Czas spędzony na tym całym statku nie był aż taki zły, jak mogłoby mu się wydawać. Oczywiście nie były to w pełni jego klimaty, bo jakby nie patrzeć, ci ludzie to już tłum. Musiał jednak przyznać, że przebywanie przy Sennie było dość uspokajające. I to nie tym sensie, że się czegoś obawiał. Zwyczajnie zaczął przyłapywać się na tym, że jej obecność nie była przeszkadzająca, a sam fakt, że była obok była… w porządku. I czasami nawet porządna. Wolał ją mieć przy sobie, niż jak gdyby miała się gdzieś zapodziać. Jak była w powietrzu, to nie było problemu, zwłaszcza, że jak wracała to wręcz promieniowała. I chociaż jej dobry kolega nieco zjebał jej humor kilka dni temu, to dzięki temu wiedział o niej nieco więcej.
I rozumiał więcej. Z jej perspektywy.
Wtedy jednak nastąpiło coś niespodziewanego. Wyrwano ich z łóżek, albo raczej, jego koleżankę, która musiała szybko trafić na pokład maszyny bojowej. Alarm został podniesiony, to teraz należało działać. Nie musiał się ubierać, ale to zrobił. Automatycznie. Aby być w gotowości, w razie potrzeby. Jakby faktycznie miał iść, jakby miał coś zrobić. Miał na tyle doświadczenia w terenie, że mógł się spodziewać ataku, a jako człowiek czynu, musiał być gotowy na wszystko.
Ubrał się bardzo szybko i wybył praktycznie zaraz za dziewczyną, nie tracąc jej z zasięgu wzroku. I chociaż wszystko działo się bardzo szybko i w dość sporym popłochu, Damon nie tracił na czujności. Skanował spojrzeniem całe otoczenie, ludzi, którzy się uwijali. Pracowników, pilotów. Zatrzymał się dopiero, jak był u góry, a Senna kierowała się w stronę maszyny, do której wsiadła bardzo sprawnie. Nie zdołał jej nic powiedzieć. Prawdopodobnie nawet by nie mógł. Nie umiałby. Odprowadził ją po prostu spojrzeniem, w duchu licząc na to, że… po prostu nic się nie stanie. Dlaczego? Zwyczajnie, nie miał powodu. Może dlatego, że naprawdę ją polubił.
I przez te kilka dni się do niej zbliżył. Na swój upośledzony sposób.
Ruszyła. Wyleciała w powietrze, a on odprowadził ją spojrzeniem, dopóki nie zniknęła mu z pole widzenia. Wtedy dopiero przeszedł za ludźmi, a dokładniej w miejsce, gdzie ktoś obserwował czerwone kropki poruszające się po planszy. Może nie miał doświadczenia jeśli chodziło o pilotowanie, ale domyślał się, że czerwoni to byli sojusznicy. W tym jedna z nich to Senna.
—
Co się dzieje — zapytał kogoś, aby wyjaśnił mu na co patrzy. Bo domysły domysłami, ale on wolał wiedzieć i rozumieć. Dlatego zaczepił przypadkową osobą i wymusił na niej zatrzymanie. —
Tłumacz. — I chociaż początkowo ktoś się stawiał, bo miał coś do zrobienia, to w końcu, pod silną presją Damona, zdecydował się pomóc. Chłopak więc miał własnego tłumacza, który opowiadał mu całą tą gadaninę między pilotami. Nie znał się na tych hasłach, nie znał się na ich protokołach oraz hasłach, dlatego musiał mu je początkowo wytłumaczyć jego nowy kolega, którego imienia nie znał. Łapał szybko, więc w pewnym momencie zaczął rozumieć kolejne polecenia oraz informacje. Nawet w pewnym momencie uśmiechnął się pod nosem, kiedy okazało się, że Senna, której głos wciąż słyszał w jednym z głośników, zestrzeliła kolejnego wroga. —
Zdolniacha — skomentował sam do siebie.
Nawet nie wiedział, że był napięty. Bardzo. Każdy mięsień na jego ciele był w tej chwili jak skała, gotowy do ewentualnej reakcji, jakby ktoś chciał zaburzyć jego równowagę. Słuchał, ale podświadomie się denerwował. Nawet jeśli Sennie szło dobrze. Wydawałoby się, że to będzie szybki koniec, ich triumf. Ale oczywiście, gdy traci się czujność, wtedy dzieje się najwięcej rzeczy.
Nagle stracono łączność.
Z nią.
—
Co się stało? — spytał Damon, a jego nowy kolega mu nie odpowiedział. Dlatego szarpnął nim bardziej, ale chłopak trzęsącym się głosem powiadomił go, że kolejna maszyna została zestrzelona. Z jego koleżanką na pokładzie.
Serducho mu się ścisnęło. Niespodziewanie.
Wyszedł. Musiał się przejść. Rozchodzić. Musiał działać. Nie mógł po prostu tego tak zostawić. Została trafiona, łączność przerwana, ale na mapie wiedział gdzie jej kropka zniknęła. I nie było to nad wodą. Jeśli coś się stało, jeśli była ranna, to potrzebowała pomocy, a tam? Tam się nikt nie kwapił do tego, aby wysłać cokolwiek do ludzi, którzy dla nich pracowali. Normalnie to rozumiał. Ludzie zostali straceni, pora ruszyć dalej.
W tym przypadku jednak czuł inaczej.
Wrócił się do pokoju. Musiał zabrać kilka rzeczy, bo tam nikt nie palił się do czegokolwiek. Sięgnął po plecak, spakował wszystko to czego potrzebował, a potem wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Skierował się w odpowiednią stronę, w miejsce, które pamiętał, że jest mu potrzebne. Tam, gdzie trzymano maszyny lotnicze. Potrzebował jednej.
Czy umiał latać? Nie. Ale czy to miałoby mu przeszkodzić? Również nie.
Znalazł kogoś. Przypadkowego człowieka, dość wystraszonego, właśnie wychodził. Złapał go za ramię i zatrzymał, zaciągając przed siebie. Zatrzymał się dopiero przy jednym ze śmigłowców. Nakazał mu go włączyć i zrobić mu szybką lekcję z latania. Damon był bardzo inteligentny. Nie był może emocjonalnie dostępny, ale bardzo szybko łapał nowe rzeczy. Bardzo szybko się uczył. Słuchał więc, nawet jeśli Ziejun nie chciał mu zbyt wiele zdradzać. Musiał go trochę sponiewierać słownie oraz bardzo dosadnie przekonać, ale w końcu dostał instrukcję. Łopatologiczną, dla idiotów, ale miało mu wystarczyć na lot w stronę Syberii. I chociaż dostał też masę ostrzeżeń, kazał mężczyźnie wypierdalać, a jak ktoś zapyta - nie wie co się stało. Miał go jeszcze wypuścić w przestrzeń powietrzną.
Włączył maszynę. Zgodnie z poleceniami zrobił wszystko, co powinien, a potem pociągnął za drążek, który podniósł go do lotu. Początkowo lot był chwiejny, ale dość szybko załapał to na tyle, aby móc się przemieszczać. I nie obchodziło go, że nie powinien. Nie interesowało go to, że mógł lecieć w paszczę lwa. Jego główną dewizą była lojalność, a jeśli ona zaliczała się do grona jego bliższych osób… to po prostu musiał ją znaleźć. Nawet jeśli miała być martwa.
Nie był to lot jego życia, ale był on pierwszy. Najważniejszym było to, aby odnaleźć dym, a także rozbitą maszynę. Na całe szczęście, na białym śniegu Syberii, dość łatwo było odszukać szczątki myśliwca. Podleciał niżej, ale lądowanie… lądowanie już nie było takie łatwe, jak wznoszenie się w powietrze. Dlatego było ono dość ciężkie. I twarde.
Generalnie rozjebał trochę maszynę. Na całe szczęście siebie nie tak bardzo.
Wyszedł z maszyny, czując się nieco obolały, ale fakt, że był poobijany i nieco pokrwawiony ze względu na rozbicie, wcale niczego nie zmieniał. Pierwsze co zrobił po tym, jak jego nogi stanęły na śniegu, były poszukiwania. Spojrzeniem zlustrował okolicę, mając nadzieję, że znajdzie jakikolwiek ślad dziewczyny. A najlepiej to ją samą. Kiedy tylko doszedł do jej wraku… nie znalazł jej tam. To mogła być bardzo dobra wiadomość, bo żyła, ale równie dobrze mogła być zła - bo mogła zostać przechwycona przez wroga. Przeklął więc pod nosem i rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie widział.
Znalazł jednak ślady. Ciężkie, z drobnymi śladami, ale odznaczające się na ziemi. I to właśnie nimi zaczął podążać, w nadziei, że gdzieś go doprowadzą.
Candace Callahan