Ciężko było się z nim nie zgodzić. Spora część ludzi wymagała od osób publicznych wyłączności. Owszem, można było się rozwodzić i dyskutować na temat tego, jakim statusem osoby publiczne się odznaczają, jednak wiele osób zdawało się zapominać, że byli oni również, ciągle, ludźmi, więc należały im się ludzkie prawa i wolności. Alfie potrafił jednak słyszeć głosy zawiedzionych fanów, którzy stojąc godzinami pod hotelem, w którym zatrzymał się ich idol, nie otrzymywali tego, co chcieli. Było to frustrujące i blondyn zdawał sobie z tego sprawę. Wiele osób mówiło, że ludzie są sławni jedynie ze względu na swoich fanów, więc powinni oni być im wdzięczni i w jakiś sposób się odwdzięczać. Tym co jednak do ludzi nie docierało było to, że wszelkie sławy sprzedawały nie siebie, ale produkty, które ich do tej sławy zbliżyły – filmy, seriale, piosenki czy książki.
Alfie w sławie i zafascynowaniu widział jednak coś niesamowicie pociągającego. Wizja rąk wyciągniętych w jego stronę i ludzi krzyczących jego imię kusiła niczym syreni śpiew. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo lubił przyciągać uwagę, zwłaszcza, że nie była ona czymś, co sprawiało mu największą przyjemność. Potrzebował jej jednak równie mocno, jak narkoman swoich używek. Chciał czuć na swojej skórze czyjś ciepły dotyk, żar oddechu i ciężar innego ciała. Pragnął, by ludzie szeptali mu do ucha i uśmiechali się na jego widok. Nie wierzył, że był zepsuty, ale gdzieś głęboko kryła się pewna pustka i wybrakowanie, które zapełniała poświęcana mu uwaga. Ta niemalże patologiczna potrzeba wywołana była pewnie faktem, że połowę swojego życia spędził w domu dziecka, gdzie uwaga opiekunów musiała zostać rozdzielona na dziesiątki wychowanków. Nigdy wiec nie miał nikogo dla siebie. Dopiero gdy został adoptowany i zasmakował tego, co inni ludzie mogą mu dać – utonął w tym uczuciu.
Istniał jednak również nieco inny rodzaj przyjemności, taki który dawała mu świadomość tego, że miał czyjąś uwagę. Teraz w towarzystwie Arthita czuł właśnie to. Znał go, oczywiście, więc wiedział kim mężczyzna był i jaki posiadał status. Świadomość tego, że piosenkarz spędzał swój czas akurat z nim wyjątkowo przyjemnie łechtała jego ego. Nie liczyło się to, czy w swoim towarzyskim orszaku Arth posiada kolekcję podobnych mu osobników bądź osobniczek. Liczyło się tylko to co tu i teraz.
Był na narkotycznym haju, który zapewniała mu jego uwaga.
–
Masz rację – przyznał, kiwając lekko głową. Nie chciał udawać, że było inaczej i sprzeczać się z nim. Zdanie Blooma, nawet jeśli byłoby w tej sytuacji inne, to i tak by się nie liczyło. Nie miał również takiej sławy, jak jego klient, żeby móc wypowiadać się na ten temat, bo brakowało mu doświadczenia i odpowiedniej perspektywy. –
Ludzie lubią przekraczać granice – uznał, dodając szybko. W obecności ludzi sławnych oraz w ważnych dla nich momentach, ludzie potrafili zachowywać się irracjonalnie. Nie chciał usprawiedliwiać działania, które pchnęły kogoś do tego, żeby oblać Artha alkoholem, ale w jakiś sposób potrafił to zrozumieć. On sam miał momenty, w których, gdy coś nie szło po jego myśli, to miał ochotę krzyczeć i rzucać przedmiotami, które akurat miał w dłoni. Nad impulsami się nie panowało.
–
Wydaje mi się, że był zajęty kilkoma innymi osobami – przyznał, chociaż tak właściwie nie był pewny, co ochroniarz robił, bo sam skupił się na tym, co działo się z Arthem i w konsekwencji próbował odsunąć od niego osobę, która go oblała. Prawdziwym cudem sam wyszedł z tego bez szwanku, bo doszło do niewielkiej szarpaniny, dopóki napastnikiem nie zajął się ochroniarz.
–
Mam powiedzieć kierowcy, żeby się rozebrał? – zapytał rozbrajającym tonem. Wiedział, że jego towarzysz nie był w najlepszym nastroju, niemniej jednak nie znaczyło to, że nie mógł go jeszcze trochę podrażnić. Alfie nie był łagodny w obyciu, jeśli ktoś nie powiedział mu, że ma być, co zdarzało się dość łatwo, bo jego klientom podobał się jego charakter.
Pozwolił, by Arth się o niego oparł. Lubił czuć na swoim ciele ciepło i ciężar innego. Przypominało mu to, że znajduje się w konkretnym miejscu i czasie, a nie dryfuje gdzieś z szarej nicości codziennego życia. Było to przyjemne uczucie. Spojrzał na niego z boku i na jego twarz oświetloną teraz światłem ekranu jego telefonu.
–
Daj już temu spokój na chwilę – powiedział, biorąc jego dłoń i telefon w swoje ręce. Udało mu się odebrać jego telefon i wrzucić między jego nogi, a w samochodzie znowu zrobiło się ciemno, jednak jego oczy całkiem nieźle widziały kontur twarzy Rattanakosina. –
Jesteś przystojny, utalentowany i do niedawna byłeś jeszcze też całkiem nieźle ubrany… ludzie będą mówić i pisać tylko o tym, że jakiś idiota, czy idiotka zniszczyła ci dzień, a ty zachowałeś zimną krew i spokój w całej tej sytuacji… Będą cię uwielbiać jeszcze bardziej – odwrócił się w jego stronę. Przesunął dłonią po jego karku i wsunął w jego włosy, zaczynając delikatnie głaskać go po głowie.
Arthit Rattanakosin