chyba właśnie dlatego tak łatwo przenosiła tę mentalność na wszystko inne. W tym przypadku na własnego męża.
—
Widzisz? — rzuciła, opierając się biodrem o blat. —
Wystarczyło, że przestałam się przejmować twoim gadaniem. na moment zawiesiła wzrok na jego twarzy. —
Chociaż przyznam, że twoja metoda rozpraszania mnie była całkiem skuteczna. —uśmiechnęła się niewinnie. Wzięła butelkę wody, która stała obok jej stanowiska, i napiła się kilku łyków. Dopiero wtedy spojrzała jeszcze raz na tarczę. Trzydzieści dziewięć. Wynik był dobry. Nawet bardzo dobry. Ale oczywiście Clea już zaczynała dostrzegać te drobne rzeczy, które mogła zrobić lepiej. Jeden strzał mógł wejść odrobinę wyżej. Przy innym mogła ustawić się minimalnie inaczej. Gdyby poprawiła dwie rzeczy, pewnie byłoby jeszcze kilka punktów więcej. Taki już miała charakter. Mogła wygrać, a pięć minut później zastanawiać się, dlaczego nie wygrała bardziej. Renoir zresztą doskonale to znał. Znał ją na tyle długo, że prawdopodobnie już widział, jak w głowie analizuje kolejne strzały.
—
I zanim coś powiesz... — dodała, wskazując na niego palcem. —
nie, nie zaczynam się tłumaczyć. Po prostu stwierdzam fakt.— kącik jej ust uniósł się jeszcze wyżej. —
Pierwsza runda była twoja. Tego ci nie odbieram. Ale druga?— spojrzała wymownie na tarczę. —
Teraz twoja kolej, żeby pokazać, czy rzeczywiście zasłużyłeś na to całe świętowanie. — zrobiła mu miejsce przy stanowisku i cofnęła się o krok. Tym razem nie zamierzała od razu próbować go prowokować. Chciała zobaczyć, co zrobi, kiedy będzie musiał odpowiedzieć na jej wynik. A prawda była taka, że była trochę ciekawa. Renoir miał tę irytującą zdolność do zachowywania spokoju dokładnie wtedy, kiedy większość ludzi zaczynała się denerwować. Clea znała jednak kilka sposobów, żeby sprawdzić, czy ten spokój był prawdziwy. Na razie wystarczył jej uśmiech. —
No dalej. — powiedziała, krzyżując ręce na piersi. —
Pokaż mi swoje trzydzieści dziewięć. — po chwili dodała już z rozbawieniem: —
Albo przynajmniej spróbuj się do nich zbliżyć.
Renoir Delacroix