ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
157 cm
crisis counselor 988: Suicide Crisis Helpline
Awatar użytkownika
[white noise]
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

MAIN QUEST: The Prodigal Daughter Returns
[Throw a fit or throw a matcha at Balzac's Coffee Roastery — 0/1]
Kawiarnia jest wyższa, niż powinna.
Nie chodzi tylko o sufit — choć ten naprawdę ciągnął się w górę, ciężki od żyrandola, którego światło rozlewało się ciepło, ale nierówno. Chodziło o sposób, w jaki dźwięki odbijały się od ścian i wracały z opóźnieniem. Kroki na kafelkach były wyraźniejsze. Głosy — bardziej ostre, jakby ktoś podkręcił ich kontur. Zapach kawy mieszał się z czymś słodkim, może wypiekami stojącymi na ladzie, jak i czymś... trawiastym. Para unosiła się znad ekspresu, ludzie przesuwali się powoli między stolikami. Ktoś śmiał się przy oknie, ktoś inny przeglądał telefon przy małym, okrągłym stoliku.
Misty stała w kolejce. A właściwie — jej ciało, bo ona sama była gdzie indziej.
Od trzech miesięcy to wyglądało podobnie. Toronto było znajome, ale nie do końca swoje. Każde miejsce porównywała — bezwiednie — do tych kilku kawiarni w Kapsztadzie, do których trafiała czasem, kiedy akurat mogła sobie na to pozwolić. Tam światło wpadało inaczej. Było chłodniejsze, bardziej miękkie. Ludzie mówili ciszej, jakby nie było potrzeby zagłuszania przestrzeni. Tutaj wszystko było szybsze. Bardziej konkretne. Aż głowa bolała...
Ktoś przed nią się przesunął. Ktoś odebrał zamówienie. Ktoś powiedział jej coś — pewnie barista — ale nie zarejestrowała słów. Misty zrobiła krok do przodu. Potem kolejny. Podeszwy białych vansów ślizgały się po wysłużonej, kamiennej posadzce. A potem — nagle — trzymała kubek. Matcha była ciepła, niemal za bardzo. Kartonowy rękaw na kubek — lekko wilgotny od pary. Napój poruszał się delikatnie przy najmniejszym ruchu dłoni. Nie pamiętała momentu płacenia. Nie pamiętała, czy coś powiedziała. Obróciła się, żeby odejść od lady i wtedy telefon zadzwonił. Dźwięk był krótki, ostry — wyrwany z ciszy, której tak naprawdę tam nie było. Wibrował w kieszeni, nagle zbyt obecny.
Misty zareagowała automatycznie. Jedną ręką trzymała kubek. Drugą sięgnęła do kieszeni, już wyciągając telefon, już skupiona na tym jednym, prostym ruchu. Nie spojrzała przed siebie. Wpadła na kogoś. Nie było to zderzenie mocne. Wystarczyło jednak, żeby zaburzyć równowagę. Kubek przechylił się. Za bardzo, zbyt szybko. Matcha wylała się gwałtownie — ciepła, gęsta, rozpryskująca się na rękę Misty, na jej ubranie — biała koszulka i jasnoniebieskie spodnie kontrastujące z żonkilowym włosiem — na podłogę… i na osobę, w którą właśnie wpadła. Przez ułamek sekundy wszystko jakby zwolniło. Potem wrócił ruch.
O, cholera... Przepraszam!
Słowa uciekły niej za szybko, nierówno, jakby próbowała nadrobić samym tempem. Cofnęła rękę, próbując jednocześnie utrzymać resztki napoju w kubku i znaleźć coś — cokolwiek — czym mogłaby to wytrzeć. Serwetki. Ścierkę. Cokolwiek. Jej ruchy były chaotyczne, zbyt szybkie jak na coś, czego nie dało się już odwrócić. Podniosła wzrok — najpierw zobaczyła szczegóły. Linia szczęki. Sposób, w jaki ta osoba stała — pewnie, nawet teraz, z plamą na ubraniu. Spojrzenie, które było zbyt znajome, żeby je zignorować.
Rozpoznanie przyszło sekundę później.
Misty zamarła. Ręka, która jeszcze chwilę temu sięgała po serwetki, zatrzymała się w pół ruchu. Telefon nadal tkwił gdzieś w jej dłoni, zapomniany. Dźwięki kawiarni wróciły, ale jakby przytłumione, odsunięte na drugi plan.
Nie widziała jej od lat. Nie napisała ani razu. Nie zadzwoniła. Zniknęła — dokładnie tak, jak zawsze robiła, a teraz stała tu, naprzeciwko niej, w środku przypadkowej kawiarni, z jej własną matchą rozlaną między nimi, jak plamą krwi w miejscu zbrodni, tylko zieloną.
Hana? — Cicho, ostrożnie. Jakby nie miała pewności, czy ma prawo się wypowiadać. I wtedy zakłopotanie wróciło — mocniej, ciężej, już nie tylko przez samą sytuację. — Ja... Ja przepraszam! Ja- ja nie patrzyłam. I telefon—
Zdania się rwały. Urwały w połowie. Jej ręce znów zaczęły się ruszać — szukać, wycierać, poprawiać coś, czego nie dało się poprawić, jakby próbowała naprawić nie tylko rozlaną matchę.

🍵Hana Nilsinger 🍵
gall anonim
29 y/o
For good luck!
161 cm
menadżerka eventowa w Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
so let's say it's working out, you pretend to love his mother, lying to your friends about how he's such a goddamn good lover
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

{ 1 }
Nikt nie lubił poniedziałków — oprócz Hany Nilsinger.
Stwierdzenie, że lubi początek tygodnia, który wielu ludzi wiązało z rozpoczęciem maratonu w pracy, przyzwyczajaniem się do codziennej rutyny po weekendowym chillowaniu lub ogarnianiem wszystkich spraw, które odłożyli „na przyszły tydzień”, może dla niektórych brzmiało jak chęć wyróżnienia się na siłę… ale poniedziałek naprawdę był najspokojniejszym dniem w jej harmonogramie.
Wtorki i czwartki — pilates. Środy — giełda ślubna pod Toronto. Piątkowe poranki — długi i nudny brunch z przyjaciółkami. Sobota — pilates. Niedziela — obiad u przyszłych teściów lub u rodziców, co tydzień gdzie indziej. A gdzieś w międzyczasie milion telefonów i emaili, sprawy do załatwienia, spotkania z resztą teamu lub z podwykonawcami, nie wspominając o planowanych eventach, które bardzo często odbywały się w weekendy i tyle było z odpoczynku Hany.
Poniedziałek był tym jednym dniem w tygodniu, kiedy jeszcze nikt nic od niej nie chciał; bo spraw zaległych z poprzedniego tygodnia nie zdarzało jej się mieć. Zazwyczaj.
Tym razem stała w kolejce po swoją ulubioną karmelową latte na mleku owsianym i starając się nie przeszkadzać innym klientom, prowadziła gwałtowną rozmowę przez telefon.
To znaczy — gwałtowna była jej rozmówczyni. Hana… po prostu starała się zachować powagę.
Była jednak tak zaangażowana w wysłuchiwanie absurdalnych żądań swojej klientki, że nieszczególnie zwracała uwagę na to, co dzieje się dookoła niej. Robiła właśnie mentalne notatki dotyczące uwag pani Harrison, kiedy z tego zamyślenia wyrwało ją kilka bodźców jednocześnie.
Coś ciepłego i mokrego pokryło długi rękaw w kolorze złamanej bieli.
Czyjś głos — brzmiący znajomo, ale jakby odlegle — zaczął rzucać w jej stronę gwałtowne przeprosiny.
Nic się nie sta-… — zaczęła mówić, zanim jeszcze zarejestrowała sprawczynię całego tego ambarasu. — Nie, nie mówię do pani, pani Harrison, może pani sekundkę…? — Chyba nie mogła sekundkę. — Za momencik do pani wrócę.
Odsunęła telefon od ucha i zapewne w normalnych okolicznościach zaczęłaby od oględzin miejsca zbrodni popełnionej na jej perfekcyjnie dopasowanej koszuli, ale coś innego przykuło jej uwagę. Czy raczej — ktoś inny. Żółte włosy z odrostem tak dużym, że wyglądał na celowy zabieg estetyczny, jaskrawa zieleń matchy na białym tiszercie, ale co najważniejsze — pociągła, szczupła twarz, która nie mogła należeć do nikogo innego.
Misty! O rany, nie wierzę, że cię tutaj…
Pełne gniewu skrzeczenie w słuchawce zahamowało jej nagły entuzjazm.
Och, no tak… Pani Harrison? Jest tam pa-…? — Była. — Przepraszam, miałam tu drobny wypa-… nie, nie, żyję, więc oczywiście, możemy skończyć rozmowę. — Oczami dała znak zakłopotanej Misty, żeby ta czasem nie pomyślała, żeby tak po prostu zbiec z miejsca zdarzenia. Dla pewności Hana poprawiła gestem, który nie mógł oznaczać nic innego, jak „chodź za mną”. — Niestety, ale chyba nadal nie do końca rozumiem, co pani ma na myśli mówiąc „minimalistyczny przepych” — westchnęła w eter. — Te dwa pojęcia trochę się wykluczają, dlatego…
Z słuchawki dobiegło coś przypominającego wysoki gulgot.
Rozumiem, że to dla pani ważne, ale…
Kolejna porcja skrzeczenia, tym razem jeszcze oktawę wyżej.
Dobrze, dobrze, rozumiem. Czyli elementy złote i kryształkowe, i brokat, i róże, i wstążki też zostawiamy…? Ach, ma pani oczywiście rację, jeszcze pióra i złote niteczki… proszę? Aha… — Mina wyraźnie jej zrzedła, chociaż w kącikach ust czaiło się rozbawienie. — Oczywiście, te złote niteczki to już by było zdecydowanie za dużo na przepyszny minima-… to znaczy, jak to było, „minimalistyczny przepych”. Mhm, tak, zdecydowana przesada. — Starała się powstrzymać przewrócenie oczami, ale bezskutecznie. — W kwestii pokazu pirotechnicznego muszę się jeszcze dowiedzieć co i jak, więc zadzwonię do pani później, dobrze? Tak? No, to do usłyszenia!
Kliknęła czerwoną słuchawkę zanim pani Harrison zdążyła wyskrzeczeć coś więcej.
Pięćdziesięciotrzyletnia wdowa po milionerze z Nowej Szkocji — rzuciła do Misty porozumiewawczym tonem, jakby miało jej to coś mówić. Zaczęła pobieżne oględziny zniszczonej koszuli, ale nie wydawała się tym przesadnie zainteresowana. — Wychodzi za mąż po raz czwarty i zażyczyła sobie… no, wszystkiego. Ale mniejsza z tym, mniejsza z tym. Powiedz mi lepiej, czy ty… serio lubisz to pić? — Wymownie uniosła rękę, wskazując na wielką plamę z matchy.
Z tysiąca pytań, jakie powinna zadać dawnej przyjaciółce po kilku latach, wybrała właśnie kwestię zielonego paskudztwa, którego resztki jedna z pracownic zaczęła zmywać z kafelków.


🌻Misty Sloane🌻
Ostatnio zmieniony pt maja 01, 2026 8:47 pm przez Hana Nilsinger, łącznie zmieniany 1 raz.
bruh
narracja pierwszoosobowa, niechlujne posty i prowadzenie rozgrywki w kilku czasoprzestrzeniach jednocześnie
33 y/o
For good luck!
157 cm
crisis counselor 988: Suicide Crisis Helpline
Awatar użytkownika
[white noise]
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Misty zawahała się na ułamek sekundy, jakby pytanie było bardziej skomplikowane, niż powinno. Jej spojrzenie uciekło najpierw w dół — na rozlaną matchę, na ręce, które nadal nie wiedziały, gdzie się podziać, na baristkę energicznie wycierającą mopem miejsce zbrodni — ale zaraz potem wróciło do Hany i zatrzymało się odrobinę za długo. Nie tylko dlatego, że jej nie widziała od lat. Było w tym coś jeszcze — trudne do uchwycenia, niewygodne, jak znajome uczucie, które wraca w nieodpowiednim momencie. Coś, co nie miało jeszcze nazwy, więc łatwiej było to zignorować, niż spróbować zrozumieć.
A może? Może powinna?
Misty poczuła lekkie napięcie w klatce piersiowej. Nie nagłe, nie ostre — raczej powolne, rozchodzące się, jakby jej ciało reagowało szybciej niż myśli. Coś w niej już wiedziało, że to spotkanie nie jest obojętne, ale ona nie potrafiła zrozumieć.
Co jest osobliwego w rozlaniu herbaty na dawną przyjaciółkę?
Tak. — Za krótko i za prosto, Misty. Palce mocniej zacisnęły się na kubku. Resztki matchy wezbrały a ona odetchnęła cicho, jakby dopiero po chwili zorientowała się, że wstrzymała oddech. — Jest… lepsza, niż wygląda. — Kącik jej ust drgnął minimalnie, ale nie był to pełen uśmiech. Bardziej coś ostrożnego, jakby sprawdzała, czy może sobie na to pozwolić. — Tak, wiesz. Tak na sicher. I jest zdrowa... też. Wydłuża medytację buddyjskich mnichów. I... i farbuje kluski. — Przełknęła ślinę, zdając sobie sprawę, że najpewniej zafarbowała biel koszuli Hanny na amen i na sicher. — Takie, wiesz, ryżowe. Japońskie. Chyba dango... Tak je nazywali w tamtym podcaście.
Na moment zapadła cisza. Misty patrzyła na Hanę już uważniej — nie tylko rozpoznając, ale jakby próbując nadrobić te wszystkie lata w jednym spojrzeniu. Zauważała szczegóły, których wcześniej by nie analizowała: sposób, w jaki trzymała telefon, jak układały się jej ramiona, jak mówiła. Wniosek: zbyt dużo, zbyt szybko.
Przełknęła to i spróbowała wrócić do czegoś bezpieczniejszego.
Ty dalej… — zaczęła, ale urwała. To z kolei zbyt osobiste i zbyt bezpośrednie, co pojawiło się w jej głowie, więc zmieniła kierunek: — Nadal organizujesz całą aranżację na ślubach i weselach ludzi z pieniędzmi? — Jej głos był spokojniejszy, bardziej ułożony — ten sam ton, którego używała, kiedy chciała utrzymać sytuację w ryzach. Sięgnęła w końcu po serwetkę z najbliższego pustego stolika i przesunęła nią po krawędzi kubka. Potrzebowała czegoś konkretnego pod palcami, żeby się zakotwiczyć w rzeczywistości. — Brzmiało… intensywnie. — Zmięła namoknięty papier w kulkę i rozejrzała się za śmietnikiem, ale zamiast niego, Misty znów natknęła się na Hanę — i tym razem nie od razu odwróciła wzrok. Coś w niej chciało się cofnąć. Zamknąć to. Zostawić na poziomie przypadkowego spotkania, ale coś innego — cichsze, mniej oczywiste — kazało jej zostać. — I… — Zawahała się. Widać było, że cokolwiek jej przyszło do głowy, nie było planowane. Jej spojrzenie na moment zsunęło się niżej, jakby łatwiej było to powiedzieć, nie patrząc bezpośrednio. — Fajnie cię widzieć.
Cicho, bez obrony i bez tłumaczenia. To nie było wielkie wyznanie. Raczej coś małego, ale ciężkiego — coś, co leżało gdzieś pod powierzchnią już od dawna. Kiedy podniosła wzrok z powrotem na Hanę, coś w jej postawie było inne. Nadal spięta. Nadal nie do końca pewna, ale już nie wycofana. Jakby — wbrew sobie — Misty zaczynała być trochę bardziej obecna, niż planowała, gdy przekroczyła próg Balzac's.

🍵 Hana Nilsinger 🍵
gall anonim
29 y/o
For good luck!
161 cm
menadżerka eventowa w Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
so let's say it's working out, you pretend to love his mother, lying to your friends about how he's such a goddamn good lover
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wyglądała na przekonaną wszystkimi argumentami, dla których matcha miała być super napojem, ale nie było to przecież wcale najbardziej interesującą ją kwestią. Prawdę mówiąc kiedy już strzeliła tym pytaniem o napar z trawy, przez jej głowę przemknęło kilkanaście kolejnych, które z jednej strony wydawały się bardziej uzasadnione, ale jednocześnie… bardziej nie na miejscu. Nie do końca wiedziała, jak powinna się zachować, kiedy zaskoczenie mieszało się ze szczerą radością i echem dawnego przywiązania, które zmuszały ją teraz do uśmiechania się od ucha do ucha.
Ciebie też dobrze widzieć — odparła ciepło, mierząc Misty wzrokiem od stóp do głów, zupełnie jakby nie mogła wciąż uwierzyć w to, że się tu spotkały. — Świetnie wyglądasz! To znaczy, pewnie byłoby jeszcze lepiej bez tej wielkiej plamy, ale… no, wiesz co mam na myśli. — Zaplątała się trochę w swoich tłumaczeniach i z jakiegoś powodu zrobiło jej się głupio, więc buczący w kieszeni telefon niemal ją ucieszył. Przelotnie rzuciła wzrokiem na wyświetlacz.
Och, to Nate. Nic się nie stanie, jak do niego później oddzwonię. — Widziała, że Misty już otwiera usta, zapewne by powiedzieć coś w stylu „odbierz, i tak muszę lecieć”, więc kontynuowała. — Na pewno dzwoni, żeby powiedzieć, że spóźni się na obiad. To norma. On… no wiesz, dużo pracuje.
Ledwie dostrzegalny grymas przemknął przez jej twarz, gdy spuściła wzrok na swoje dłonie. Pierścionek zaręczynowy z ogromnym diamentem w szlifie markizowym — przepiękny zdaniem jej matki, odpowiednio kosztowny zdaniem jej ojca, wymarzony zdaniem jej „przyjaciółek” — nie pasował do pozostałej, raczej subtelnej biżuterii. Wysuwał się na pierwszy plan, ale w sposób raczej nachalny niż korzystny. Hana zaczęła nieco nerwowo obracać ozdobę na palcu. Nie rozumiała, o co chodzi i dlaczego czuje się w ten sposób, ale atmosfera wydawała się dziwnie napięta; zrzuciła to jednak na okoliczności.
Ostatecznie w pewnym momencie wydawały się z Misty prawie nierozłączne, a mimo tego ich przyjaźń… po prostu rozeszła się po kościach. Bez dramatów, bez zawiedzionego zaufania, bez obgadywania za plecami. Każda z nich poszła w swoją stronę i jakimś cudem ich ścieżki skrzyżowały się znowu w tej konkretnej kawiarni.
Nic wielkiego.
A jednak Hanie trochę zaschło w gardle. Z trudem przełknęła ślinę.
Ile ci tego zostało? — Zajrzała do kubka Misty, wypełnionego teraz może w jednej trzeciej. — Chodź, zamówię ci nową i usiądziemy, co? Nawet nie waż się odmawiać! Oblałaś mnie tym paskudztwem, to chociaż możesz ze mną pogadać chwilę czy dwie! — Profilaktycznie pogroziła kobiecie palcem i zaraz pociągnęła ją w stronę kontuaru. Baristka popatrzyła na nie trochę spode łba; jakby podejrzewała, że za chwilę znowu coś rozleją na świeżo umytą podłogę.
Tym razem misja zakończyła się sukcesem — zarówno świeża matcha Misty, jak i mrożone latte Hany dotarły do najbliższego wolnego stolika w całości.
No, to jest to… — mruknęła Hana, pociągając łyk napoju. Chciała o coś zapytać, ale kiedy podniosła wzrok na Misty, przyłapała ją na wpatrywaniu się w jej pierścionek. W pierwszej chwili rozsądek (lub lojalność) podpowiedział, by rzucić jakąś lekką uwagę. „Ładny, prawda?” lub „Pobieramy się w czerwcu!” nie przeszło jej jednak przez gardło. Zamiast tego wyciągnęła dłoń tak, by obie lepiej widziały błyskotkę.
Nie musisz mi mówić, że jest bardziej w stylu Nate’a niż w moim.


🌻Misty Sloane🌻
bruh
narracja pierwszoosobowa, niechlujne posty i prowadzenie rozgrywki w kilku czasoprzestrzeniach jednocześnie
33 y/o
For good luck!
157 cm
crisis counselor 988: Suicide Crisis Helpline
Awatar użytkownika
[white noise]
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Misty pozwoliła się poprowadzić.
Czuła się trochę tak, jakby nie do końca brała w tym udział — jej ciało nadążało za Haną, zanim głowa zdążyła zdecydować, czy w ogóle chce tu zostać. Usiadła naprzeciwko niej, obejmując nowy kubek obiema dłońmi. Za mocno. Ciepło uderzyło ją od razu — matcha była zdecydowanie zbyt gorąca, cienka warstwa kartonu nie dawała prawie żadnej ochrony. Skóra na palcach zapiekła, nieprzyjemnie, ostrzej, niż powinna, ale nie cofnęła rąk. Zamiast tego zacisnęła je mocniej, jakby ten ból był czymś zasłużonym... Jakby w ten sposób mogła trochę wyrównać to, co właśnie się wydarzyło. Rozlana kawa. Chaos. To, że znowu coś zrobiła nieuważnie, nie w porę.
Jak zawsze.
Dopiero po chwili zorientowała się, że materiał jej koszulki lepi się do skóry. Zielona plama zdążyła już lekko przyschnąć na brzegu, ale wciąż była wyraźna. Jaskrawa katastrofa nie do przeoczenia. Nagle zaczęła ją uwierać — fizycznie i gdzieś głębiej, jak coś, czego nie da się już zignorować. Przesunęła dłonią po materiale, jakby mogła to wygładzić. Jakby to coś zmieniło. Nie zmieniło.
Podniosła wzrok dopiero, kiedy Hana zaczęła mówić. Słuchała. Uważnie — zbyt uważnie, jak zawsze. Wyłapywała nie tylko słowa, ale i pauzy, drobne zmiany w tonie, moment zawahania przy imieniu Nate’a. To było automatyczne, niemal odruchowe. I znowu — coś znajomego. Nie konkretny człowiek. Nie sytuacja. Schemat.
Dużo pracuje.
Misty poczuła, jak coś w niej lekko się zamyka. Nie gwałtownie — raczej jak drzwi, które ktoś przymyka bez hałasu. Myśl przemknęła szybko, niemal bez słów, ale była wyraźna. Znała to aż za dobrze. Nie pozwoliła jej się rozwinąć. Zsunęła wzrok na kubek, jakby to wystarczyło, żeby ją uciszyć.
Nie musisz mi mówić, że jest bardziej w stylu Nate’a niż w moim.
Mhm. — Cicho i neutralnie.
Kiedy wszystko na moment zwolniło, jej spojrzenie — zupełnie mimowolnie — zatrzymało się na pierścionku. Za długo. Nie dlatego, że był ładny. Raczej dlatego, że był w ogóle obecny i narzucający się, jak coś, czego nie da się przeoczyć, nawet jeśli bardzo się chce.
Coś ścisnęło ją lekko w środku. Nie zazdrość. Coś bliżej oporu. Cicha niezgoda. Proste "nie". I czegoś jeszcze, trudniejszego do nazwania — może wspomnienia tego, jak łatwo można uwierzyć, że coś takiego coś znaczy. Zorientowała się, że się gapi. Za późno. Hana zauważyła.
Ja- ja nie, to nie o to... — Słowa wyszły zbyt szybko. Zbyt nerwowo. Jakby próbowała cofnąć coś, czego jeszcze nawet nie powiedziała. Jej palce jeszcze mocniej zacisnęły się na kubku. Ciepło stało się już prawie nieprzyjemne. Nie puściła. — Jest… — zawahała się, szukając słowa, które nie zabrzmi jak ocena. — Jest... wyraźny. — To było bezpieczne. Prawie. Kąciki jej ust drgnął minimalnie, ale nie poszedł za tym żaden uśmiech. Przez chwilę Misty wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś więcej. Coś prawdziwszego. Coś, co już zaczęło się formować gdzieś głębiej. Zatrzymała to. — Pasuje do… okazji. — Jej głos był spokojny, ale pod nim coś było napięte. Ledwo wyczuwalne.
Między nimi zapadła krótka cisza.
Misty przesunęła kciukiem po ściance kubka, ignorując fakt, że wciąż jest za gorący. Skupiła się na tym drobnym ruchu, jakby pomagał jej utrzymać się w tej chwili, nie odpłynąć gdzieś dalej. Podniosła wzrok na Hanę. Tym razem trochę pewniej. I dopiero wtedy — z lekkim opóźnieniem, po ciężkiej batalii z własnym przekonaniem — zapytała:
Planowałaś to już od dawna? — Nie patrzyła na pierścionek. Patrzyła na nią i tak została. — Ślub z Nate'm.
Ile ją ominęło, gdy próbowała przeżyć w kolorowej Brazylii i nad zimnymi wodami Kapsztadu?



🍵Hana Nilsinger 🍵
gall anonim
29 y/o
For good luck!
161 cm
menadżerka eventowa w Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
so let's say it's working out, you pretend to love his mother, lying to your friends about how he's such a goddamn good lover
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wzrok Hany dalej spoczywał na załamującej światło błyskotce; zupełnie jakby spodziewała się zobaczyć na twarzy Misty odbicie własnych wątpliwości, które nadeszły nie wiadomo skąd.
Nie wiadomo skąd — wygodniej było zanegować ich istnienie czy realność niż dopuścić do siebie myśl, że faktycznie ją nawiedzały. Nie cały czas, nie nachalnie, a po cichu; podkradały się w tych nielicznych chwilach, gdy jej umysł nie był skupiony na niczym istotnym — na kolejnej wymagającej klientce czy własnych przygotowaniach. Kiedy Hana naprawdę miała moment dla siebie i pozwalała swoim myślom odpłynąć… wtedy pojawiała się niepewność. A zaraz za nią automatyczna reakcja, coś, w czym najmłodsza Nilsingerówna była mistrzynią.
Pisanie usprawiedliwień.
„Po prostu mi się nudzi i szukam dziury w całym” — powtarzała sobie, gdy Nate po raz kolejny zirytował ją jakąś drobnostką. Przecież dało się żyć z tym, że zapominał jej czasem powiedzieć o swoich planach, nawet jeśli zmieniła dla nich własne. Każdemu się zdarza. Albo to, że po roku od przeprowadzki do nowego, pięknego mieszkania wciąż nie potrafił nastawić zmywarki na odpowiedni program. Drobnostka, głupota, nic, co przyćmiewałoby to, że jest przecież dobrym człowiekiem.
Obróciła pierścionek na palcu raz jeszcze, zanim podniosła spojrzenie na Misty.
To chyba było nieuniknione — powiedziała, zanim brzmienie tych słów do niej dotarło. — To znaczy… no wiesz, od początku traktowaliśmy się poważnie — poprawiła się niezdarnie, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. — Ślub to była kwestia czasu. Całkiem długiego czasu, według mojej matki, ale w końcu musiało do tego dojść…
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że brzmi to bardziej jak ustanowienie wyroku niż radosne plany, a lekki rumieniec wypłynął na jej twarz. Spróbowała ochłodzić rozpaloną głowę swoją mrożoną kawą, ale niestety bezskutecznie. Pociągnęła więc kilka długich łyków, by zyskać na czasie. Miała nadzieję, że Misty coś powie. Wejdzie jej w słowo, wyratuje z jej własnej nieoczekiwanej szczerości i powie coś w stylu „pewnie stres cię zjada”, bo to byłoby doskonałym wytłumaczeniem głupot, które właśnie plotła, ale nie doszło do tego.
Misty milczała.
Pamiętasz, jak kiedyś mówiłam Ci o tym, że ślub to dla mnie tylko formalność? Że nic nie zmienia i tak naprawdę i bez obrączki na palcu powinno się pamiętać o wszystkich słowach z przysięgi? No więc… z biegiem czasu chyba zmieniłam zdanie — tłumaczyła powoli i sama nie wiedziała, czy próbuje bardziej przekonać dawną przyjaciółkę, czy samą siebie. — Nie chodzi o papier czy obrączkę, tylko o poczucie, że ktoś chce być z tobą do końca życia…
Z jakiegoś powodu brzmiało to jak recytacja; chociaż Hana była pewna, że właśnie tak myśli, jej język był dziwnie sztywny, a usta odmawiały posłuszeństwa przy wypowiadaniu drętwych, ogólnikowych zdań. Kolejny łyk latte wcale nie pomógł, a pozbawiony oceny, choć wyraźnie badawczy wzrok Misty zmusił Nilsinger do odwrócenia spojrzenia, by zebrać kolejne słowa.
Jestem po prostu zmęczona, Misty, ale... kocham go.
Chociaż czasami zastanawiam się, czy on kocha mnie.


🌻Misty Sloane🌻
bruh
narracja pierwszoosobowa, niechlujne posty i prowadzenie rozgrywki w kilku czasoprzestrzeniach jednocześnie
33 y/o
For good luck!
157 cm
crisis counselor 988: Suicide Crisis Helpline
Awatar użytkownika
[white noise]
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Misty zatrzymała spojrzenie na pierścionku trochę dłużej, niż wypadało — nie dlatego, że był szczególnie piękny, choć pewnie był, tylko dlatego, że coś w jego obecności wydawało się… znajome. Zbyt znajome.
Palce same odnalazły kubek. Matcha była wciąż za gorąca, parzyła skórę, ale Misty nie cofnęła dłoni. Zacisnęła je mocniej, jakby to niewielkie ukłucie miało ją utrzymać w ryzach.
Hana mówiła dalej.
Misty słuchała.
Gdzieś pod powierzchnią tej rozmowy zaczęło się coś rozplątywać — cicho, nieproszone.
To było nieuniknione.
Na moment zobaczyła własne mieszkanie sprzed lat. Nie to ostatnie, tylko jeszcze wcześniejsze — mniejsze, ciaśniejsze, z wiecznie niedomkniętym oknem w kuchni. Daniel oparty o blat, mówiący coś o przyszłości, o planach, o tym, że "to naturalny krok". A ona stojąca naprzeciwko, z rękami schowanymi w rękawy, kiwająca głową trochę za szybko.

Traktowaliśmy się poważnie.

Głos Hany sprzed lat, miękki, przekonujący:
— Misty, nie możesz tak po prostu odpuścić. Ludzie przechodzą przez gorsze rzeczy. To normalne. Każdy związek miewa m o m e n t y…

Misty pamiętała, jak wtedy przytaknęła. Jak bardzo chciała, żeby to była prawda. Jak bardzo potrzebowała, żeby ktoś powiedział jej, że to, co czuje, to tylko przejściowe.

To była kwestia czasu.

Tak też to wtedy brzmiało. Nie jak decyzja, lecz jak coś, co i tak się wydarzy, niezależnie od niej.
Jej palce mocniej zacisnęły się na kubku. Ciepło stało się ostrzejsze, bardziej realne. Kiedy Hana mówiła o przysiędze, o tym, że to coś więcej niż papier — Misty przez ułamek sekundy zobaczyła własny ślub. Nie w szczegółach. Raczej w odczuciu. To krótkie zawahanie, kiedy ktoś mówił o "na dobre i na złe". I to, jak bardzo wtedy próbowała uwierzyć, że "złe" to coś, co da się przeczekać.

A potem głos Hany, znów gdzieś z tyłu głowy:
— Jeśli teraz odpuścisz, będziesz się zastanawiać całe życie, czy mogłaś zrobić
w i ę c e j.

I Misty została. Za długo. Teraz siedziała naprzeciwko tej samej osoby, słuchając tych samych konstrukcji zdań, tylko odwróconych w drugą stronę. Kiedy Hana powiedziała, że jest zmęczona — Misty uniosła wzrok. Kiedy dodała, że go kocha — coś w niej drgnęło — a kiedy zawiesiła zdanie na tym niedopowiedzianym "czy on kocha mnie" — Misty poczuła, jak bardzo łatwo byłoby teraz powiedzieć coś niewłaściwego.
Powiedzieć: uważaj.
Powiedzieć: to tak się zaczyna.
Powiedzieć: ja też tak mówiłam.
Albo nawet coś ostrzejszego. Tylko że Nate to nie Daniel, a ona nie była już tamtą osobą — Misty Night. Albo przynajmniej bardzo starała się nią nie być.
Wzięła cichy wdech i zrobiła to, co potrafiła najlepiej. Schowała się w czymś, co było bezpieczne.
To brzmi, jakbyś była bardzo zmęczona tym, żeby to wszystko trzymać razem. — Jej głos był spokojny. Ułożony. Dokładnie taki, jak powinien być. Nie spojrzała już na pierścionek. Na Hanę — tak. Uważnie, bez oceny. — I jakbyś jednocześnie bardzo chciała wierzyć, że to ma sens… — dodała ciszej. Na moment jej palce poluzowały uścisk na kubku. Potem znów lekko się zacisnęły. — Kiedy mówisz, że go kochasz… — zawahała się na ułamek sekundy. — Co to dla ciebie teraz znaczy? — Nie było w tym podważania. Raczej próba zatrzymania jej w tej jednej, szczerej chwili, zanim znowu przykryje ją czymś łatwiejszym. Misty przechyliła lekko głowę. — I co sprawia, że zaczynasz się zastanawiać, czy on czuje to samo?
To było bezpieczne. Znane. Profesjonalne. I wystarczająco daleko od wszystkiego, czego sama wciąż nie była gotowa nazwać.


🍵 Hana Nilsinger 🍵
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”