Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego kłamstwa były aż tak kuszące? Cóż… kłamstwa bardzo szybko zaczynały brzmieć lepiej niż rzeczywistość. Dlaczego? Kurwa... no przecież rzeczywistość była taka niesamowicie bezbarwna. Szara, bolesna i pełna BRAKÓW - braku pieniędzy, braku bliskich, braku poczucia przynależności i braku poczucia bezpieczeństwa. Rzeczywistość kazała płacić rachunki i wymagała bycia dorosłym, zanim w ogóle zdążyło się nim zostać.
No a kłamstwo było słodkie. Można było wymyślić nową wersję siebie. Można było okłamać brata, że z pieniędzmi w tym miesiącu było całkiem spoko, mimo że na koncie miało się dziesięć dolców. Można było okłamywać siebie, że przeszłość nie była już bolesna albo że… jakaś osoba nic dla ciebie nie znaczyła. Kłamstwo brzmiało jak obietnica i dawało złudną kontrolę nad rzeczywistością, która na każdym kroku próbowała człowieka rozjechać.
A ten kontrakt między Albertem a Thalią? To też było słodkie kłamstwo, które miało trwać jeden nędzny miesiąc, a rozciągnęło się na blisko trzy. Trzy miesiące dzielenia przestrzeni, wspólnych randek i skradzionych pocałunków, które już dawno przestały być grą. Trzy miesiące wspólnych nocy, po których budzenie się obok Rosenhall powoli stawało się… niebezpieczną rutyną.
A dziś nadszedł dzień wesela. Ostatni dzień tej pojebanej umowy, na którą oboje się zgodzili. Marynarka opinała go w ramionach, a kołnierzyk dusił, przez co ciągle musiał go poprawiać. Nie wiedział, czy bardziej denerwował go udział w weselu - no bo nigdy nie był na weselu - czy… to, co miało niedługo nadejść. To, że za kilkanaście godzin łączące go z Thalią słodkie kłamstwo miało dobiec końca. Miał przestać być jej chłopakiem, wrócić do swojego szarego życia i udawać, że wcale nie wiedział, jak pachniała jej naga skóra o czwartej nad ranem. Nagle drzwi łazienki otworzyły się i Thalia wyszła na zewnątrz - Albert aż zamarł z dłonią na spinkach od mankietów. Wyglądała obłędnie. Zjawiskowo. I jakoś tak… niedostępnie. Jakby już planowała się z nim pożegnać. -
Czy to złe, że chciałbym zobaczyć, jak bijesz się o mnie z innymi kobietami? - mruknął pod nosem, przesuwając wzrokiem po sukience, która tak kusząco opinała ją w najważniejszych miejscach. Wyglądała bosko. Ten dekolt, talia, biodra... Jednak zanim w ogóle zdążył odwdzięczyć się komplementem, brunetka już wyjęła telefon i pokazywała mu zdjęcie tego całego Rivena. Szybko zarejestrował twarz tego frajerskiego kolesia, po czym skinął głową. -
Riven - powtórzył, mimo że nie miał problemu z zapamiętaniem tego imienia. Swoją drogą nazywał się jak taka jedna typiarka z takiej jednej gry, League of Legends. Cóż, przynajmniej nie miał takiej krótkiej blond grzywy jak
Rivenka. Kurde, czy on właśnie odczuwał zazdrość? O Thalię? Boże. Przecież już powinien przyzwyczajać się do jej nieobecności, a nie układać w głowie plan rozjebania mordy tego faceta. -
Nie zostawię cię z nim samej nawet na sekundę. Nie po to znosiłem cię przez trzy miesiące, żeby jakiś frajer… - zaczął, ale urwał i pokręcił głową.
Nie kończ. Ogarnij się, Albert. Thalia Rosenhall i tak stanie się przeszłością o jakiejś czwartej nad ranem.
Dobrze wyglądam?
Kurwa, no tak, zapomniał sprawić jej komplement, bo najpierw przyglądał się jej jak oniemiały, potem pokazała mu mordę Rivena, a teraz… czuł… kurczę, chyba złość pomieszaną ze smutkiem. Nie chciał, żeby to się kończyło, ale przecież dokładnie na to się umawiali. Nie powinien protestować ani stwierdzać, że na to to on się nie pisał. Umowa to umowa, więc powinien przyjąć wszystkie jej konsekwencje. Zrobił krok do przodu i objął ją ramionami w talii. -
Wyglądasz tak, że to ja będę musiał pilnować ciebie, a nie ty mnie - odpowiedział cicho i bez wahania odwzajemnił czuły pocałunek, którym go obdarowała.
Gdy pół godziny później stał na terenie eleganckiego resortu z lampką szampana w dłoni, czuł się jak oszust w ładnym wdzianku. Słońce odbijało się w szkle kieliszków, ludzie wokół śmiali się i rozmawiali o nadchodzącej ceremonii, a on myślał tylko o jednym (i tym razem nie był to seks, wow). Rozmyślał nad tym, jak zaproponować Thalii ucieczkę z wesela i wycieczkę dookoła świata (na którą i tak nie było go stać), żeby już nigdy nie wrócić do Toronto. Pomysł urodził się w nim z przysłowiowej dupy i nie rozumiał, dlaczego myślał o tym w takim momencie.
W rezultacie sam nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd usiadł obok Rosenhall na białym krześle ustawionym przed łukiem weselnym, gdzie miała odbyć się ceremonia. Siedzieli na tyłach, bo miejsca z przodu zostały zajęte przez rodzinę i druhny. No i gdy tak przypatrywał się gościom, próbując dojrzeć wśród nich mordę Rivena, czuł na sobie każde dyskretne spojrzenie Thalii, które na nim zawieszała. Znał ten wzrok. Widział go, gdy ukradkiem przyglądała mu się w The Well. Tym razem jednak nie zamierzał udawać, że nie widział tego spojrzenia. Przesunął dłonią po jej udzie i odnalazł jej rękę, z którą prędko splótł swoje palce. Kciukiem zaczął powoli, uspokajająco gładzić wierzch jej dłoni. -
Przestań tak na mnie patrzeć, Rosenhall - mruknął cicho i nachylił się do niej tak, żeby tylko ona mogła go usłyszeć. Wszyscy wokół i tak czekali na parę młodą i jeszcze byli pogrążeni w swoich rozmowach, no ale w sumie co z tego? Nie chciał, żeby ktoś podsłuchiwał ich rozmowę. Na przykład taki Sriven. -
Chyba że się we mnie zakochałaś, to wtedy co innego - dodał z uśmiechem, zanim w ogóle zdążył ugryźć się w język. Jego błękitne oczy odnalazły jej ciemne spojrzenie i… w jego oczach nie było ani grama żartu, mimo że uśmiech dalej czaił się w kąciku ust. Ścisnął mocniej jej dłoń; nie mógł oderwać wzroku od jej twarzy.
Co oni, kurwa, zrobią, jak ten wieczór się skończy?
Wolał sobie jeszcze nie wyobrażać.
time has brought your heart to me