Dni wolne od pracy nie przytrafiały się Bonnie często. Odzwyczaiła się od nich do tego stopnia, że gdy w końcu jakiś nadchodził, to zupełnie nie wiedziała co ze sobą zrobić. Szef doznał chyba jakiegoś nagłego olśnienia - dotarło do niego, że zbyt długo harowała dzień w dzień i przydałaby jej się może chwila oddechu. Miller wprawdzie była pracowita, ale nie sądziła, że kiedykolwiek będzie trzeba ją
zmuszać do skorzystania z urlopu. W ostatnim czasie przywykła do tego, że każdy jej dzień wyglądał tak samo - od rana kawiarnia, wieczorami malowanie. Rutyna, która powinna ją męczyć i doprowadzać do szaleństwa, o dziwo zaczęła przynosić jej spokój. Coraz rzadziej widywała się z bliskimi, o randkowaniu już nie wspominając. To drugie akurat martwiło ją znacznie mniej, biorąc nawet pod uwagę to, że na ślub siostry musiała się wybrać w pojedynkę. Wbrew temu co na początku sobie myślała, jakoś to „upokorzenie” przeżyła.
Trzydziestoletnia Bonnie Miller zaczynała dojrzewać. Lepiej późno niż później.
Wiedziała, że jeśli nie obudzi się z samego rana i nie wyjdzie z domu jeszcze przed południem, to utknie w nim na cały dzień - albo gnijąc bezsensownie w łóżku albo pracując nad obrazem. Choć zdążyła zaakceptować
nudę rutynę i ciężką harówkę, to nie mogła pozwalać sobie na takie depresyjne dni! Zaraz po porannym ogarnięciu się do względnie zadowalającego stanu, opuściła mieszkanie bez żadnego konkretnego planu. Będąc prawie całkowicie bez kasy, nie miała zbyt wielu możliwości jeśli chodzi o rozrywkę. Przez chwilę zastanawiała się nad pójściem do kina - może Lucas zdołałby ogarnąć jej darmowy bilet albo chociaż jakąś pracowniczą zniżkę? Całkiem niezła opcja.
Nogi jednak zaprowadziły ją w inne miejsce (chociaż w sumie to bardziej
koła, bo oczywiście wskoczyła na rower). Wylądowała w swoim ulubionym lumpeksie. Do tej pory zwiedziła już chyba wszystkie w całym Toronto, ale ten się wyróżniał. Zawsze udawało jej się tam wyszperać coś fajnego, mieli uczciwe ceny i w dodatku miłą obsługę. Tak, miła obsługa. W szczególności ta jedna dziewczyna, która - nie ma się co czarować - zapadła jej w pamięć. Miller była jednak beznadziejnym przypadkiem, pozbawionym uroku i umiejętności flirtowania - zwłaszcza z kobietami. Chociaż miała kilka dobrych ku temu okazji, to nigdy nie próbowała jej nawet zagadać, nie wspominając już o podrywaniu. Przyjęła więc dobrze sobie znaną i niezwykle prostą taktykę podziwiania z daleka, wiedząc doskonale, że to prowadzi absolutnie donikąd.
Po wejściu do środka, od razu rozejrzała się po wnętrzu. Nie zauważając brunetki, która stała gdzieś ukryta w kącie, przeszła szybko do przeglądania ciuchów. W ten dzień tygodnia zwykle mieli dostawy - Bonnie o tym pamiętała i najwyraźniej nie tylko ona, bo przez sklep przewijało się naprawdę sporo osób. Miała nadzieję, że uda jej się znaleźć chociaż jedną rzecz, która poprawiłaby jej nastrój. Była w stanie poświęcić kilka dolców na ten szczytny cel.
Odwróciła się natychmiast, słysząc powitanie.
—
Dzień dobry, hej! — odpowiedziała, chyba trochę bardziej entuzjastycznie niż zamierzała, gdy tylko zobaczyła do kogo należał ten głos.
—
W sumie to nie-… — urwała nagle, gdy dziewczyna znów się odezwała, po czym odruchowo zerknęła na koniec wieszaka i skinęła głową, w ogóle nie zauważając tego jak zabawnie się zachwiała.
—
Uwielbiam kraciaste flanele. Przypominają mi nastoletnie czasy —
Jezu… Bonnie nie była szczególnie religijna, ale to nie przeszkadzało jej w przywoływaniu w myślach imienia Chrystusa, za każdym razem, gdy z jej ust padało takie wyznanie albo inna głupota. Powiedziała to w taki sposób i z tak przesadnym sentymentem, jakby wcale nie miała trzydziestu lat, ale co najmniej sześćdziesiąt —
Znaczy, no… tak się kiedyś ubierałam, ale nadal mam do nich słabość, mimo że są niemodne —
I pewnie nigdy nie były - dokończyła znów w myślach i posłała brunetce blady uśmiech albo coś co miało go przypominać.
Przez moment miała wrażenie, że czuje na sobie czyjeś spojrzenie. Przeniosła wzrok w stronę kas i dostrzegła wychylającą się z zaplecza kobietę, która przyglądała się im dość intensywnie.
—
Słuchaj, masz pewnie masę innych obowiązków, więc jakby co, to nie musisz tracić na mnie czasu, poradzę sobie — zapewniła, już nieco bardziej rozluźniona i z pogodniejszym wyrazem twarzy —
Sprawdzę szybko co macie nowego i znikam.
coven bremers