ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
170 cm
operatorka projektora w fox theatre
Awatar użytkownika
Defending her britishness with a cup of yorkshire tea at the time
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracji-
postać
autor

outfit Connie

Poranek zaczął się spokojnie. Connie obudziła się wcześniej niż zwykle, jakby jej ciało samo wiedziało, że potrzebuje więcej czasu na przygotowanie się mentalnie. Zrobiła sobie lekkie śniadanie, jogurt z miodem i garścią orzechów i usiadła przy oknie, patrząc na miasto budzące się do życia. W głowie miała mieszankę myśli: niepewność, ciekawość, a nawet odrobinę ekscytacji, której nie chciała przed sobą przyznać. W ciągu dnia próbowała zająć się zwykłymi obowiązkami. Posprzątała mieszkanie, zrobiła pranie, przejrzała listę rzeczy na biwak, który planowała z Lettie. Ale każda czynność była jakby lekko przytłumiona, jakby jej myśli krążyły wokół jednego punktu: wieczoru.
Po południu Connie weszła pod prysznic, pozwalając gorącej wodzie spłynąć po ramionach, które od kilku dni były napięte jak struny. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że stres spływa z niej razem z wodą. To był jej mały rytuał, sposób na uspokojenie się przed czymś, co wykraczało poza jej strefę komfortu. Po prysznicu stanęła przed szafą. Wiedziała, że musi wybrać coś, co doda jej pewności siebie. Jej wzrok padł na białą mini sukienkę, którą kupiła rok temu, ale nigdy nie miała odwagi założyć. Materiał był miękki, lekko połyskujący, a krój podkreślał jej sylwetkę bez przesady. Do tego dobrała białe mini szpilki, które dodawały jej kilka centymetrów wzrostu, nie potrzebowała więcej.
Gdy patrzyła na siebie w lustrze, poczuła coś dziwnego. Nie była to pewność siebie, ale raczej jej cień, obietnica, że może wieczór nie będzie taki straszny. Przed wyjściem usiadła na łóżku i wzięła głęboki oddech. W jej głowie pojawiły się myśli, które próbowała uporządkować. Ale zaraz potem przyszła myśl, która przeważyła: „Jeśli nie spróbuję, będę żałować.” Wzięła małą torebkę, wrzuciła do niej telefon, błyszczyk, chusteczki i klucze. Nic więcej nie potrzebowała. Zapięła pasek sukienki, poprawiła włosy i wyszła z mieszkania, czując lekki dreszcz na plecach.
W taksówce Connie siedziała prosto, z dłońmi splecionymi na kolanach. Miasto za oknem migało światłami, a ona czuła, jak jej serce bije szybciej niż zwykle. Kierowca zapytał, czy jedzie na imprezę, ale odpowiedziała tylko krótkim uśmiechem. Nie miała ochoty tłumaczyć, że to jej trzeci albo czwarty raz w dorosłym życiu, kiedy w ogóle wybiera się do klubu. Gdy taksówka zatrzymała się przed wejściem, Connie poczuła, jak jej żołądek zaciska się lekko. Ale wysiadła. Zrobiła krok, potem drugi, aż dotarła do drzwi, za którymi dudniła muzyka.
W środku było głośno, duszno i kolorowo. Światła przecinały przestrzeń jak ostrza, a ludzie poruszali się w rytmie, który wydawał się jej obcy. Connie poczuła, jak jej nerwy napinają się ponownie, ale nie pozwoliła sobie na wycofanie. Weszła prosto do baru, jakby to było jedyne bezpieczne miejsce. Zamówiła kilka szotów, nie zastanawiając się nad tym, czy to rozsądne. Chciała tylko poczuć, że jej ramiona przestają boleć, że jej myśli zwalniają.
Nie minęło wiele czasu, gdy została zaczepiona przez grupkę mężczyzn. Wyglądali na rozbawionych, ale nie groźnych. Mieli już przy sobie kilka dziewczyn, które śmiały się głośno i beztrosko. Connie poczuła, że może to jest właśnie ten moment, w którym powinna spróbować być bardziej społeczna. Dołączyła do nich po krótkiej rozmowie, bardziej z impulsu niż z przemyślenia. Zamówiła drinki dla wszystkich, chcąc pokazać, że potrafi się wyluzować. Czuła, jak jej ramiona nadal są napięte, ale miała nadzieję, że kilka drinków więcej pomoże jej je rozluźnić i może nawet poprawi jej humor, w czasie gdy alkochol powoli zaczynał swoje magiczne działanie.

Cree Bellerose
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mężczyzna do takich lokali po prostu nie chodził. Nie dlatego, że nie lubił się bawić, czy stronił od alkoholu, ale wolał bardziej kameralne, skupione wokół grupki znajomych imprezy na tyłach czyjegoś domu. Grill, muzyka z radia, tani alkohol z supermarketu. Był gliną i dało się to zauważyć. Może i od czasu awansu miał się lepiej finansowo, ale nigdy się nie zmienił, jeśli chodzi o charakter. Lubił prostotę. Klimat stawiał nad status. Wolałby plastikowe krzesło i chłodne piwo z lodówki turystycznej niż ten cały błysk i kicz. No i zdecydowanie za drogie drinki.
Jeśli już pojawiał się w takich miejscach, to często pod naciskiem kolegów z pracy. Okazje bywały różne – bo ktoś zamknął sprawę, złapano jakiegoś handlarza narkotykami, który umykał im od miesięcy, awans, a czasem zwyczajnie powrót do pracy po kontuzji albo okrągła liczba w dokumencie tożsamości. Ostatnia taka okazja przypomniała mu, że trzydziestka przestała być odległą abstrakcją. Nie potrafił odmawiać, nawet jeśli danego dnia nieszczególnie miał ochotę na zabawę i beztroskie upijanie się. Oczywiście alkohol go rozluźniał i ostatecznie miał sporo frajdy, nawet jeśli wcześniej trochę zajęło, żeby go przekonać do wyjścia. Choć przed nikim się do tego nie przyznawał, czasem potrzebował takiego kopniaka w tyłek. Dla własnego zdrowia psychicznego. Nikt mu tego nie powiedział wprost, ale wszyscy wokół zdawali się dostrzegać to równie dobrze, jak on sam. Praca detektywa była wyniszczająca. Siedzenie całymi dniami nad trudnymi sprawami nie pomagało nawiązywać kontaktów towarzyskich. Człowiek w pewnym sensie zatracał siebie. Cierpienie ludzi stawało się czymś tak powszechnym w pracy, że emocje poza nią zdawały się przygaszać. Takie wypady z kumplami resetowały je do ustawień fabrycznych. Człowiek znowu dostrzegał prostotę w uśmiechach ludzi i spędzaniu ze sobą czasu, bez ciągłych negatywnych myśli.

Pił już drugie piwo, rzucając od czasu do czasu jakimś żartem, z którego wszyscy się śmiali. W tym był dobry. Potrafił rozbawić ludzi. Przychodziło mu to naturalnie. Poklepał kumpla z wydziału po plecach, pochylając się do jego ucha i dając mu znać, że musi skorzystać z toalety.
W drodze do niej wymienił kilka uśmiechów z przypadkowymi ludźmi. Ten z uroczym barmanem, który właśnie lał piwo do kufla i ukradkiem spoglądał na detektywa, a chwilę później z wysoką, prześliczną blondynką, która miała najpiękniejszy niebieski kolor oczu, jaki widział od dawna. Nie randkował. Nie umawiał się z nikim na aplikacjach przeznaczonych do tego celu. Jeśli z kimś wracał do domu, to były to przypadkowe spotkania, gdy chemia po prostu zagrała i oboje chcieli to wykorzystać. Nie przywiązywał się. Nie obiecywał powtórek. Nie brał numerów telefonów. Był w tym bardzo stanowczy. Kilku znajomych żartowało, że powinien zaadoptować kota. Przynajmniej miałby do kogo wracać.
Dotarłszy na miejsce, skorzystał z kabiny, umył ręce, zwilżył twarz i poprawił włosy. Przejrzał się w lustrze, pozwalając sobie na niewielki uśmiech. Wyglądał dobrze. Czuł się w porządku. Nie był pijany, ale na pewno już nieco weselszy. Wyszedł z pomieszczenia gotowy do dalszej zabawy ze znajomymi. Wtedy ją dostrzegł. Pamiętał jej twarz. Może przez to spojrzenie. Może była to sprawka jej ust albo tego błysku w oczach, który wtedy go zahipnotyzował. Trzymała się z grupą dość podejrzanie wyglądających ludzi. Coś go podkusiło, żeby ją sprawdzić. Dla własnego świętego spokoju.
Podszedł do towarzystwa jak gdyby nigdy nic, od razu sięgając po swój firmowy uśmiech, i zagestykulował do kobiety, witając się z nią krótkim:
Cześć, też tu jesteś? Dobrze się bawisz?
Nie chciał im przeszkadzać. Nie trzymał w dłoni szklanki z drinkiem. Nie planował dołączyć. Po krótkiej wymianie grzeczności chciał wrócić do swojej ekipy, choć nogi poprowadziły go tu niemal wbrew jego woli.

Connie Ainsleigh
25 y/o
For good luck!
170 cm
operatorka projektora w fox theatre
Awatar użytkownika
Defending her britishness with a cup of yorkshire tea at the time
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracji-
postać
autor

Connie poczuła jego obecność jeszcze zanim w pełni zrozumiała, że to właśnie do niej skierował słowa. Stała wśród ludzi, którzy zaczęli ją już lekko męczyć, ich głośne śmiechy, zbyt bliskie gesty, nachylanie się do jej ucha, jakby klub był jedynym miejscem na świecie, gdzie można było mówić tylko szeptem albo krzykiem. Alkohol rozgrzewał jej policzki, a w głowie zaczynała czuć tę charakterystyczną miękkość, która sprawiała, że myśli nie były już tak ostre, a emocje płynęły swobodniej. Właśnie wtedy zobaczyła go kątem oka, wysokiego, pewnego siebie mężczyznę, który nie wyglądał jak ktoś, kto tu pasował. I może dlatego od razu przyciągnął jej uwagę.
Gdy podszedł, jej towarzystwo odsunęło się nieznacznie, jakby wyczuło, że nie jest jednym z nich. Connie odwróciła głowę, a jej spojrzenie spotkało jego. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że czas zwolnił, że muzyka przycichła, a światła przestały migać. Jego twarz była znajoma, nie w sensie dosłownym, ale w takim, który sprawiał, że człowiek czuł się bezpieczniej, jakby patrzył na kogoś, kto nie miał złych zamiarów. Kogoś, kto nie próbował niczego udowadniać. – Cześć, też tu jesteś? Dobrze się bawisz? – zapytał, a jego głos przebił się przez hałas zaskakująco łatwo. Connie poczuła, jak jej serce wykonuje drobny, niekontrolowany skok. Alkohol sprawiał, że była bardziej podatna na bodźce, ale to nie było tylko to. W jego tonie było coś, co ją uspokoiło. Coś, co sprawiło, że napięcie w ramionach poluzowało się choć odrobinę. Uśmiechnęła się, nieco niepewnie, ale szczerze.
Tak… chyba tak – odpowiedziała, choć sama nie była pewna, czy to prawda. Jej głos zabrzmiał lekko, prawie miękko, jakby wypowiadanie słów wymagało od niej skupienia, którego alkohol zaczynał jej powoli odbierać. – Chciałam się wyluzować, ale… – urwała, bo nie wiedziała, jak dokończyć. Nie chciała brzmieć jak ktoś, kto nie radzi sobie z własnymi emocjami. A jednocześnie czuła, że on nie oceni. Mężczyzna nie wyglądał na kogoś, kto chciał się wtrącać. Nie miał w dłoni drinka, nie próbował zająć miejsca w grupie, nie robił niczego, co mogłoby sugerować, że chce zostać na dłużej. A jednak stał tam, patrząc na nią z czymś, co mogła nazwać troską, choć nie znała go na tyle, by mieć do tego prawo. To właśnie ta subtelna troska sprawiła, że jej uśmiech się pogłębił.
Jej towarzystwo zaczęło wracać do rozmów, jakby uznali, że mężczyzna nie jest zagrożeniem ani konkurencją. Connie jednak nie odwróciła się do nich. Zamiast tego zrobiła krok w stronę detektywa, choć nie była świadoma, że to zrobiła. To było instynktowne jakby jej ciało samo wiedziało, że chce być bliżej niego.
A ty? – zapytała, przechylając głowę. – Dobrze się bawisz? - Connie poczuła, że jej oddech się wyrównuje. Alkohol nadal krążył w jej żyłach, ale przestał być jedynym powodem, dla którego czuła się lżejsza.


Cree Bellerose
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mężczyzna nie bawił się w bohatera. Nie chciał ratować nikogo z opresji. Ale gdy widział, że ktoś nie bawi się najlepiej w towarzystwie – a znał tę osobę – chciał sprawdzić, jak się sprawy mają. Dla własnego spokoju. Żeby później nie żałować, że zignorował tę sytuację.
Nie zamierzał nikomu przeszkadzać ani kogoś ciągnąć za sobą. Jeśli kobieta dobrze czuła się w grupce, w której obecnie przebywała, to po wymianie kilku grzeczności planował wrócić do swoich znajomych z pracy. Bez żalu czy poczucia odrzucenia. Nie był z tych, co wpraszali się do cudzego towarzystwa. Nie szukał nowych znajomości.
Zawsze czuł, że gdy się zjawia, to trochę szokuje otoczenie. Nie dlatego, że jego uroda sprawiała, że miękły kolana, ale nie dało się ukryć, że był wysoki i dobrze zbudowany. Wyróżniał się na tle innych mężczyzn w lokalu. To jakoś sprawiało, że z reguły unikał konfliktów. Mało kto rzucał się do niego z łapami czy wchodził z nim w zażarte dyskusje słowne. Zresztą nie była to najlepsza broń przeciwko niemu. Ciężko było go zdenerwować lub wyprowadzić z równowagi.
Nie uwierzył w słowa kobiety, że wszystko jest w porządku. Nie chciał też zrzucać winy na alkohol. Nie brnął jednak dalej w temacie. Nie chciał jej przepytywać jak jakiegoś podejrzanego. Coś w sposobie, w jaki urwała zdanie, kazało mu zachować ostrożność – nie chciał, żeby poczuła się przyparta do muru, zwłaszcza tu, w hałasie i tłumie obcych twarzy.
Przyszedłem ze znajomymi z pracy. Taka nasza mała tradycja – odparł po chwili, wskazując kciukiem na grupkę znajdującą się za nim. – Daleko mi do wielkiego imprezowicza i zabawiaki, ale nie narzekam!
Był w tym wyznaniu szczery. Towarzystwo z pracy było miłą odskocznią od smutnej codzienności – od trupów, od papierkowej roboty, od tych wszystkich rzeczy, które zwykle nosił ze sobą do domu, nawet jeśli starał się zostawiać je za progiem komisariatu.
Dobrze dzisiaj wyglądasz – rzucił na rozładowanie atmosfery. Chciał, żeby kobieta się rozpromieniła. Jej uśmiech był sympatycznym dodatkiem, czymś, co skutecznie odwracało jego uwagę od reszty tego hałaśliwego, dusznego pomieszczenia.
Jaką truciznę wybrałaś?
Wskazał głową na jej drinka, którego w przygaszonym świetle nie potrafił rozpoznać. Nie, żeby w ogóle był dobry w tej dziedzinie. Był dosyć prostym gościem i poza piwem czy wódką wymieszaną z sokiem niewiele koktajli potrafił nazwać po imieniu. Cała ta kolorowa alchemia za barem zawsze wydawała mu się trochę zbyt skomplikowana – wolał wiedzieć dokładnie, co pije, niż zgadywać, ile różnych trunków znajduje się w jego drinku.
Przy okazji zerknął na grupkę, z którą wcześniej stała Connie. Kilku mężczyzn śmiało się zbyt głośno; jeden z nich obejmował ramieniem jedną z dziewczyn w sposób, który wyglądał na odrobinę za bardzo natarczywy. Nic konkretnego, nic, na czym mógłby oprzeć jakiekolwiek podejrzenie w sensie zawodowym – ot, zwykła klubowa dynamika, taka, jaką widywał setki razy. A jednak coś w tym obrazie nie dawało mu spokoju, gdzieś na granicy świadomości, tam, gdzie mieszkał ten sam instynkt, który kierował jego poczynaniami w pracy.
Nie skomentował tego głośno. Nie tutaj, nie teraz. Zamiast tego czekał na jej odpowiedź z tą samą cierpliwością i spokojem, jakie rezerwował dla ludzi, którzy – jak podejrzewał – potrzebowali chwili, żeby poczuć się bezpiecznie, zanim zdecydowali się powiedzieć więcej, niż wcześniej zdążyli zaplanować.

Connie Ainsleigh
25 y/o
For good luck!
170 cm
operatorka projektora w fox theatre
Awatar użytkownika
Defending her britishness with a cup of yorkshire tea at the time
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracji-
postać
autor

Gdy tylko weszła do klubu, grupka mężczyzn zaczepiła ją niemal od razu. Nie byli nachalni, przynajmniej nie na początku. Mieli już przy sobie kilka dziewczyn, więc Connie nie czuła się jak cel polowania. Raczej jak ktoś, kto przypadkiem znalazł się w ich orbicie. Dołączyła do nich, nie myśląc wiele. Chciała być społeczna, chciała spróbować. Zamówiła drinki dla wszystkich, uśmiechała się, choć jej ramiona zaczynały boleć od napięcia, które alkohol jeszcze nie zdążył rozpuścić. Miała nadzieję, że kilka kolejnych drinków pomoże jej się rozluźnić, może nawet poprawi humor.
Ale po chwili zaczęła czuć zmęczenie. Ich głośne śmiechy, zbyt bliskie gesty, nachylanie się do jej ucha, wszystko to zaczynało ją przytłaczać. Alkohol rozgrzewał jej policzki, a w głowie pojawiła się ta miękkość, którą lubiła, ale która sprawiała, że była bardziej podatna na bodźce. I właśnie wtedy go zobaczyła. Najpierw kątem oka, jak cień, który nie pasował do reszty. Wysoki, pewny siebie, ale nie w sposób klubowy. Nie wyglądał jak ktoś, kto tu przychodzi, żeby się popisywać. Może dlatego od razu przyciągnął jej uwagę.
Kiedy podszedł, jej towarzystwo odsunęło się nieznacznie, jakby wyczuło, że nie jest jednym z nich. Connie odwróciła głowę i ich spojrzenia się spotkały. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że wszystko zwolniło, muzyka, światła, nawet jej własny oddech. Jego twarz była znajoma w sposób, który trudno było nazwać. Nie dlatego, że go znała, ale dlatego, że wyglądał jak ktoś, kto nie miał złych zamiarów. Ktoś, kto nie próbował niczego udowadniać.
Jej serce wykonało drobny, niekontrolowany skok. Alkohol sprawiał, że była bardziej wrażliwa, ale to nie było tylko to. W jego tonie było coś uspokajającego, coś, co poluzowało napięcie w jej ramionach.
Uśmiechnęła się, niepewnie, ale szczerze.
- Od czegoś zawsze trzeba zacząć prawda? - odpowiedziała, choć sama nie była pewna.
Kiedy po chwili pochwalił jej wygląd, Connie poczuła, jak jej policzki robią się jeszcze cieplejsze, tym razem nie tylko od alkoholu. - A dziękuję! Ty też wyglądasz całkiem...komplementująco! - dodała po chwili przerwy. Jej umysł chciał powiedzieć że wyglądał chrupiąco, ale powstrzymała się w ostatniej chwili przed wypowiedzeniem tych słów. Jeszcze tego brakowało żeby się ośmieszyła w klubie przy prawie obcej osobie! Słysząc pytanie o drinka, spojrzała na swój drink, potem na niego.
- Trucizna? – powtórzyła z lekkim śmiechem. - Myślę, że to coś owocowego… albo coś, co miało być owocowe, zanim barman postanowił zrobić z tego eksperyment.- Uniosła szklankę. - Ale działa. Trochę. Chyba...-Jej głos był miękki, a spojrzenie skupione na nim bardziej niż na kimkolwiek innym w klubie.
Connie poczuła, że tłum zaczyna ją otaczać coraz ciaśniej. Jeszcze chwilę temu była tylko częścią grupki, która ją zagadała, ale teraz ich energia zmieniła się w coś, co zaczynało ją męczyć. Śmiechy były głośniejsze, gesty bardziej nachalne, a przestrzeń wokół niej kurczyła się z każdą sekundą. Alkohol, który miał ją rozluźnić, sprawił jedynie, że bodźce docierały do niej szybciej, mocniej, intensywniej. Czuła, jak jej oddech przyspiesza, a ramiona znów napinają się tak, jakby ciało próbowało ją ostrzec.
Obecność Cree była jak przerwa w chaosie, krótka, ale wyraźna. Connie poczuła, że jeśli ma się wydostać z tej sytuacji, musi działać szybko. I instynktownie. Nie chciała robić sceny. Nie chciała, żeby ktokolwiek poczuł się oskarżony. Ale wiedziała, że jeśli po prostu odejdzie, ktoś z grupki może ją zatrzymać, zagadać, spróbować ją zawrócić. A ona nie miała już siły na kolejne tłumaczenia.
Dlatego zrobiła coś, czego sama po sobie by się nie spodziewała.
Najpierw położyła dłoń na ramieniu Cree, lekko, ale zdecydowanie. Mężczyzna spojrzał na nią z zaskoczeniem, jednak nie cofnął się. Connie poczuła, jak jej serce uderza mocniej, ale nie z powodu alkoholu. To była adrenalina. Decyzja podjęta w ułamku sekundy. Zbliżyła się do niego tak, jakby byli już w środku rozmowy, jakby należeli do siebie w sposób oczywisty. Jej ruch był płynny, naturalny, choć w środku czuła się jak ktoś, kto właśnie przekracza własne granice. Tłum wokół nich nie zwrócił uwagi od razu — dopiero gdy Connie przyciągnęła Cree bliżej, jakby szukała u niego oparcia.
Jej twarz znalazła się tuż przy jego twarzy. Nie musiała nic mówić, wystarczyło, że wyglądało to jak gest bliskości, jak coś, co między nimi już istniało. W klubie takie rzeczy nie budziły podejrzeń. Wręcz przeciwnie, były częścią krajobrazu.
Cree drgnął lekko, ale nie odsunął się. Może wyczuł jej napięcie. Może zrozumiał, że to nie jest gra. Connie poczuła, jak jego obecność działa na nią uspokajająco, choć sytuacja była daleka od komfortowej.
Zanim ktokolwiek z grupki zdążył zareagować, Connie przysunęła się jeszcze bliżej, tak że ich sylwetki wyglądały jak dwie osoby, które właśnie odnalazły się w tłumie. Jej dłonie zacisnęły się na jego koszuli, jakby to był jedyny stabilny punkt w tym hałaśliwym świecie.
- Przepraszam… - wyszeptała mu do ucha, tak cicho, że tylko on mógł to usłyszeć. Jej głos drżał lekko, ale nie z powodu strachu, raczej z powodu intensywności chwili. – Muszę się wyrwać z tego tłumu. - Cree nie odpowiedział od razu. Connie poczuła, jak jego oddech na moment się zatrzymał, jakby analizował sytuację. Ale nie odsunął się. Nie zapytał. Nie próbował jej zawstydzić. Po prostu był.
Tłum zareagował dokładnie tak, jak przewidziała. Kilku mężczyzn z grupki spojrzało w ich stronę, ale nie zbliżyło się. Nie próbowali jej zagadywać. Nie próbowali jej zatrzymać. Wyglądało to tak, jakby Connie po prostu wróciła do kogoś, kto już wcześniej był jej towarzyszem. A w klubie nikt nie wchodził między pary, nawet te pozorne.
Connie odsunęła się od Cree tylko na tyle, by móc wstać z krzesła. Jej ruch był szybki, ale nie nerwowy. Gdy podniosła się, pozostała blisko niego, tak blisko, że ich ramiona niemal się stykały. To wystarczyło, by tłum uznał, że nie ma tu miejsca dla nich.
- Dziękuję – wyszeptała jeszcze, nie patrząc mu w oczy, bo bała się, że zobaczy w nich coś, czego nie była gotowa nazwać. - Naprawdę… dziękuję.- Jej ciało wciąż było napięte, ale już nie z powodu tłumu. Teraz była to mieszanka ulgi i zawstydzenia. Nie planowała tego. Nie była typem osoby, która robi takie rzeczy. A jednak zrobiła.

Cree Bellerose
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Painted Lady”