ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
175 cm
mechanik Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
smells like guilt and Chanel No5
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było żadnej okazji.
Nie były to urodziny Garry'ego, ani rocznica pierwszej misji, powrotu skądkolwiek, złożonej siostrze obietnicy. Nie było w y m ó w k i, by wciąż przychodzić do tego miejsca.
Ally nie miała już żadnego związku z kanadyjskimi siłami zbrojnymi. Nie była już military spouse to-be po Johnym, nie była też siostrą żołnierza. Była nikim w tych ścianach pełnych osób, które oddały wojsku swoje życia. Nikim o żadnym wzniosłym powodzie, by nadal tu przebywać.
A jednak przychodziła - częściej, rzadziej, co w zupełności zależało od tego z jak ciężkim głazem na barkach budziła się tego dnia. Niektóre wydawały niemożliwe do przeżycia - każdy krok naprzód stanowił walkę, jaką skrycie pragnęła przegrać. Przyjąć tę porażkę, ale i skończyć zawody o to, kto kogo wykończy pierwszy - żałoba ją, czy ona żałobę.
Nie było to takie proste, tak jak trzymanie się zdala od tego przeklętego miejsca.
W powietrzu unosił się zapach testosteronu, a popękane hokery przy barze zajmowali ci bardziej samotni.
Może ci, którzy nie mieli do kogo wrócić albo ci, którzy nie mieli dla kogo zostać.
I Ally - nieco zgarbiona nad piwem, które obracane w dłoniach stało zbyt ciepłe. Zamieniła kilka zdań z barmanem i z gościem, który pytał o drogę.
Gdyby tylko nie pracowała z bandą trzeźwych alkoholików, miałaby kogo zabrać ze sobą. Kim się rozproszyć, kim odwracać uwagę. Niestety - przeważnie zostawała sama ze swoimi myślami.
W tych, w ciągu minionego tygodnia, dziwny typ z warsztatu pojawił się ze dwa razy. Pewnie uznał, że w warsztacie funkcjonującym w taki sposób jego cacku mogła się jedynie stać większa krzywda - stąd nagła zmiana zdania i odjazd, po którym nie pojawił się więcej.
I miał już nigdy nie zawitać w jej życiu - co wydawało Ally wnioskiem tak naturalnym, jak oddychanie - dopóki odgarnąwszy kosmyk włosów za ucho nie dostrzegła, że siedział kilka metrów dalej.
W tym samym barze, w tym samym czasie, a jednak kompletnie nieświadomy jej obecności i zajęty swoimi sprawami.
Kusiło, by przyjrzeć się dłużej. Zaspokoić ciekawość - tak niewinną przecież. Czy był tu z kimś?
Tym razem to Ally czuła się jak desperatka, pragnąc uciec od własnej rozpaczy aż tak bardzo, by rozważać nawiązanie kontaktu.
Nie bezpośrednio - to byłoby zbyt proste, zbyt n o r m a l n e.
Dlatego u barmana zamówiła kawę i poprosiła o dostarczenie jej do stolika mężczyzny wraz z serwetką, na której długopisem nabazgrała tylko: live, laugh, love.


gavin calloway
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
34 y/o
For good luck!
190 cm
żołnierz kanadyjskich siły zbrojnych
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było żadnego powodu.
Ani jednego pieprzonego powodu dla którego wciąż był w Toronto, zamiast wrócić do rodzinnego Thunder Bay, w którym toczyło się jego życie.
Obiecał sobie przecież, że załatwi tę jedną sprawę, która wydawała się zamknięta już w ubiegłym tygodniu, a następnego dnia wyjedzie. Tymczasem znajdował kolejne wymówki, by przedłużyć swój pobyt.
Najpierw uznał, że skoro wyrzucił w błoto tysiąc dolarów, opłacając mieszkanie z góry za następny miesiąc, to lepiej było ten czas wykorzystać, niż faktycznie wyjechać. Za bardzo cenił wartość pieniądza, by marnować go w tak głupi sposób - świetne kłamstwo. Później doszedł do wniosku, że przed wyjazdem powinien jeszcze pojechać na grób Garry'ego, znaleźć kogoś, kto będzie odwiedzał to miejsce i zapalał świeczkę również za niego, kiedy sam będzie setki kilometrów stąd. Następnie wmówił sobie, że jedno spotkanie z siostrą przyjaciela to zdecydowanie za mało, że musiał raz jeszcze przekonać się czy naprawdę radziła sobie tak dobrze, jak próbowała pokazywać całemu światu.
Lista powodów i wymówek była długa, a on dopisywał do niej kolejne pozycje, podczas gdy Pauline, jego narzeczona, coraz mocniej naciskała na powrót. Jej cierpliwość, czemu nie mógł się dziwić, powoli się wyczerpywała.
Na mapie Toronto było miejsce, które znał z opowieści Garry'ego lepiej niż niejeden zakątek własnego miasta, choć nigdy wcześniej nie przekroczył jego progu. Poor Romeo należało do Aldridge'a, było jego miejscem i być może właśnie dlatego Gavin omijał je szerokim łukiem. Coś uparcie nie pozwalało mu tu wejść - najpewniej kolejne wyrzuty sumienia, dopisujące następny punkt do listy błędów.
Miał ich, kurwa, pokaźną ilość.
Tego wieczoru wreszcie się przełamał.
Już od progu uderzyło go znajoma do bólu atmosfera, choć zupełnie inna od tej panującej w jednostce. Kilku mężczyzn siedziało tyłem do ściany, odruchowo mając na oku całe pomieszczenie. Inni wchodząc do środka skinęli głową osobom, których najwyraźniej nie widzieli od miesięcy, jakby czas pomiędzy nie miał najmniejszego znaczenia. Nie było tu mundurów ani wojskowej dyscypliny, byli za to ludzie, których życie w taki czy inny sposób od zawsze kręciło się wokół armii.
Usiadł samotnie przy barze, od początku nie szukając niczyjego towarzystwa. Nawet kiedy siedząca kilka miejsc dalej blondynka uparcie próbowała zwrócić na siebie jego uwagę, ograniczył się jedynie do krótkiego, uprzejmego uśmiechu. U w i e l b i a ł kobiety, doceniał ich urodę, nie oznaczało to jednak, że miał ochotę poznawać każdą atrakcyjną kobietę, która akurat znalazła się w jego pobliżu. Telefon szybko stał się więc wygodną wymówką, pozwalającą skutecznie zakończyć wszelkie próby nawiązania rozmowy.
Dopiero kiedy barman postawił przed nim kawę i serwetkę, na której ktoś zdążył coś nabazgrać, uniósł pytająco brew. - Kurwa, znowu ona? - był przekonany, że blondynka nie zamierzała odpuścić. Najpierw spojrzał na napój, bo kto zamawia komuś kawę w pieprzonym barze? Serwetkę zamierzał zgnieść w dłoni i odłożyć na bok, bo jeśli ktoś zamiast numeru telefonu zostawiał na kartce jakieś sentencje, to najwyraźniej powinien zdecydowanie częściej wychodzić do ludzi.
Dostrzegł jednak t r z y słowa i mimowolnie się spiął.
Wiedział co znaczyły i wiedział też, że ich autorka musiała być gdzieś w pobliżu. W pierdolonym barze p e ł n y m wojskowych. W barze, w którym siedział również on. Irracjonalny strach przed tym, że właśnie został rozgryziony, schował za lekkim uśmiechem. Dopiero po chwili uniósł wzrok, odnajdując spojrzenie kobiety. - Jednak flirtowałaś, mechaniczko - podniósł głos na tyle, by mogła go usłyszeć.

Ally Aldridge
diosmio
nuda i przesadna życioza
29 y/o
For good luck!
175 cm
mechanik Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
smells like guilt and Chanel No5
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podarowała mu uśmiech. Krótki, promienny, kompletnie niepasujący do miejsca i sytuacji. Wytrych zadziałał - dał jej coś, czym mogła odwracać swoją uwagę od nudy przewlekłego cierpienia.
O tym mówiło się wciąż za mało. Jak wycieńczające i wykańczające było czucie tego samego dna w każdej sekundzie, każdej dobie. Za mało było w życiu spraw pięknych i wzniosłych, by chciało się walczyć z tą burzową chmurą, która nie opuszczała Ally ani na chwilę.
Do teraz. Teraz - nie była już w pracy, wypiła kilka piw i kipiała desperacją, by wreszcie zaznać ulgi.
I dlatego miała niczym samobójcza ryba płynąć prosto na haczyk.
Nic gorszego niż to, z czym siedziała w Poor Romeo, nie mogło się wydarzyć.
Dzisiaj flirtuję — pozwalała niedopowiedzeniu co do poprzedniego spotkania zawisnąć w powietrzu. Niedomówienia zupełnie jej nie przeszkadzały - piłka wciąż była w grze, sędzia nie dał ostatniego gwizdka i wciąż mogli negocjować zyski i straty poniesione tamtego dnia. Tego…
Sytuacja drastycznie się różniła. Ally nie chowała się już za bystrym żartem, za papierosem, za mustangiem, za konwenansami relacji służbowych, za Rodem, Bogiem ani katastrofą żółwi morskich.
Przecież - co ustalono - nie miał żony, ani dzieci. Ona też nie. I przy ciepłym świetle podstarzałych lamp tego przybytku, Ally nie miała powodu by odmówić pokusie.
Poprawka: miałaby, gdyby wiedziała z kim ma poczynienia.
Ale linia żuchwy tak ostra, że mogłaby ciąć papier i oczy - zmęczone, trochę smutne - tworzyły obraz na tyle pociągający, by Aldridge nie skreślała szans na miły wieczór już na wstępie.
Masz coś przeciwko temu?
Nieznacznie przechyliła głowę. Obserwowała go tak, jakby już wiedziała - to, co mężczyzna powie, da jej mniej niż mikroskopijne zmiany w mimice. Drżenie zmarszczek, ruchy powiek i to, czy rozchylał wargi patrząc na nią. Pozwalała ciszy panoszyć się między nimi, równolegle z barową muzyką i szmerem rozmów obcych ludzi.
Oparła się o krawędź swojego krzesełka, szklankę z ciepłym piwem obracając między palcami. Może dawała sobie jeszcze kilka sekund na odwrót; może mogła jeszcze zniknąć w tłumie. Zwykle w takich momentach wybierała odwrót - prosty i bezpieczny, ale dziś nie miała siły na tę myśl.
Dziś nie należała do nikogo, więc chciała przynależeć przynajmniej do tego miejsca.
I choć przez minutę nie być siostrą w żałobie, a kobietą badającą nowe ścieżki bez strachu.
Z zaczepnym przygryzieniem wargi, gdy spojrzeniem przesuwała po rozmówcy, lecz nie powiedziała niczego więcej.
Jeśli miał, to i tak trochę za późno.
Zaczęło się tydzień temu. Na długo zanim zdążyła nazwać to, co się między nimi działo.

gavin calloway
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
34 y/o
For good luck!
190 cm
żołnierz kanadyjskich siły zbrojnych
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chyba wolałby, żeby nadal uparcie trwała przy swoim stwierdzeniu, że z d e c y d o w a n i e nie flirtowała.
Jego usta mimowolnie wygięły się w uśmiechu, choć był to kolejny grzech dopisany do tej długiej, wspomnianej już listy. Nie powinno go to bawić, a już z pewnością nie w takim stopniu.
Uważał się za osobę niegodną jej flirtu. Wcale nie dlatego, że był skurwielem łamiącym kobiece serca. Nawet gdyby nie dźwigał na barkach całego tego gównianego bagażu, nawet gdyby nie ukrywał przed nią swojej tożsamości, nawet gdyby okazało się, że wina, którą się obarczał, wcale do niego nie należała, a narzeczona nigdy nie istniała - wciąż pozostawał jeden powód, dla którego było to niewłaściwe.
Był n a j l e p s z y m przyjacielem jej b r a t a. A Garry, gdyby tylko mógł, prawdopodobnie zamordowałby go za ten jeden, pieprzony uśmiech, który właśnie jej posłał. Ten sam, który najpewniej zachęcał ją, żeby po kilku piwach sięgała po więcej. - Nie wiem. Jeszcze nie zdecydowałem - niechętnie podniósł się z krzesła, zgarnął serwetkę i zamiast, jak początkowo planował, wyrzucić ją do kosza, wsunął ją do kieszeni dżinsów. Filiżankę z kawą również zabrał ze sobą. Kilka kroków później zatrzymał się tuż obok niej, zajmując wolne miejsce przy barze. Zdecydowanie łatwiej było jej teraz zachwycać się jego profilem, co, niestety, również mu nie umknęło. Nie była najlepsza w ukrywaniu spojrzeń. A może to on przez lata służby po prostu zbyt dobrze nauczył się je wyłapywać.
- A jakiś mąż, dzieci? Nie mają nic przeciwko? - parafrazował jej własne słowa, po raz kolejny odbijając piłeczkę i bardzo skutecznie wzbraniając się przed powiedzeniem prawdy - że nie, absolutnie, kurwa, nie miał nic przeciwko jej flirtom. Nie miał też nic przeciwko swoim własnym, choć, po raz kolejny, powinien mieć ich całe mnóstwo. Łatwiej było dalej udawać, że była to wyłącznie forma kontaktu. Że chciał jedynie upewnić się, iż z Ally Aldridge wszystko było w porządku. Że to n i c nie znaczyło. Że jej uśmiech nie był piękny, a zapach oszałamiający.
Chciał zapytać o bardzo wiele. O to, co robiła w t y m miejscu, choć podejrzewał, że odpowiedź mogła być bardzo bliska jego własnej. O to, jak miała na imię, mimo że doskonale je znał. O to, czego się napije, choć widział już kilka pustych szklanek stojących przed nią. Jak się czuła, ale i to, przynajmniej częściowo, wydawało mu się oczywiste. Ta całość sprawiała, że zamiast odczuwać ulgę, wyrzuty sumienia uderzały w niego ze zdwojoną siłą.
Przełknął je razem z goryczą czarnej kawy, wreszcie się odzywając. - Ta, którą zrobiłaś dla mnie ty, zdecydowanie bardziej mi smakowała - znowu kłamał, tym razem próbując wynagrodzić to spojrzeniem, które ani na moment nie odrywało się od jej twarzy. - Jak masz na imię, Mechaniczko? - skoro już zaczęli w to grać, pozostawało mu jedynie iść ścieżką, którą sami sobie wyznaczyli. Tą samą, którą podąża każda znajomość rozpoczynająca się od kilku żartów, przypadkowego spotkania i zakończenia, którego ona nie mogła znać, a on był świadom.

Ally Aldridge
diosmio
nuda i przesadna życioza
29 y/o
For good luck!
175 cm
mechanik Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
smells like guilt and Chanel No5
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdecydował.
Sądziła że w chwili, w której wstał i przysiadł się do niej, ale to był błąd. Zdecydował wcześniej - zanim pierwszy raz zobaczyła jego twarz, usłyszała głos i poczuła zapach.
Długo wcześniej.
To, co obserwowała teraz i co mogła interpretować jako zawahanie, w rzeczywistości nim nie było. Wyrzutami sumienia, poczuciem winy, moralnym kacem - tak, ale nie zawahaniem. Szedł do niej pewnie i zdecydowanie - jak mężczyzna, który nie boi się ryzyka. Rozpoznała w tym chodzie coś znajomego; żaróweczka nad jej głową sporadycznie błyskała zapowiadając epickie odkrycie, jednak to nie nadeszło.
Nie mogło, gdy wbita w ziemię pytaniem parsknęła: gwałtownie, niekontrolowanie i nieelegancko, gdy gaz piwa zaatakował jej nos i musiała na moment zasłonić usta, by nie opluć siebie, jego, lady i wszystkiego wokół.
Och, gdyby tylko zdawał sobie sprawę z okrutnej komedii wyszytej w DNA tego pytania.
Ach — pokręciła rozbawiona głową, odchrząknęła i - chyba dla odwagi, nie była pewna - upiła jeszcze trochę alkoholu.
Na szali ważyły się dwie opcje: błyskotliwa riposta, która nie zdradzi absolutnie niczego a środek ciężkości przeniesie na niego lub ujawnienie, dlaczego prawie udławiła się wizją szczęśliwej rodziny.
Opierając ciężkie czoło w dłoniach na tę krótką chwilę zrozumiała jedno: to nie ona powinna wstydzić się tej historii; nie ona ukrywać ją jakby zrobiła coś złego.
Rozmasowała zatem skronie i raz jeszcze obróciła twarz, by spojrzeć na nowego towarzysza niedoli.
Mąż miał być, dzieci też — z jej słów nie wybrzmiewał dramat; nie były ciężkie, jedynie odrobinę gorzkie. Jakby niesmak po tym co mogło być pozostał, ale był już wspomnieniem tak dalekim, by utracić władzę nad jej życiem. — Niestety, parę lat temu doszło do tragicznego wypadku. Wiesz, on był żołnierzem i… — dramatyczna pauza była zabiegiem celowym; jeśli już miała zdradzić źródło swojego upokorzenia, chciała ośmieszyć byłego i rozśmieszyć samą siebie. Coś za coś.
Podczas jednej z misji potknął się… na minę, skurwysyn jeden Między uda koleżanki. Tak skutecznie, że dziecko zrobił jej, nie mi.
Ciężar spojrzenia mężczyzny był jednak dla niej cięższy, niż podejrzewała i jej własne powędrowało w dół; na ich skierowane ku sobie nieznacznie kolana, buty, starą gumę przyklejoną gdzieś do listwy wyspy barowej.
Było przecież drugie dno tej historii: pierwsza lepsza d z i w k a sprawdziła się w roli kobiety lepiej, niż Ally będąca wieloletnią partnerką. Popsutą, wybrakowaną - jak zwał, tak zwał. Realiom nie dało się zaprzeczyć - kochanka dała Johnny’emu coś, czego Ally nie była w stanie.
Ale nie chciała, by tajemniczy klient się nad nią litował. Istniało uzasadnione ryzyko, iż wówczas zwymiotowałaby prosto na te jego buty. Nie po to mówiła prawdę. Nienawidziła bycia o f i a r ą. Wzroku pełnego współczucia, jakby czegoś jej brakowało.
Zdecydowała, że nie. A wolność miała swoje plusy - mogła spotykać przystojnych facetów w barach i niewinnie bawić, przy jednoczesnym nieskładaniu żadnych obietnic.
Nawet tych związanych z kawą.
Czyżby? — kłamstwem śmierdziało na kilometr, ale jego zaangażowanie w uwiarygodnienie deklaracji pozwoliło kobiecie skinąć głową z podziwem. — Może powinnam przestać krzyczeć na Hanka, by zmieniał filtry w ekspresie. Stracilibyśmy tę unikalną esencję z rozpaczy, która rozpala serca klientów — kciukiem starła pozostałość pianki z warg i westchnęła ciężko.
Imię wydawało znacznie bardziej obnażające, niż historia o byłym.
Sama nie wiedziała dlaczego.
Aaliyah — jeszcze nie doznał zaszczytu zdrobnienia. To rezerwowała dla znajomych. — A ty, kwiatuszku?
Już zawsze miał się jej kojarzyć z naklejkami na różowym, dziewczęcym samochodziku.

gavin calloway
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
34 y/o
For good luck!
190 cm
żołnierz kanadyjskich siły zbrojnych
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy tę historię również powinien znać, tylko jakimś cudem o niej zapomniał? A może Garry nigdy mu o niej nie opowiedział, bo tak bardzo szanował swoją siostrę, że nie dzielił się z nim aż tak intymnymi fragmentami jej życia?
Cokolwiek było powodem niewiedzy Gavina, najpierw poczuł jak krew odpływa mu z twarzy. Bardzo starał się nie dać tego po sobie poznać, ale taki początek historii wywołał w nim falę wspomnień, których od tygodni bezskutecznie próbował się pozbyć. Nie tylko tych związanych z Garrym, choć to właśnie obraz jego śmierci jako pierwszy stanął mu przed oczami. Zaraz za nim przyszły kolejne - twarze ludzi, których nie udało się uratować, huk eksplozji, zapach spalenizny i krzyk, którego nie potrafił przypisać do konkretnego człowieka.
Filiżanka z kawą zamarła w połowie drogi do ust. Przez ułamek sekundy naprawdę miał ochotę jej przerwać, nie zabierać ani jej, ani siebie z powrotem w miejsce, do którego nienawidził wracać. Nawet kiedy zorientował się, że ta historia zmierza w zupełnie innym kierunku, a podobny był wyłącznie jej początek, potrzebował jeszcze chwili, żeby odgonić od siebie obrazy, które zdążyły już przedostać się do głowy.
Pozbieranie się zajęło mu dłużej niż powinno. Jeśli coś zauważyła, a najpewniej zauważyła, bo nigdy nie był aż tak dobrym aktorem, by ukryć wszystkie emocje, mógłby wyprzeć się tego na tysiąc różnych sposobów. Póki jednak o nic nie pytała, sam również nie zamierzał wracać do tego tematu. - Przykro mi, że to nie była jednak mina. Zrobienie burrito ze swojego penisa nie jest warte nawet najlepszego seksu - uniósł lekko filiżankę, po raz kolejny zachowując się jak idiota i wznosząc niemy toast. Nie za tego skurwiela, który ją zdradził. Nie za kobietę, która świadomie wzięła w tym udział. Za n i ą, bo mimo złamanego serca wygrała los, o wielkiej wartości jaką było życie bez niewiedzy.
O tej, którą sam jej fundował, wolał chwilowo nie myśleć.
Odpowiedział uśmiechem, wyczuwając w tej prozaicznej rozmowie, że flirt, którego przecież n i e było, nadal krążył pomiędzy nimi, ukryty w pozornie nic nieznaczących słowach. - Powinnaś rozważyć serwowanie jej wyłącznie wybranym klientom. W przeciwnym razie spowszednieje, jak kutas twojego ex - uśmiechnął się przekornie, zaciskając dłoń w pięść. Ten pieprzony nief l i r t zmuszał go do robienia kolejnych kroków. Miał absurdalną ochotę wyciągnąć rękę i zetrzeć resztkę piany z jej policzka, która niepostrzeżenie tam została.
Na szczęście zostały mu jeszcze jakieś resztki samozaparcia. Paradoksalnie na misjach łatwiej było mu panować nad sobą. Potrafił zatrzymać się dokładnie wtedy, kiedy należało, a tutaj, w towarzystwie brunetki siedzącej kilka centymetrów dalej, ta umiejętność wyparowywała z każdą kolejną minutą. Przy niej zaskakująco łatwo zapominał o istnieniu jedynej kobiety, przy której w ogóle powinien pozwalać sobie na podobne myśli.
- Reid - tym razem nie skłamał. Nie mógł przedstawić się pierwszym imieniem, bo jeśli Garry opowiadał mu przez lata o swojej siostrze, równie dobrze mogło działać to w drugą stronę. Co jeśli ona również wiedziała o nim więcej niż powinien wiedzieć przypadkowy człowiek? Co jeśli wystarczyłoby jedno nazwisko, żeby cała misternie budowana fasada runęła w jednej chwili?
- To jakaś forma masochizmu z twojej strony, Ally, że siedzisz w barze pełnym wojskowych? - zdrobnił jej imię zupełnie naturalnie.

Ally Aldridge
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „Poor Romeo”