Verse
I left my shadow down in New Orleans,
on a stage still warm from yesterday’s dreams.
Packed my heart with a half-written tune,
chasing sunrise somewhere past the moon.
I didn’t mean to fall that night,
just one wrong step into the light —
and there you were with open hands,
changing all my broken plans.
Pre-chorus
Clouds drift slow like a soft refrain,
every mile feels like sweet champagne.
I laugh, I shake, I almost cry —
learning how to say goodbye.
Chorus
I’m somewhere between the sky and you,
between what I was and what feels true.
If love’s a song I’ve never known,
then play it soft — I’m coming home.
Rae
W podróży też nie pomogło to, że obok niej siedziała nadmiernie empatyczna starsza pani, która wyczuła zdenerwowanie Erin i przekonana o tym, że Mała boi się latać, uznała, że najlepszym rozwiązaniem jest zagadać ją przez większość czasu. A że Rae nie bardzo potrafiła być asertywna, to brnęła w to, pozwalając starszej pani wyciągać coraz więcej informacji ze swojego życia. Ale kiedy tylko wylądowali, od razu schowała się w telefonie pisząc do Josha. Na szczęście załoga miała w planach najpierw pomóc wysiąść starszej pani, więc Erin miała chwilę na to, by uspokoić rozedrgane emocjami serce.
Strasznie cieszyła się na tę przeprowadzkę, ale też bardzo się jej obawiała. Zmieniała całkowicie swoje życie i to na tak wielu poziomach, że chwilami było to przytłaczające. Więc z roztargnieniem uśmiechnęła się do stewardessy, która drugi raz jej przypomniała, że czas wysiadać. Założyła na siebie płaszcz, który zdecydowanie był za cienki na pogodę w Toronto i szczęśliwie wyszła na lotnisko przez rękaw.
Potem długa kolejka przy odprawie paszportowej i jałowa rozmowa z urzędnikiem, który i tak nie bardzo potrafił sprawdzić, czy Erin niesie jakieś zagrożenie dla Kanady. No, ale też powiedzmy sobie szczerze, jakież ona mogłaby zagrożenie nieść.
Na szczęście nie miała bagażu, prócz podręcznego. Od dawna zostawiała część swoich ubrań u Josha, żeby nie musieć tarabanić się z walizkami, a rodzice prześlą jej rzeczy kurierem, to było najwygodniejsze rozwiązanie. Więc wreszcie wyszła z terminala z małą walizką, szukając spojrzeniem jego. Bezpiecznego punktu, który uciszy głosy w głowie.
Groźna i poważna, na swój melancholiczny sposób mina, rozpogodziła się momentalnie, ozdabiając buzię szerokim uśmiechem, kiedy dostrzegła przyszłego męża. Pisnęła z radości i zapomniawszy o swojej walizce, która wywróciła się ciągnięta za nią dobiegła do niego, bez skrępowania wskakując mu w ramiona. Uwiesiła się na nim, oplatając go nogami w pasie i zaczęła obcałowywać mu twarz.
Joshua Rhodes