-
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Lina nie miała w zwyczaju budować relacji z ludźmi w taki sposób, w jaki robiło się to normalnie. Nie dlatego, że nie potrafiła albo że nigdy tego nie próbowała – głównie dlatego, że z czasem przestała w to wchodzić głębiej niż było to konieczne, bo tak było po prostu łatwiej. A jej kontakty z mężczyznami zwykle kończyły się na krótkich, jednorazowych spotkaniach, które nie zostawiały po sobie zobowiązań ani potrzeby tłumaczenia się z czegokolwiek następnego dnia, o ile to spotkanie nie kończyło się jeszcze tej samej nocy. To był układ prosty i bezpieczny na swój wyjątkowy sposób – nikt nie oczekiwał więcej, niż obie strony były gotowe dać w danym momencie. Seks bez zobowiązań spełniał swoje podstawowe zadanie, ale nie był niczym więcej. Lina nie chciała, by ktoś ją poznawał, nie bawiła się w zadanie pytań o ulubiony kolor czy najskrytsze marzenie. Wiedziała, że w jej życiu jest zbyt wiele demonów, które musi trzymać z dala od innych ludzi, bo wielokrotnie przekonała się, że pokazanie im komukolwiek to kiepski pomysł. Przywykła do myśli, że tak po prostu ma być. A może tak tylko jej się wydawało.
Przestała o tym wszystkim myśleć w momencie, w którym ich wargi zetknęły się ponownie. Wszystkie wątpliwości odeszły w niepamięć, a ciało Liny machinalnie się rozluźniło, jakby ktoś wyłączył jakiś pstryczek. Horacy smakował winem, które oboje pili, z tym, że teraz to podobało jej się znacznie bardziej. Nie było w tym wszystkim pośpiechu, do którego Lina była przyzwyczajona w kontaktach z mężczyznami. Nie było charakterystycznej zachłanności, było za to coś innego, czego na razie nie umiała i nie chciała nawet nazywać. Było miło w sposób, który był dla ciemnowłosej kompletnie nowy. I przez chwilę, kiedy Horacy nieznacznie się odsunął, Sinclair nie wiedziała, czy bardziej pragnęła, by to się nie kończyło, czy jednak powinna uciekać gdzie pieprz rośnie, bo to nie mogło zwiastować niczego dobrego. Uchyliła powieki, które jeszcze przed chwilą miała przymknięte, natrafiając prosto na jego spojrzenie.
– To nie był zaplanowany punkt wycieczki – powiedziała w końcu z lekką chrypką w głosie. To wydało jej się ważne – żeby wiedział, że nie zaciągnęła go tutaj, licząc na taki rozwój wydarzeń. Prawdę mówiąc sama była zaskoczona, w jakim kierunku ten wieczór się potoczył. Nie mogąc się powstrzymać, na jej usta wkradł się uśmiech. – Ale może powinniśmy do niego wracać przy okazji innych spotkań – dodała po chwili zaczepnie, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z wagi tych słów. Nawet nie starała się udawać, że to był tylko jeden z tych przypadkowych momentów, które należało zostawić za sobą następnego dnia, bo zwykle właśnie tak było prościej.
Horacy Bell
-
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Wiem.- Wszystko, co wydarzyło się między nimi, było zbyt nieporadne, zbyt spontaniczne i zbyt prawdziwe, żeby mogło być wcześniej wymyślonym scenariuszem. Zupełnie inne niż jego wcześniejsze umawiane spotkania ze z góry ustalonym zakończeniem.Może powinniśmy do niego wracać przy okazji innych spotkań. Powtórzył jej słowa w myślach kilka razy. Nie "jeśli". Nie "kiedyś". Po prostu innych. Tak, jakby istniały już gdzieś przed nimi. Jakby oboje, nawet nieświadomie, założyli, że ten wieczór nie jest zakończeniem, lecz początkiem czegoś, czego żadne z nich jeszcze nie potrafi nazwać.
— Chciałbym. - To jedno słowo przyszło mu z zadziwiającą łatwością. - Tylko następnym razem to ja wezmę alkohol. - Poczuł, jak coś mięknie w jego wnętrzu. Tak po prostu. Spojrzał na ich dłonie spoczywające blisko siebie na ławce. Jeszcze niedawno pilnowałby, żeby przypadkiem się nie zetknęły, a teraz odległość między nimi wydawała się czymś zupełnie nienaturalnym. Powoli odnalazł jej dłoń i splótł z nią palce, ostrożnie, jakby nadal dawał jej możliwość wycofania się, choć w głębi duszy coraz mocniej wierzył, że żadne z nich nie chce już zrobić kroku w tył. — Chciałbym, żebyś zabrała mnie do wszystkich tych miejsc, które nazywasz swoimi. - Przez ostatnie lata nauczył się mówić o sobie więcej, niż robiła to ona, chociaż dalej były to wyłącznie fragmenty starannie wybrane, wystarczająco bezpieczne, by nie dopuścić nikogo do miejsc, które nadal bolały. Lina natomiast od początku robiła coś zupełnie innego. O sobie mówiła niewiele. Tak niewiele, że dopiero teraz uświadomił sobie, jak uważnie słuchał każdej drobnej informacji, jakby z rozsypanych okruchów próbował ułożyć portret osoby, która konsekwentnie zostawiała najważniejsze fragmenty poza zasięgiem wzroku. I nie przeszkadzało mu to. Nigdy nie miał poczucia, że coś przed nim ukrywa.Raczej że niesie coś zbyt ciężkiego, by podawać to komuś, kogo dopiero poznaje. On potrafił mówić o zmęczeniu, o pracy, o samotności, pozwalając od czasu do czasu, by ktoś zajrzał między zdania. Lina natomiast opowiadała przede wszystkim o miejscach, o mieście, o winie za dziesięć dolarów, o przypadkowych ludziach spotkanych na ulicy, jakby znacznie łatwiej było jej odsłaniać świat niż samą siebie.
Liyana Sinclair