Gdy tylko weszła do klubu, grupka mężczyzn zaczepiła ją niemal od razu. Nie byli nachalni, przynajmniej nie na początku. Mieli już przy sobie kilka dziewczyn, więc Connie nie czuła się jak cel polowania. Raczej jak ktoś, kto przypadkiem znalazł się w ich orbicie. Dołączyła do nich, nie myśląc wiele. Chciała być społeczna, chciała spróbować. Zamówiła drinki dla wszystkich, uśmiechała się, choć jej ramiona zaczynały boleć od napięcia, które alkohol jeszcze nie zdążył rozpuścić. Miała nadzieję, że kilka kolejnych drinków pomoże jej się rozluźnić, może nawet poprawi humor.
Ale po chwili zaczęła czuć zmęczenie. Ich głośne śmiechy, zbyt bliskie gesty, nachylanie się do jej ucha, wszystko to zaczynało ją przytłaczać. Alkohol rozgrzewał jej policzki, a w głowie pojawiła się ta miękkość, którą lubiła, ale która sprawiała, że była bardziej podatna na bodźce. I właśnie wtedy go zobaczyła. Najpierw kątem oka, jak cień, który nie pasował do reszty. Wysoki, pewny siebie, ale nie w sposób klubowy. Nie wyglądał jak ktoś, kto tu przychodzi, żeby się popisywać. Może dlatego od razu przyciągnął jej uwagę.
Kiedy podszedł, jej towarzystwo odsunęło się nieznacznie, jakby wyczuło, że nie jest jednym z nich. Connie odwróciła głowę i ich spojrzenia się spotkały. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że wszystko zwolniło, muzyka, światła, nawet jej własny oddech. Jego twarz była znajoma w sposób, który trudno było nazwać. Nie dlatego, że go znała, ale dlatego, że wyglądał jak ktoś, kto nie miał złych zamiarów. Ktoś, kto nie próbował niczego udowadniać.
Jej serce wykonało drobny, niekontrolowany skok. Alkohol sprawiał, że była bardziej wrażliwa, ale to nie było tylko to. W jego tonie było coś uspokajającego, coś, co poluzowało napięcie w jej ramionach.
Uśmiechnęła się, niepewnie, ale szczerze.
-
Od czegoś zawsze trzeba zacząć prawda? - odpowiedziała, choć sama nie była pewna.
Kiedy po chwili pochwalił jej wygląd, Connie poczuła, jak jej policzki robią się jeszcze cieplejsze, tym razem nie tylko od alkoholu. - A dziękuję! Ty też wyglądasz całkiem...komplementująco! - dodała po chwili przerwy. Jej umysł chciał powiedzieć że wyglądał chrupiąco, ale powstrzymała się w ostatniej chwili przed wypowiedzeniem tych słów. Jeszcze tego brakowało żeby się ośmieszyła w klubie przy prawie obcej osobie! Słysząc pytanie o drinka, spojrzała na swój drink, potem na niego.
-
Trucizna? – powtórzyła z lekkim śmiechem. -
Myślę, że to coś owocowego… albo coś, co miało być owocowe, zanim barman postanowił zrobić z tego eksperyment.- Uniosła szklankę. -
Ale działa. Trochę. Chyba...-Jej głos był miękki, a spojrzenie skupione na nim bardziej niż na kimkolwiek innym w klubie.
Connie poczuła, że tłum zaczyna ją otaczać coraz ciaśniej. Jeszcze chwilę temu była tylko częścią grupki, która ją zagadała, ale teraz ich energia zmieniła się w coś, co zaczynało ją męczyć. Śmiechy były głośniejsze, gesty bardziej nachalne, a przestrzeń wokół niej kurczyła się z każdą sekundą. Alkohol, który miał ją rozluźnić, sprawił jedynie, że bodźce docierały do niej szybciej, mocniej, intensywniej. Czuła, jak jej oddech przyspiesza, a ramiona znów napinają się tak, jakby ciało próbowało ją ostrzec.
Obecność Cree była jak przerwa w chaosie, krótka, ale wyraźna. Connie poczuła, że jeśli ma się wydostać z tej sytuacji, musi działać szybko. I instynktownie. Nie chciała robić sceny. Nie chciała, żeby ktokolwiek poczuł się oskarżony. Ale wiedziała, że jeśli po prostu odejdzie, ktoś z grupki może ją zatrzymać, zagadać, spróbować ją zawrócić. A ona nie miała już siły na kolejne tłumaczenia.
Dlatego zrobiła coś, czego sama po sobie by się nie spodziewała.
Najpierw położyła dłoń na ramieniu Cree, lekko, ale zdecydowanie. Mężczyzna spojrzał na nią z zaskoczeniem, jednak nie cofnął się. Connie poczuła, jak jej serce uderza mocniej, ale nie z powodu alkoholu. To była adrenalina. Decyzja podjęta w ułamku sekundy. Zbliżyła się do niego tak, jakby byli już w środku rozmowy, jakby należeli do siebie w sposób oczywisty. Jej ruch był płynny, naturalny, choć w środku czuła się jak ktoś, kto właśnie przekracza własne granice. Tłum wokół nich nie zwrócił uwagi od razu — dopiero gdy Connie przyciągnęła Cree bliżej, jakby szukała u niego oparcia.
Jej twarz znalazła się tuż przy jego twarzy. Nie musiała nic mówić, wystarczyło, że wyglądało to jak gest bliskości, jak coś, co między nimi już istniało. W klubie takie rzeczy nie budziły podejrzeń. Wręcz przeciwnie, były częścią krajobrazu.
Cree drgnął lekko, ale nie odsunął się. Może wyczuł jej napięcie. Może zrozumiał, że to nie jest gra. Connie poczuła, jak jego obecność działa na nią uspokajająco, choć sytuacja była daleka od komfortowej.
Zanim ktokolwiek z grupki zdążył zareagować, Connie przysunęła się jeszcze bliżej, tak że ich sylwetki wyglądały jak dwie osoby, które właśnie odnalazły się w tłumie. Jej dłonie zacisnęły się na jego koszuli, jakby to był jedyny stabilny punkt w tym hałaśliwym świecie.
-
Przepraszam… - wyszeptała mu do ucha, tak cicho, że tylko on mógł to usłyszeć. Jej głos drżał lekko, ale nie z powodu strachu, raczej z powodu intensywności chwili. –
Muszę się wyrwać z tego tłumu. - Cree nie odpowiedział od razu. Connie poczuła, jak jego oddech na moment się zatrzymał, jakby analizował sytuację. Ale nie odsunął się. Nie zapytał. Nie próbował jej zawstydzić. Po prostu był.
Tłum zareagował dokładnie tak, jak przewidziała. Kilku mężczyzn z grupki spojrzało w ich stronę, ale nie zbliżyło się. Nie próbowali jej zagadywać. Nie próbowali jej zatrzymać. Wyglądało to tak, jakby Connie po prostu wróciła do kogoś, kto już wcześniej był jej towarzyszem. A w klubie nikt nie wchodził między pary, nawet te pozorne.
Connie odsunęła się od Cree tylko na tyle, by móc wstać z krzesła. Jej ruch był szybki, ale nie nerwowy. Gdy podniosła się, pozostała blisko niego, tak blisko, że ich ramiona niemal się stykały. To wystarczyło, by tłum uznał, że nie ma tu miejsca dla nich.
-
Dziękuję – wyszeptała jeszcze, nie patrząc mu w oczy, bo bała się, że zobaczy w nich coś, czego nie była gotowa nazwać. -
Naprawdę… dziękuję.- Jej ciało wciąż było napięte, ale już nie z powodu tłumu. Teraz była to mieszanka ulgi i zawstydzenia. Nie planowała tego. Nie była typem osoby, która robi takie rzeczy. A jednak zrobiła.
Cree Bellerose