Są ludzie, którzy pojawiają się w życiu przypadkiem i zostają na chwilę. I są tacy, którzy pojawiają się równie przypadkiem… a potem zostają, bo ktoś musi.
W skrócie o Renley:
Była obiecująca bejsbolistka, której karierę brutalnie przerwał wypadek na uczelni, zakończony kontuzją i utratą stypendium. Nie ukończyła studiów, po nieudanej próbie odebrania sobie życia wróciła do rodzinnego domu, gdzie do dziś zmaga się z depresją, poczuciem straty i brakiem kierunku. Obecnie pracuje na nocne zmiany w podupadłym motelu, dorabiając jako dyskretna informatorka — żyje w cieniu, obserwując innych, zamiast być częścią własnego życia. Bo tak jest łatwiej.
Szukam osoby do odegrania najlepszego przyjaciela Ren. To relacja, która zaczęła się na uczelni, czyli studencko, lekko, niemal banalnie, a z czasem stała się jedyną rzeczą, która utrzymała ją "na powierzchni", bo sama egzystencja "w imię pracy i żeby nie zrzucić bomby na zapracowanego ojca" to tylko surówka.
Jak dokładnie się poznali — to zostawiamy do wspólnego ustalenia. Może połączył ich sport, może wspólne zajęcia, a może coś bardziej absurdalnego, np. oboje zostali wyrolowani przez tę samą dziewczynę, z którą (zupełnym przypadkiem) randkowali w tym samym czasie. Jedno jest pewne: między nimi zaskoczyło od razu. Bez wysiłku, bez niezręczności — kliknęło i tyle.
Zanim zdążyli się obejrzeć to podbijali ligę uczelnianego beer ponga, łapali stopa i jechali przed siebie przez kanadyjskie prowincje i spędzali noce pod gwiazdami (latem, bo zimą zajmowali się łataniem drzwi śniegiem, aby uniknąć kolokwium). Razem zbudowali coś, co nie potrzebowało definicji. Ona była przy nim, kiedy zaczynał stawiać pierwsze kroki w kierunku swojej przyszłości a on był jej największym fanem — tym typem, który stoi na trybunach i drze się najgłośniej, kiedy Ren wychodzi na boisko.
A potem wszystko się rozsypało.
Po wypadku, po utracie kariery, po powolnym zsuwaniu się w coś, czego nie dało się już nazwać tylko „gorszym okresem”, Ren zaczęła znikać. Najpierw z boiska, potem z życia towarzyskiego, aż w końcu — z samej siebie. I wtedy była ta noc na dachu akademika. Cisza, która była zbyt ciężka jak na zwykły wieczór i on — znalazł ją tam w ostatniej chwili. Nie było wielkich słów. Tylko szarpnięcie, desperacja, długa noc pełna łez, których nikt inny nie zobaczył. Od tamtego momentu już nigdy nie była tylko „kimś z uczelni”. Nie codziennie można komuś uratować życie wbrew jego pierwotnej woli... A on wie, jaka była Renley przedtem, i jako jedyny widzi, jak bardzo jej już nie ma — i jak bardzo chce ją odzyskać, bo prawda jest taka, że gdyby nie on... nie chodzi tylko o dach. Tylko o wszystko, co było potem.
W pigułce o kogo mi chodzi:
- mężczyzna w zbliżonym wieku,
- dowolny wizerunek, dowolne zajęcie, jedyny warunek niemożliwy do obejścia to relacja stworzona w czasach uniwerku na miejscowej uczelni Toronto,
- to ktoś, kto nadal jest w jej życiu, mimo że Ren nie jest już tą samą osobą,
- nie odpuszcza, nawet kiedy ona zamyka się w sobie i odpycha wszystko,
- wyciąga ją z domu, zmusza do wyjścia, do jazdy gdzieś przed siebie, do życia — nawet jeśli kończy się to kłótnią,
- potrafi być uparty, zmęczony, sfrustrowany… ale nadal obecny.
Widzę rozgrywki między nimi jako mieszankę retrospekcji (lepszych czasów) i teraźniejszości (bardzo nierównej, często bolesnej) oraz próbę utrzymania czegoś, co kiedyś było naturalne, a teraz wymaga tytanicznego wysiłku pełnego napięcia pomiędzy troską a zmęczeniem; potrzebą "ratowania" a zdrowymi granicami.
Zdaję sobie sprawę, że to nie jest najłatwiejsza tematyka do odegrania, ale obiecuję — nie będzie aż tak źle! Na pewno, jeśli masz przed czymś opory, to najpierw to omówimy. Obu stronom ma się dobrze grać.
Zainteresowanych zapraszam na PW, jestem ugodowa i możemy dyskutować nad potencjalnymi zmianami, jeżeli chcesz dopasować historię bardziej do swojej postaci.
Nie pośpieszam o posty, lubię rozmawiać o postaciach także poza rozgrywką, wprowadzam NPCów, co może dla niektórych jest zabiegiem obcym (albo dziwnym?), ale jeśli tego nie lubisz, to obejdzie się bez nich! Z Twojej strony chcę tylko zaangażowania, popychania akcji do przodu (albo umiejętnie do tyłu) oraz przerzucania się pomysłami.
PS Nie lubię schizofrenii dialogowej w postach (zaznajomieni z terminem wiedzą, o co chodzi, a jeśli nie — chętnie wyjaśnię przy okazyjnej wymianie PW).